lutego 17, 2019

(702) Marzycielki (recenzja przedpremierowa)

(702) Marzycielki (recenzja przedpremierowa)
Tytuł: Marzycielki
Autor: Jessie Burton
Wydawnictwo Literackie
Stron 160 

Premiera: 
27.02.2019 

Opis wydawcy: 
"[…] Dla dwunastu córek króla Alberta śmierć królowej Laurelii oznacza nie tylko utratę matki. Decyzją ojca dziewczęta zostają objęte ścisłą ochroną. Odbiera się im ukochane lekcje, przedmioty, i – co najważniejsze – osobistą wolność.

Jednakże siostry, zwłaszcza najstarsza z nich, księżniczka Frida, nie zgadzają się na taki los. Jest coś, co nadal posiadają i czego ojciec nie może im odebrać: siła wyobraźni. Mogąc polegać wyłącznie na własnej pomysłowości, królewny podejmują walkę o życie na swoich warunkach. […]"


Moja opinia: 
Po niezapomnianej, niezwykle klimatycznej "Miniaturzystce", która zapadła mi w pamięć..., która bez wątpienia była dla mnie jedną z najważniejszych książek 2015 roku (i jest zresztą nadal) oraz  majstersztykiem niezwykle barwnie ukazującym siedemnastowieczny Amsterdam i stosunki międzyludzkie oraz  "Muzie", która także była wspaniała, jednak odrobinę gorsza od "Miniaturzystki" Jessie Burton powraca na polski rynek wydawniczy z baśnią. "Muza", która bardzo mi się podobała i, która została przeczytana ponad 1,5 roku później niż "Miniaturzystka" - mimo, że wtedy dzielnie ją goniła... dziś jest jedną z wielu książek. Zamglona w mej pamięci, pozostała w niej jedynie jako powieść przeczytana, a nie przeżyta - w przeciwieństwie do "Miniaturzystki". A jak będzie z "Marzycielkami", baśnią dla dziewczynek, w której tradycja została zanurzona w nowoczesności? Czy pozostanie w mojej pamięci? Rozstrzygnie to czas, jednak chwile spędzone przy jej lekturze były powrotem do świata baśni i dzieciństwa, a także zachętą do ponownego sięgnięcia po baśnie braci Grimm.

Niezaprzeczalnie: "Miniaturzystki" są baśniową, piękną, poruszającą wyobraźnię historią o siostrzanej miłości, odwadze i walce o niezależność, która została jednak utrzymana w dość spokojnym klimacie. Nie ma w niej damsko - męskiej miłości, księcia na białym koniu, "żyli długo i szczęśliwie", a jest za to spokojne wkraczanie w dorosłość, która została ukazana jako moment zerwania z beztroską, niczym nieskrępowaną zabawą. Brak księcia na białym koniu, który wybawia księżniczki z zamku sprawia, że nie jest to romantyczna i ckliwa opowieść, którą uczennice szkoły podstawowej (bo do takiej grupy wiekowej ta historia jest kierowana) będą czytały z wypiekami na twarzy. To raczej ukazująca prawdziwą przyjaźń i siostrzane więzi historia, która pokazuje, że nie zawsze wszystko układa się po naszej myśli - tak jakbyśmy chcieli, jednak to... nie powinno nas zatrzymywać i nie powinno stanowić dla nas bariery, która sprawi, że zrezygnujemy z marzeń, swoich pragnień i oczekiwań co do życia. To jedynie przeszkody do przeskoczenia / ominięcia, a nie mury nie do rozbicia. 

Młodsi czytelnicy odbiorą tę historię jako uroczą, wciągającą, ciekawą historię, która zrywa ze schematami. Dla mnie "Marzycielki" stanowią jednak adaptację historii spisanej i opublikowanej już ponad 200 lat temu. Już po spojrzeniu na okładkę "Marzycielek" miałam pewne podejrzenia, w trakcie czytania byłam już pewna, a po lekturze historii Burton jeszcze się dodatkowo upewniłam w tym, że "Marzycielki" są po prostu adaptacją baśni braci Grimm "Stańcowane pantofelki". Podczas lektury opowieści Burton myślałam, że podobieństwo dotyczy ilości sióstr; faktu, że znalazły tajemne przejście i tańcowały, tym samym niszcząc swoje pantofelki oraz, że król obiecuje królestwo i rękę jednej z nich mężczyźnie, który odkryje ich tajemnicę. Tak było podczas lektury. Po lekturze sięgnęłam po "Stańcowane pantofelki" i przekonałam się, że podobieństw jest więcej: tak dalekich, że nawet świat przedstawiony w "Marzycielkach" - jego niektóre elementy są żywcem wzięte ze "Stańcowanych pantofelków", jak diamentowe i złote drzewa, usypianie mężczyzn, żeby nie odkryli ich tajemnicy, sposób potwierdzenia odkrycia dotyczącego ich nocnych wypraw itd. Dla mnie to już nie jest jedynie inspiracja, a właśnie adaptacja. Adaptacja, która coś od siebie dodaje, bowiem baśń zaczyna się od tego, że królewny są zamknięte, ale nie uzasadniają dlaczego do tego doszło. Jednak nawet uzasadnienie jest mało oryginalne, bowiem podobne pojawia się w filmowych adaptacjach baśni braci Grimm.  

To co najbardziej przeszkadza mi w "Stańcowanych pantofelkach" to fakt, że nigdzie w książce / na okładce nie jest powiedziane, że jest to adaptacji baśni braci Grimm. A jest nią bez wątpienia - może nowocześniejszą, bo każda z dwunastu sióstr zostaje dokładnie scharakteryzowana (jednak przez natłok w opowieści gdzieś to się odrobinę rozmywa), nie ma w niej królewiczów, zakończenie też jest inne (choć bardzo przewidywalne, bo odwołujące się do znanego motywu) a w powieści pojawiają się auta i aeroplany. To co przychodzi mi na myśl to stwierdzenie, że "Marzycielki" Jessie Burton to sfeminizowane "Stańcowane pantofelki", które postanawiają pozbyć się królewiczów, książąt, odciąć się od romantycznych tradycji adaptacyjnych, a każdą z sióstr uczynić indywidualną jednostką, która decyduje sama o sobie. Siostry są same odpowiedzialne za swój los. 

To oderwanie od miłosnych tradycji Burton się udało. Przedstawienie sióstr - podjęła próbę, jednak tak jak w przedstawieniu filmowym "Stańcowanych pantofelków" skupiła się na najstarszej z sióstr, która wiedzie w opowieści prym. Przypisanie każdej z sióstr innych zainteresowań bez wątpienia było dobrym zabiegiem, który sprawi, że młodym czytelniczkom będzie łatwiej utożsamić się z bohaterkami, a tym samym zaangażować w historię. Co jednak w wypadku gdy najsilniej poczują się związane z zainteresowaniami bohaterki, która de facto poza momentem przedstawiania nie pojawia się już później jednostkowo? 

Jak widzicie - z punktu widzenia dorosłego, w miarę oczytanego czytelnika mam do tej pozycji parę "ale". Patrząc na samą historię - gdybym przeczytała ją z 10 lat temu, w wieku tych 9 - 10 lat - na pewno by mnie zachwyciła... i zachwyci także wielu czytelników, kiedy tylko wpadnie w ich ręce. To ciekawa, wywołująca uśmiech na twarzy, a jednocześnie poruszająca historia, która została napisana pięknym językiem, z którego słynie Burton. To także pozycja wyróżniająca się ze względu na genialną narrację, dzięki której czujemy się jakbyśmy poznawali tę historię z ust przyjaciółki. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że została przepięknie zilustrowana! Idealna lektura dla dziewczynek

Moje wątpliwości budzi jedynie fakt, że nie mówi się o tym, że to adaptacja, a więc jedynie po trochu wyobraźnia autorki odpowiada za tę historię... Szkielet tej historii stworzyli bowiem bracia Grimm. Jest to dla mnie nieetyczne i odbiór tej historii zdecydowanie psuje. W zagranicznych opiniach pojawia się informacja, że to reinterpretacja baśni Grimm... także w opiniach zamieszczonych na stronie wydawcy. Brakuje jednak tej opinii na okładce książki (przynajmniej w wydaniu przedpremierowym), ale może wydawnictwo nadrobi to niedociągnięcie na wydaniu finalnym? 

lutego 02, 2019

(701) Dygot

(701) Dygot
Tytuł: Dygot
Autor: Jakub Małecki
Wydawnictwo SQN
Stron 316
Opis wydawcy:
Naznaczona wstrząsającą tajemnicą ballada o pięknie i okrucieństwie polskiej prowincji. Porywające obsesje, niszczące namiętności i groza przemijania. Uciekająca przed Armią Czerwoną Niemka przeklina Jana Łabendowicza, który odmówił jej pomocy. Wkrótce jego żona rodzi odmieńca - chłopca o skórze białej jak śnieg. A wiejska społeczność nie akceptuje wybryków natury... Córeczkę Bronka Geldy ściga klątwa Cyganki. W wieku kilku lat dziewczynka zostaje ciężko poparzona w wyniku wybuchu granatu. Na losy Geldów i Łabendowiczów wpływają nie tylko kolejne dziejowe zawirowania i przepowiednie, lecz przede wszystkim osobiste słabości i obsesje. Drogi obu rodzin przecinają się w zaskakujący i niespodziewany sposób. Na dobre zespaja je uczucie dwojga odmieńców, introwertycznego albinosa i okaleczonej w płomieniach dziewczyny. Po kilkudziesięciu latach mroczną tajemnicę rodzinną mimowolnie rozwikła ich jedyny syn Sebastian - utracjusz i aferzysta, który postanawia wykorzystać możliwości, jakie daje Poznań, kipiąca życiem metropolia. 

Moja opinia: 
Nie zamierzam pisać recenzji "Dygotu" pod presją wszystkich "achów" i "ochów", zachwytów krążących wokół książek Jakuba Małeckiego. Zbyt wyraźne jest dla mnie bowiem wspomnienie pewnej wizyty w Tesco... sprzed 6 lat. Rok 2012/2013. Podchodzę do półek z książkami w Tesco... 29,99 zł, 39,99 zł, 24,99 zł... drogo, drogo i jeszcze raz drogo. Aż nagle widzę... 3,67 zł i dwadzieścia egzemplarzy "Dżosefa" (wydanego po raz pierwszy w 2011 roku) Jakuba Małeckiego. Niecałe cztery złote za nowiutką książkę? Kusząca propozycja. Przeczytałam opis - troszkę dziwny. Sprawdziłam opinie w internecie… przeważały te negatywne. Odłożyłam książkę na półkę i już więcej do niej nie wróciłam. Potem rok 2015, premiera "Dygotu", w świecie blogerów książkowych robi się głośno, padają porównania do Myśliwskiego i Tokarczuk, a powieści Małeckiego stają się wyznacznikiem świetnej jakości polskiej literatury. I w momencie kiedy "Dżosef" zostaje wznowiony (ja trochę żałuję, że nie zakupiłam go wtedy przed laty) zaczyna zbierać same pozytywne opinie. Wakacje w Turcji, w przerwach w trakcie pisania pracy zaliczeniowej na studia sięgam po "Dygot" - jak na razie najbardziej znaną powieść Małeckiego... i przeżywam dziwne literacko chwile, ale nie odmieniające mojego życia. 

Jest w tej powieści coś, co sprawia, że czyta się ją z wypiekami na twarzy - nie przeczę. Uwodzi swoją dziwnością i zawikłaniem, nietuzinkowością, która faktycznie może przywodzić na myśl prozę Olgi Tokarczuk. Jednak zdecydowanie nie jest to powieść, która pokazuje zacofanie występujące obecnie na polskiej wsi. Wydarzenia, które spotykają bohatera powieści Małeckiego spotykają bowiem bohatera krótko po wojnie (swoją drogą... mężczyzna z okładki, jego jasna cera i wieniec przez długi czas nasuwał mi na myśl, że fabuła powieści jest w jakiś sposób związana ze światem mody). Oczywiście - istnieją nadal zacofane obszary Polski, jednak odczytywanie "Dygotu" jednopłaszczyznowo jest krzywdzące zarówno dla powieści jak i naszego sposobu postrzegania świata. Tytułowy "dygot" wywołuje może nie sama książka - niesprawiedliwość, słabość, zło, nierówność, bieda i nieszczęście w niej ukazane, co raczej poczucie, przekonanie, że takie rzeczy się zdarzają, że tacy ludzie nas otaczają - tak pokrzywdzeni przez los. Tkwi we mnie jednak gdzieś silne przekonanie, że świat / życie nie jest tak brudny i straszny jak to pokazał Małecki. I oczywiście dochodzi do sytuacji, w których nieszczęścia spadają lawinowo na ludzi (a właśnie z takimi mamy do czynienia w "Dygocie"), jednak są to przypadki osamotnione. Może właśnie tego zabrakło w tej książki? Może to właśnie tak potęguje ten dygot, te emocje związane z książką Małeckiego? Ten płomień zła, zabobonności i uprzedzeń, który rzadko kiedy jest gaszony zwykłą codziennością, chwilami prostego szczęścia jak zjedzenie posiłku z bliską osobą. 

Małecki ma naprawdę dobre pióro. Widać w nim lekkość pisania, a także dobry warsztat stylistyczny. Widoczne zróżnicowanie językowe między latami wojennymi, a na przykład współczesnością pozwala lepiej wczuć się w rozgrywające się w książce wydarzenia - lepiej przyjąć emocjonalny bagaż, który za sobą niosą. Autor "Dygotu" bez wątpienia świetnie poradził sobie z scharakteryzowaniem i ukazaniem sylwetek bohaterów. Nie zabrakło także zgrabnego przedstawienia ich mentalności, która w tej powieści odgrywa kluczową rolę. Autorowi w kolejnych częściach powieści (okresach czasowych) udało się ukazać nie tyle zmieniający się świat, co zmieniających się ludzi, ich zmieniający się światopogląd oraz podejście do życia, a także wartości kierującym ich życiem. I chociaż Ci zmieniający się ludzie wraz z biegiem czasu tracą poczucie honoru, sprawiedliwości, w obrębie jednej rodziny degradują się, to jednak tracą także przywiązanie do zabobonów i cygańskich wróżb, które przestają oddziaływać tak silnie na ich życie. 

Bohaterowie Małeckiego w większości nie zasługują na uznanie - ich życie determinuje strach i niepewność jutra. Motorem napędzającym ich życie są obawy. Nie marzenia, aspiracje, ale właśnie lęki. Z tych lęków rodzą się problemy... nierozsądne wybory i życiowe tragedie. To tacy ludzie, którzy wiadomo, że przyciągają zło, a potem wpadają w pętlę niepowodzeń - po jednym przekonani o kolejnym zbliżającym się niepowodzeniu - sami do niego zmierzają. Tym samym "Dygot" staje się powieścią złożoną z ludzkich cierpień i niepowodzeń - czasami wynikających z braku akceptacji, czasami z własnej nieudolności - nie mniej: Małecki stworzył powieść o dramacie ludzkiego losu, niekiedy aż przedramatyzowanym.

Intrygująca fabuła w połączeniu z ciekawym zawikłaniem akcji od czasów II wojny światowej po współczesność sprawia, że powieść Małeckiego czyta się naprawdę dobrze - to angażująca i wciągająca historia, która niekiedy przywodzi na myśl prozę Olgi Tokarczuk, ze względu na zawarcie w niej odrobinę realizmu magiczny. To zdecydowanie ciekawa, wyróżniająca się na tle innych (współczesnych) polskich książek lektura. Saga rodzinna, może momentami odrobinę niedopracowana, ale pokazująca jak wiele złego może spotkać człowieka... a może, że nie istnieje "żywot idealny"? "Dygot" to zdecydowanie świetna, wyróżniająca się na polskim rynku wydawniczym książka, jednak jednocześnie... nie jest to powieść na skalę Tokarczuk. Nie da się jednak ukryć, że Małecki jest jedną z ciekawszych postaci na polskiej scenie literackim, jeśli mamy mówić o ambitnej prozie polskiej. Nadal przyćmiewają go inni pisarze jak Tokarczyk czy Myśliwski, ale wiele wskazuje na to, że z czasem jego pozycja może ulec jeszcze większemu wzmocnieniu.

Za książkę serdecznie dziękuję księgarni megaksiazki.pl :) 


grudnia 20, 2018

(700) Kopnij piłkę ponad chmury. Reportaże z Nepalu

(700) Kopnij piłkę ponad chmury. Reportaże z Nepalu
Różne są szkoły reportażu, a jednak do mnie... zawsze najmocniej trafiają te pisane przez reportażystów zaangażowanych emocjonalnie, którzy pozwalają swoim uczuciom wybrzmiewać w tekstach, które tworzą. Ilona Szelezińska w swojej debiutanckiej książce zdecydowanie jako właśnie taka pisarka daje się poznać. "Kopnij piłkę ponad chmury..." to zbiór reportaży o współczesnym Nepalu, w którym jednak przeszłość przede wszystkim ta związana z kulturą i tradycją posiada wyraźny wpływ i związek z teraźniejszością. Szelezińska nigdy się nie dystansuje - często jest fizycznie współuczestnikiem opisywanych wydarzeń, a zawsze jest uwikłana uczuciowo w opisywane historie. To daje czytelnikowi pewną wolność odczuwania - pozwala mu nie nabierać dystansu do poznawanych treści, a przeżywać je całym sobą. 

Na polskim rynku wydawniczym w ostatnich latach utarło się przekonanie, że jeśli chcemy sięgnąć po dobry reportaż, powinnyśmy sięgnąć po reportaż z Wydawnictwa Czarne. Przyznaję - sama sięgając po ten gatunek, swe kroki kieruję ku półce z pozycjami z Czarnego. Zbiór Ilony Szelezińskiej został natomiast wydany przez Marginesy. Wydawnictwo, które nie zawodzi mnie nigdy w kwestii beletrystyki, ale reportaż w ich wykonaniu był dla mnie czymś zupełnie nowym. Nowym... i jak się okazało wbijającym w fotel, bowiem "Kopnij piłkę ponad chmury" to zbiór angażujących emocjonalnie, ciekawych i rozwijających tekstów dotyczący niezwykłego, choć znajdującego się w trudnym położeniu Nepalu. Państwo otoczone przez dwa mocarstwa - Chiny i Indie, a do tego jeszcze zdeterminowane w dużej mierze przez warunki geograficzne - potężne Himalaje i częste trzęsienia ziemi... tak częste, że przez większość mieszkańców te, które u Europejczyków budzą grozę, przez Nepalczyków nie są odczuwane. To wszystko staje się podwalinami dla tekstów naprawdę zaskakujących. 

Ilona Szelezińska od lat pracuje jako przewodnik po Nepalu. Można więc powiedzieć, że kraj ten poznała od podszewki, jednak w jej reportażach nadal widać pewne zafascynowanie, a niekiedy nawet zaskoczenie. Wiedza, którą nam przekazuje nie ma encyklopedycznego charakteru. W "Kopnij..." oczywiście znajdziemy opis niektórych charakterystycznych dla Nepalu tradycji czy obrzędów, jednak w większości będziemy je oglądali przez pryzmat emocji innych ludzi. Przez recenzje przewija się opinia, że "Kopnij piłkę..." to książka ukazująca przede wszystkich patriarchat panujący w Nepalu, jednak nam - Europejczykom - kojarzy nam się on z czymś skrajnie negatywnie. W Nepalu jest natomiast częścią tradycji. To inna kultura, tradycja, uwarunkowania społeczne, warunki geopolityczne - dla mnie reportaże Szelezińskiej pokazują, jak świat jest piękny przez swoją różnorodność... i jak kobiety cały czas rosną w siłę - nie przez założenie "wszyscy są równi", ale przez tego pokazanie / udowodnienie.

Książkę otwiera reportaż o nepalskich małych boginiach, zwanych Kumari. Małych dziewczynkach, które na kilka lat swojego życia trafiają do pałacu, są sławione, otaczane czcią, aby potem... wrócić do rodziny, rzeczywistości i zabrać się za czytanie pierwszej części Harrego Pottera. Ten otwierający tekst pokazuje najlepiej przenikanie się tradycji ze współczesnością. Ukazuje rozkrok, w którym znajduje się Nepal, swego rodzaju zawieszenie między starym i nowym światem. Z kolejnych tekstów Szelezińskiej w pamięci utkwił mi szczególnie ten związany z obrzędami religijnymi dotyczącymi śmierci. Plastyczność opisu uroczystości pogrzebu sprawiła, że zafascynowanie nepalską kulturą zdecydowanie wzrosło. Te dwa teksty, o Kumari i obrzędach pogrzebowych, dotykają przede wszystkim kwestii nepalskiej tradycji.

W reportażu Szelezińskiej nie chodzi jednak jedynie o tradycję, ale przede wszystkim o ludzi. Potwierdzają to wstrząsające teksty dotyczące kobiet zmuszanych do prostytucji, dzieci odratowanych z więzienia, gdzie trafiły u boku osadzonych matek - ten tekst dotyka bardzo silnie także aspektu trzęsień w Nepalu - to najlepszy dowód na to, że historie w książce Szelezińskiej przenikają się. Autorka dużo uwagi poświęca trzęsieniu ziemi, które miało miejsce w 2015 roku i zdezorganizowało, a także odmieniło życie tysięcy osób. Zginęło prawie 9 tysięcy, a rannych zostało prawie 25 tysięcy ludzi, ale te wydarzenia wywarły wpływ także na osoby, które bezpośrednio nie ucierpiały. Ilona Szelezińska opisuje swoje emocje związane z powrotem do Nepalu po trzęsieniu, uczestniczeniu w akcji pomocy potrzebującym, rozmawia z ludźmi, którzy postanowili zmienić swoje życie, rzucić pracę i skupić się na działalności w ramach wolontariatu. Ukazuje jak przełomowe dla Nepalu było to wydarzenie, a jednak nie zapomina o życiu przed i poza trzęsieniem - ukazując między innymi życie ludzi mieszkających w Himalajach... i to właśnie tam pojawi się tytuł książki. A czy Wy - mieliście możliwość kiedyś kopnąć piłkę ponad chmury?

Te wszystkie opowieści zawarte w "Kopnij piłkę ponad chmury" pokazują reporterską pierwszą klasę. Trudno jest uwierzyć w to, że to debiut Szelezińskiej - jednocześnie daje to jednak nadzieję, że autorka nie zniknie z rynku wydawniczego i wróci do czytelników z kolejnymi Nepalskimi opowieściami. 

Moja ocena: 9/10

listopada 14, 2018

(699) Jak czytać literaturę

(699) Jak czytać literaturę
Tytuł: Jak czytać literaturę
Autor: Terry Eagleton
Wydawnictwo Aletheia
Stron 250

Wydawnictwo Aletheia i pozycje przez nie wydawane to zdecydowanie moje odkrycie roku 2018. Inteligentne, ciekawe, erudycyjne... po świetnych wykładach Nabokova i wywiadach z nim przyszedł czas na książkę "Jak czytać literaturę", której autorem jest Terry Eagleton. To swego rodzaju przewodnik po kontakcie z literaturą, instruktaż jak z nią obcować, żeby z kontaktu ze słowem pisanym wynieść jak najwięcej. Profesjonalnym krytykom literackim ta pozycja może wydać się dosyć płytka - kompletnych laików może zachwycić lekkością z jaką została napisana. Osobiście plasuję się gdzieś pomiędzy - "Jak czytać literaturę" ani mnie ziębi, ani parzy. To ciekawa pozycja, która znajdzie tak wiele fanów jak i zdecydowanych oponentów.

Zacznijmy jednak od początku: brak znaku zapytania w tytule, a więc forma oznajmująca sugeruje, że autor przedstawia pewien sposób, receptę na czytanie literatury. Jednak o ile tytuł pozostawia nam pewną podpowiedź związaną ze specyfiką książki... to potem od strony formalnej książka zawodzi w pewnej kluczowej kwestii. Przez pozycję Eagletona przewija się mnóstwo tytułów i ich autorów - czasami jest to odwołanie zaledwie jednozdaniowe, czasami kilkunastostronnicowe, aby potem autor przeszedł do innego zagadnienia krytyki literackiej... i ponownie do danego utworu powrócił. Tym sposobem w "Jak czytać literaturę" czytelnik natrafi na ponad 20 utworów i ich autorów. Dochodzi tu do pewnej sprzeczności, bowiem to nie czytelnicy tych ponad dwudziestu utworów... zaznajomieni z nimi dokładnie są grupą docelową dla tej pozycji. Dla krytyka dzieło Eagletona będzie zbyt banalne. Z kolei laik... niezaznajomiony dokładne z utworami, o których wspomina autor... będzie się gubił. Jestem pewna, że każdy z nas, czytelników mógłby z tej pozycji wyciągnąć więcej... gdyby na końcu książki znajdował się indeks tytułów lub chociaż autorów. Usprawniłoby to poruszanie się po tej pozycji... i sprawiło, że np. ja, osobiście sięgnęłabym po nią jeszcze nie raz - nawet po przeczytaniu jej od deski do deski. Przykładowo po przeczytaniu "Magazynu osobliwości" Dickensa, który już czeka pod ręką, aż zacznę jego lekturę... chętnie wróciłabym do fragmentów dotyczących jego analizy w "Jak czytać literaturę" - autor (a może jego wydawca?) nie daje mi jednak tej szansy. Ktoś mądry powie, że oczywiście mogę przekartkować od deski do deski utwór Eagletona... ale szczerze? Kto z nas będzie na tyle zmotywowany? A potem... przy czytaniu "Dumy i uprzedzenia" znowu mam przekartkować od deski do deski "Jak czytać literaturę".  I tak ponownie po lekturze "Moby Dicka", "Raju utraconego", "Judy nieznanego", "Hamleta", "Burzy", "Otella", "Czekając na Godota", "Maleńkiej Dorrit"... i kilkunastu innych dzieł literatury światowej, które już na zawsze zapisały się w historii literatury? A teraz pomyślcie: jak wiele ułatwiłby indeks tytułów.

"Realni ludzie, ponieważ są czymś więcej niż tworami językowymi, mają pewien stopień niezależności od otoczenia [...] . Ponieważ potrafią rozpoznawać swoje sytuacje, mogą również je zmieniać, podczas gdy karaluchy i bohaterowie literaccy tkwią w nich na zawsze."*

"Jak czytać literaturę" to pozycja, w której widać ogrom erudycji autora i jego oczytanie, skupienie (pod różnymi względami) na słowie pisanym. Znajomość przywoływanych przez autora pozycji zdecydowanie podnosi komfort czytania utworu Eagletona, jednak nie jest niezbędne, więc słowo "erudycja" nie powinno nas odstraszać. Utwór składa się z pięciu części: początki, bohater, narracja, interpretacja i wartość - w których autor nie dzieli się z nami receptami na to jak najlepiej czytać, a raczej luźnymi refleksjami dotyczącymi poszczególnych dzieł... przez większość czasu jego wypowiedzi nawet w obrębie jednej części są dosyć nieskładne, a jednak ze względu na fakt, że płynie z nich miłość do literatura - zapoznawanie się z nimi może być rozwijające (a raczej dla osoby, która choć trochę jest z literaturą zaznajomiona - ugruntowujące wiedzę). Zabrakło mi wyraźnego zakończenia, podsumowania, zamknięcia... wywód autora zostaje nagle urwany... i przez chwilę do czytelnika nawet nie dochodzi, że to koniec.

Eagleton nie przekazuje czytelnikowi konkretnej, świeżej wiedzy. Mimo zróżnicowania, którego się dopuszcza, a więc zahaczania nie tylko o prozę, ale także o poezję i dramat w swoich przemyśleniach  - na przykładach przekazuje jedynie ogólne prawdy dotyczące istoty literatury, a nie interpretacyjne nowinki. Skupia się raczej na przedstawieniu wielości, a także rozbieżności interpretacji; ukazaniu, że krytyk literacki zakłada, że nic w dziele literackim nie dzieje się bez powodu. To co bardzo mi się spodobało to fakt, że autor nie stara się tworzyć w literaturze sztucznych podziałów na dobrą i złą, niską i wysoką literaturę. Nie wytwarza także algorytmu oceny co jest dobrą literaturą. Dzięki temu... kilkanaście stron poświęca na analizę pewnych zagadnień z Harry'ego Pottera.

"Jak czytać literaturę" została lekko napisana, jednak wielość literackich odwołań może nastręczać pewnych trudności. Daleko tej pozycji do podręczniki, a jednak istnieje spora szansa, że czytelnik wyciągnie coś z niej na temat technik tworzenia postaci, narratorów, światów nierealistycznych czy też naginania fabuły, podstawowych pojęć związanych z analizą. Eagleton przypomina, że literatura to w swej istocie nierealny świat... w jego książce sporo jest oczywistości, co sprawia, że "Jak czytać literaturę" polecam zdecydowanie "nie-krytykom" literackim. Czy kogoś książka Eagletona może zafascynować? Wątpię, ale z pewnością każdy może wyciągnąć z niej coś wartościowego... rozbudza literacki apetyt, niezaspokajając go.

Moja ocena: 6+/10

*Wszystkie cytaty pochodzą z książki "Jak czytać literaturę" Terry Eagleton

września 18, 2018

(698) Gdzie są kamedulskie piwnice..

(698) Gdzie są kamedulskie piwnice..
Tytuł: Gdzie są kamedulskie piwnice czyli dwór, gang i przypowieści 
Autor: Robert Rynkowski
Wydawnictwo Petrus
Stron 186

Opis wydawcy: 
Spokojne wakacje wypełnione słodkim lenistwem? Nie w wypadku Karoliny, Anety i Karola oraz dwojga ich nowych przyjaciół! Karolina zawsze znajdzie jakąś zagadkę do rozwiązania. A jeśli nie, to... zagadka znajdzie ją. Nawet niczym niewyróżniający się "dwór" zdaje się kusić tajemnicą, której rozwikłania nie powstydziłby się Indiana Jones. Rozwiązywanie zagadek z odległej przeszłości nie jest jednak łatwe, gdy wszystkie tropy zdają się prowadzić donikąd, a w drogę wchodzi gang Fryzjera. Czy i tym razem intuicja nie zawiedzie Karoliny? Czy "dwór" rzeczywiście skrywa jakąś tajemnicę? Czy w każdej legendzie jest ziarnko prawdy? I czy uda się przechytrzyć wrogi gang?

Młodszych i starszych czytelników zapraszam do świata kolejnych wakacyjnych przygód bohaterów znanych z powieści "Szyfr, muzeum i sykomora - czyli gdzie jest skarb prapradziadka", świata, w którym ich przyjaźń zostanie poddana próbie i w którym będą musieli odpowiedzieć na ważne życiowe pytania.

Moja opinia: 
Robert Rynkowski jest pisarzem, z którego twórczością zetknęłam się po raz pierwszy w 2012 roku za sprawą książki "Każdy jest teologiem". Następną przeczytaną przeze mnie książką jego autorstwa było "Zrozumieć wiarę" (autor historii o kamedulskich piwnicach jest doktorem teologii dogmatycznej.), aby później przeskoczyć do pozycji z zupełnie innego gatunku i literackiego obszaru. "Szyfr, muzeum i sykomora" była dawka naprawdę dobrej literatury skierowanej do młodego czytelnika, jednak to druga część historii o paczce młodych przyjaciół pokazuje jak bardzo Rynkowski literacko się rozwinął. W jego pozycjach dla młodzieży widać ogromny potencjał, spostrzegawczość i błyskotliwość autora. Dzięki temu "Gdzie są kamedulskie piwnice..." były angażującą, skrzącą się humorem i inteligentnymi nawiązania do polskiej mentalności (a więc także realnego życia) powieścią, w której autor po raz kolejny udowadnia, że potrafi odejść od akademickiego języka na rzecz stworzenia przygodowej historii z wartką akcją, która usatysfakcjonuje niejednego czytelnika.

Kluczowym aspektem tej recenzji jest postawienie odpowiedzi na pytanie czy z historią tajemnicy kamedulskich piwnic można się zmierzyć bez znajomości poprzedniej części serii. Znajomość poprzedniego tomu, ze względu na występujące do niego nawiązania, wzbogaca fabułę i uprzyjemnia lekturę drugiej części. Nieznajomość "Szyfru, muzeum..." nie wyklucza jednak możliwości czerpania satysfakcji z uczestniczenia w przygodach młodych przyjaciół - tym bardziej, że w powieści pojawiają się nowe postacie. Autor dopracował portrety psychologiczne bohaterów, wystawił ich przyjaźń na próbę, a także uwrażliwił pod kątem różnych religii. Podczas wakacyjnego wyjazdu nauczył ich tolerancji. I choć świat bohaterów nie został namalowany w samych kolorowych barwach - ba! W powieści występuje nawet gang o nazwie Hejersi - to jednak przyjaciołom nigdy nie brakuje optymizmu, chęci przeżycia niesamowitej przygody... ich życie ma być pełne barw i doświadczeń... co niejednokrotnie przyprawia ich rodziców o szybsze bicie serca ("Zamek jest cudowny, ale najważniejsze jest to, że są tam... No, zgadnijcie co? Nieodkryte zamurowane, zalane betonem podziemia! I my je właśnie odkryjemy. Co wy na to?"*)

"Gdzie są kamedulskie piwnice..." to powieść, której akcja została osadzona na Suwalszczyźnie. Pełna ciekawostek historycznych i... tych dotyczących religii. Młodzi czytelnicy mogą dzięki niej przybliżyć sobie pokrótce istotę nie tylko chrześcijaństwa (a także elementy z nim związane jak przypowieść), ale także prawosławia. Co ciekawe..  autor mimo swojego wykształcenia nie narzuca czytelnikom jednej opcji, a myśl która się przebija... to stwierdzenie, że każda religia w jakiś sposób ogranicza. Jest nie tylko łaską, ale także obciążeniem. Autorowi udało się ukazać różnice między ludźmi... bez oceniania i wydawania łatwych osądów.  To ciekawa i mądra książka dla młodego czytelnika.


Robert M. Rynkowski pisarsko bardzo się rozwinął - świetne poradził sobie z zawiązaniem akcji i jej rozwinięciem. Historia kamedulskich piwnic posiada potencjał na o wiele dłuższą i bardziej rozbudowaną powieść, która poruszałaby jeszcze więcej zagadnień. Wierzę, że Rynkowski jeszcze niejednokrotnie mnie zaskoczy i niecierpliwie wypatruję jego kolejnych powieści - mam nadzieję, że obszerniejszych, bogatszych w jeszcze więcej wątków i lepiej zarysowane portrety psychologiczne. "Gdzie są kamedulskie..." to świetne minimum. Autora stać na genialne maksimum. Jestem pewna, że jeszcze to pokaże :) Robert M. Rynkowski to bardzo ciekawa postać nie tylko na rynku książki teologicznej, ale jak się okazuje także... powieści dziecięcej i młodzieżowej.

*Cytat pochodzi z książki "Gdzie są kamedulskie piwnice..." Robert M. Rynkowskiego.

sierpnia 31, 2018

(697) Krótka wymiana ognia

(697) Krótka wymiana ognia
Tytuł: Krótka wymiana ognia
Autor: Zyta Rudzka
Wydawnictwo WAB
 Stron 196

Opis wydawcy:
„Pewnego dnia podszedł do mnie mężczyzna z papierosem: ma pani ogień? Odpowiedź zajęła mi kilka lat, ale pytanie było jak iskra. Moja wyobraźnia zajęła się i stanęła w płomieniach”.

Opowieść zaczyna się na pozór zwyczajnie. Któregoś dnia Romę Dąbrowską, starą poetkę, zaczepia na przystanku młody mężczyzna. Krótkie spotkanie staje się dla niej swoistym odkryciem – uświadamia sobie, że jej życie erotyczne dobiegło już końca. Odtąd Roma rozpoczyna swój życiowy bilans miłosny: wydobywa z pamięci erotyczne przygody, krótkie chwile namiętności i miłosne wspomnienia. Powoli odkrywa siebie w różnych rolach: córki, żony, pisarki i matki. Wspominając dawne miłostki, zastanawia się, co stało się z jej genialną córką, która pewnego dnia ją opuściła. Odnalezienie jej stanie się dla Romy równie istotne, jak odpowiedź na pytanie, kim właściwie jest ona sama – i kim są dla niej ludzie spotkani niegdyś na jej życiowej drodze.

Moja opinia:

"Krótka wymiana ognia" Zyty Rudzkiej, czyli powieść rzeczka została wydana w serii "archipelagi" wydawnictwa W.A.B. Archipelagi to dla mnie wyznacznik dobrej literatury - to właśnie w tej serii zostały opublikowane takie powieści jak "Robinson w Bolechowie" czy też "Moja córka komunistka". Powieść Rudzkiej to krótka, poruszająca, naturalistyczna historia, która została nasiąknięta erotyzmem, a także olbrzymią życiową dojrzałością. W opowieści o starej poetce groteska miesza się z nastrojami melancholii i smutku. Idąca w parze z okrutną szczerością i realnością ukazanych obrazów subtelność sprawia, że czytelnik otrzymuje zapadające w pamięci, niesamowicie poruszające studium starości, przemijania, pożądania i kondycji człowieka we współczesnym świecie. 

Kim jest główna bohaterka powieści Rudzkiej? To stara poetka, będąca jednak główne symbolem starości. To starość przedstawiona jako zbiór obciążeń, ograniczeń, rozpad ciała, a równocześnie nieprzemijające z wiekiem pragnienia. Pesymistyczny, a przy tym niezwykle prawdziwy obraz ukazujący zmarginalizowanie starego człowieka zawiera w sobie dużo goryczy, jednak ta czara goryczy nigdy nie zostaje przelana. Słowa głównej bohaterki: "Tymczasem zrobiłam się stara."* stanowią jej zamknięty opis, a zarazem pierwsze zdane tej historii. Oprócz starej kobiety stanowi także portret córki, matki, żony i pisarki... wszystkie te role niosły za sobą w życiu Romy pewne ograniczenia, porcje żalu. Fragmentaryczność przedstawionej historii sprawia, że czytelnik nie jest w stanie odtworzyć historii Romy od A do Z, jednak bez problemu wysnuje wniosek, że w jej przypadku nie sprawdzą się słowa: "Po co starym namiętność? Ja mam morze czułości od wnusi i nie muszę się rozglądać"*. To więc zupełnie inny obraz starej kobiety od tego, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Niańczenie wnuków i pielęgnowanie ogrodu zdecydowane nie jest zajęciem dla niej. 69 - letnia bohaterka nadal odczuwa popęd seksualny, choć jednocześnie zdaje sobie sprawę, że przez resztę społeczeństwa jest już postrzegana jako osoba zupełnie aseksualna. Niekiedy wulgarnymi słowami mówiąc o przeszłości daje zarazem wyraz swoich teraźniejszych pragnień: "Kiedyś byłam ciepła i wilgotna, sprawna w cipce."* Świadomość potrzeb własnego ciała idzie natomiast w parze z ironiczną, a przy tym celną i bezkompromisową opinią na temat samej siebie...

"Mogę się myć, perfumować, a i tak czuć mnie będzie tą, co już prawie zamieniła nylony na przeciwzakrzepowe rajstopy, majteczki na luźne figi, podpaski na senior pieluchy, obcasy na półbuty, zęby na perełki wciśnięte między odleżynę a dziąsło."*

 „Człapię do lustra. Dyszę. Rozbieram się. Jak przed plutonem. Pokancerowana. W plamach. Liszajach. Wyżłobieniach. Koroduję. Kwilę w strupkach szarych. Sflaczała i obrzmiała. Spocona, obśliniona od myśli. Przyglądam się sobie. Nawet jednej duszy w promieniu całego ciała”.*

W "Krótkiej wymianie ognia" autorka zachęca czytelników do zadania sobie pytania o to co zmienia starość. Okazuje się, że jedynie ciało, bowiem temperament z początku pozostaje bez zmian... dopiero potem pod społecznym naciskiem dochodzi do konfrontacji chęci i możliwości. Dla niektórych Roma jest bohaterką dziwaczną, bezczelną, niekiedy nawet śmieszną nimfomankę... warto zapytać: dlaczego? Bo odstaje od ogólnie przyjętego modelu kobiety przed siedemdziesiątką? Historia Rudzkiej zamknięta na dwustu stronach obejmuje trzy pokolenia kobiet (przy czym losy tego najmłodszego zostają poruszone w bardzo enigmatyczny sposób), 70 lat... gdzieś zahacza o sztampowość identyfikując wielką historię z wielką tragedią (wątek napaści Sowietów, bardzo popularny we współczesnej literaturze polskiej). Połączenie części historycznej ze współczesną - mnie do siebie nie przekonało. Gdzieś te dwie odrębne rzeczywistości kłóciły się ze sobą, wprowadzały chaos - osobno historie w nich obu przedstawione były naprawdę dobrze skonstruowane i napisane - w zespoleniu jednak coś nie grało. 

Książka Rudzkiej to oprócz poruszenia tematu starości także historia o postrzeganiu swoich porażek z perspektywy czasu, miłości ("Miłość to komunizm. Zrównuje i wykorzystuje."*), poezji ("Przetwórstwo poetyckie jako towar ciężko zbywalny. Ale dzielnie rozstawiam swój kramik w domach kultury. Jest w nich coś z płaczu cudzego dziecka w pociągu. Nie mogę się doczekać kiedy wysiądę."*) i pisaniu w ogóle ("Nie mam cierpliwości do wierszy. Nie nadążam, prąd zdania znosi mnie, ale bez słów nie mogę obejść się, nie mogą objąć się."*). 

"Krótka wymiana ognia" to niezwykle precyzyjna, oszczędna w słowa, a jednocześnie niekiedy szokująca swą dosłownością (bohaterka uznaje swoją matkę za "kości i ścięgna") i brakiem grzeczności proza. To stylistyczna i psychologiczna bomba. Autorka posługując się krótkimi zdania, nigdy nie zapomina o szczegółach i drobiazgach. Dojrzała, bardzo przemyślana proza o systemach wartości, starości (i strachu przed nią), ludzkiej niedoskonałości i konfrontowaniu się z samym sobą ("Skrzywił się. Coś tam burknął jak mamulka, machnął ręką niecierpliwie i tak samo jak mamulka zostawił mnie z tym najgorszym dla mnie towarzystwem - mną samą."*). Pozycja, która pozostawia po sobie ślad jeszcze długo po lekturze - pełna mądrości, świetnego języka. Intrygująca i angażująca historia - zarówno ze względu na fabułę jak i specyficzny klimat. 

Moja ocena: 8+/10

*Wszystkie cytaty pochodzą z książki "Krótka wymiana ognia", autorstwa Zyty Rudzkiej.

sierpnia 09, 2018

(696) Lagom

(696) Lagom
Tytuł: Lagom. Szwedzki sekret dobrego życia
Autor: Lola A. Akerstrom
Wydawnictwo Marginesy
Stron 192

Ludzie na całym świecie szukają reguły, regulaminu, planu, zasad, które pozwoliłyby im powiedzieć, że wiodą szczęśliwe życie. W swoich poszukiwaniach mieszkańcy poszczególnych państw niekiedy dochodzą do nieco, odrobinę odrębnych wniosków - i tak na księgarnianych półkach mamy wysyp pozycji dotyczących duńskiej recepty na szczęście, czyli hygge, a także tych związanych z lagom, czyli szwedzką zasadą umiaru (nie wspominając o tych japońskich i tak dalej... ). Według Akerstrom to właśnie poszukiwanie harmonii, czerpanie radości z drobiazgów, okazywanie szacunku otoczeniu ułatwia znalezienie własnej recepty na szczęście. Ta równowaga, nieodczuwanie braku ani nadmiaru jest w książce "Lagom. Szwedzki sekret dobrego życia" jest bardzo wyraźnie widoczna, jednak nie najważniejsza. To bardzo krótka, zwięzła publikacja, która choć niekiedy razi zawartymi w niej truizmami i banałami - zaskakuje ciekawostkami na temat Szwedów.

Wysyp pozycji poradnikowych i pseudo motywacyjnych spowodował (a przynajmniej powinien spowodować), że wydawnictwa będą się prześcigały w dążeniu do uzyskania niesamowitej szafy graficznej. Rzeczywiście - wydawcy dbają o jakość oprawy graficznej podczas wydawania takich pozycji, jednak w swoich dążeniach mających na celu przyciągnięcie czytelnika posługują się podobnymi chwytami. Tak więc "Lagom" jak inne tego typu pozycje została wydana w twardej oprawie, a w środku czytelnik może znaleźć sporą ilość fotografii i ilustracji - faktycznie - niektóre z nich mogłyby znaleźć uznanie na Instagramie, jednak większość... nie zdobyłaby tysięcy polubień.

Publikacja wydawnictwa Marginesy została podzielona na dziesięć rozdziałów, które dotykają różnych obszarów życia. Kultura, jedzenie, obchodzenie świąt, zdrowie, moda, uroda, design, wnętrza, życie towarzyskie, zabawa, praca, biznes, finanse, naturalny, zrównoważony rozwój - każdy znajdzie w tej pozycji parę słów na temat interesującej go dziedziny życia. To przedstawienie nie tylko teorii, ale także realnego wcielania lagom w życie. Proste, krótkie zdania w towarzystwie lakoniczności treści sprzyjają czytelnikom. To krótka, niewymagająca zbytniego wkładu intelektualnego pozycja. Z jej lektury wyniosłam cytat z Marka Twaina, który od momentu pierwszego zetknięcia z "Lagom" błąka mi się po głowie...

"Lepiej jest nie odzywać się wcale i wydać się głupim, niż odezwać się i rozwiać wszelkie wątpliwości."

Podobno to jedna z życiowych dewiz Szwedów... bardzo trafna i skłaniająca mnie do myśli, że może mam w sobie coś ze Szwedów. Autorka przedstawia między innymi zwyczaje związane z piciem kawy, organizowaniem przestrzeni, ćwiczeniami, recyklingiem, harmonią, osiąganiem kompromisów, miłością do natury. Zrobiła to w ciekawy sposób, jednak przy podsumowaniach rozdziałów gdzieś się pogubiła i zeszła bardzo mocno w stronę oklepanych formułek, przepisów na szczęście. Uderzyła w tony truizmów i banałów. "Lagom" jest pozycją, która może zachwycić jedynie kompletnych laików w temacie motywacji. Jednak może te truizmy i banały trzeba przeczytać tysiąc razy, aby móc wcielić je w życie...? Możemy założyć, że nawet jeśli podczas lektury zobaczymy tor, w którym musimy zmierzać, nową wersję nas samych... za chwilę wrócimy do starych schematów, w stare koleiny. Sprawianie, że nowo wytyczony plan będziemy dostrzegać jak najczęściej może nam pomóc... choćby odrobinę.

Według rankingów Szwedzi są zdecydowane szczęśliwszym narodem od Polaków. Warto o tym pamiętać i może ten fakt powinien nas delikatnie zachęcić do sięgnięcia po "Lagom", lekturę przyjemną, rozluźniającą, napawającą na krótką chwilę takim optymizmem: "Zmienię swoje życie na lepsze! Będę szczęśliwsza, szczęśliwszy! ;)", a przy tym miłą graficznie dla oka, prostą, nieskomplikowaną, choć niekiedy zaskakującą. To w gruncie rzeczy inspirująca, ale nie dająca większego, zdecydowanego kopa do zmian publikacja, ponieważ opierająca się na treściach i radach, które w teorii każdy już zna... Ale może to utopia? Książka motywacyjna, która mogłaby odmienić nasze życie? Może skrywa się gdzieś na księgarnianych półkach, ale ja jeszcze do niej nie dotarłam? Zresztą... ile może być recept na szczęście?

Moja ocena: 6/10