marca 20, 2024

(739) Valeria w lustrze

(739) Valeria w lustrze

Tytuł: Valeria w lustrze

Autor: Elisabet Benavent

Tłum. Iwona Michałowska - Gabrych

Wydawnictwo Kobiece

Stron 408

„Valeria w lustrze” – drugi tom serii o Valerii. Najsłabszy z całego cyklu. Miałam wrażenie, że autorka nie miała pomysłu jak pociągnąć dalej fabułę… na co chce położyć nacisk. To tom pod pewnymi względami ważny w perspektywie rozwoju dalszych części, ale nacisk został rozłożony zdecydowanie źle. Dużo jest tutaj seksu, mniej fabuły. Pod tym względem to ogromny zawód. To tom dla spragnionych scen zbliżeń (zdecydowanie nie emocjonalnych), a większość tego, co dzieje się w tej książce poza pikantnymi obrazami da się opisać w zaledwie kilku zdaniach. Nie ma tu przemyśleń, refleksji, a nawet tematy, z którymi czytelniczki mogły się utożsamić… nie zostają rozwinięte na tyle, by w dalszej perspektywie pozostawać w pamięci odbiorców.

Valeria i jej trzy przyjaciółki. Cztery kobiety przed trzydziestką próbujące znaleźć własną drogę do szczęścia. Zacznijmy od głównej bohaterki… najważniejszej. Opublikowała „W butach Valerii”, tym samym zdradzając (pod zmienionymi imionami innych bohaterów, ale jednak własnym nazwiskiem) wszelkie, także intymne szczegóły nie tylko własnego życia, ale także swojego męża i przyjaciółek… Teraz się boi. Boi się krytyki. To inna powieść od jej debiutanckiej – niektórzy powiedzą, że niskich lotów – z drugiej jednak strony to powieść napisana przez życie. Znajduje się na rozdrożu. Trzeba w końcu załatwić sprawy z Adrianem, a to załatwienie oznacza rozwód… trudno jest jej jednak rozstać się nawet z noszoną od lat obrączką. Z drugiej strony nie może się zdecydować, czy chce wejść w związek z Victorem. Lola z kolei cały czas nie wie czy chce dalej trwać w destrukcyjnej relacji z Sergiem, ale może ta relacja ma szansę… przerodzić się w coś poważniejszego? Carmen walczy o zrozumienie Borjy, swojego chłopaka – liczy na poważną relację, ale pojęcie „poważny związek” oboje rozumieją nieco inaczej. Nerea z kolei codziennie budzi się z mdłościami… i staje przed poważnym dylematem. Ale poza tym opisem w książce dzieje się niewiele więcej. No poza scenami seksu.

Wiecie jak to jest – recenzja drugiego tomu cyklu to zawsze spoiler względem części pierwszej. Tak też jest tym razem. Był taki moment w tej książce, gdy Victor postanowił zabrać Valerię na wyjazd niespodziankę – Valeria przewidując to informuje jedną z przyjaciółek, że nie może jej towarzyszyć w niezwykle ważnej dla niej chwili. I ok. Ma do tego prawo. Nie z tym jest jednak związany mój zawód. W momencie, gdy oczy otworzyły mi się ze szczęścia, że wreszcie coś będzie się działo… będzie jakaś akcja… fabuła… HISTORIA…. rozmowy, wspólne przeżycia związane z wymarzonym wspólnym wyjazdem… równie szybko oczy mi się zamknęły, a z ust wyrwało się westchnienie rozczarowania. Wątek, który mógł zostać rozbudowany – przedstawiony dzień po dniu, został opisany na zaledwie kilku stronach, w formie opowieści na zasadzie „No byliśmy na wyjeździe. Było wspaniale. To był magiczny czas, w którym Victor powiedział, że mnie kocha”. I tyle. Naprawdę… nie mogę uwierzyć w to, że nawet wyznanie miłosne nie zostało przedstawione bliżej, opisane w pewnym ciągu, żeby rozpalić serca czytelniczek – romantyczek. 

Gdzieś się przy tym tomie Benavent pogubiła – jest to w dodatku nie tylko moja opinia – ta część także w ocenach na lubimyczytac.pl wypada najsłabiej względem pozostałych. Tę powieść należy ściśle postrzegać jako kontynuację pierwszej części – nie ma sensu czytania tej książki bez znajomości poprzednich tomów. Jedynie ta znajomość pierwszego tomu i postrzeganie jej jako kontynuacji, powiedzmy niezbędnej w rozwoju akcji jako tako ratuje sytuację… 

Miałam podczas czytania wrażenie, że tę książkę napisał ktoś inny albo Benavent miała niezły kryzys twórczy. Brakuje tu lekkości, porywającej fabuły, skrzących się humorem (ale często też subtelnym erotyzmem) dialogów. Znacząco odbiega od pozostałych tomów, także pod względem językowym.  Jest takim „zapychaczem”, żeby czytelnicy o serii nie zapomnieli nim nie pojawi się przestrzeń na napisanie czegoś naprawdę dobrego, rozwijającego znacząco historię. Tu mamy za to ciągłe wahania nastrojów, marudzenie i poczucie ogólnego rozchwiania, które jest po prostu męczące. Fani cyklu przemkną przez ten tom w oczekiwaniu na konkrety. Mam nadzieję, że nie porzucą po tej książce całości serii… bo później, im dalej – tym lepiej!

Moja ocena: 5/10

marca 15, 2024

(738) W butach Valerii - po raz drugi!

(738) W butach Valerii - po raz drugi!

Tytuł: W butach Valerii 

Autor: Elisabet Benavent 

Tłum. Barbara Bardadyn 

Wydawnictwo Literackie 

Stron 440 

Trochę mi głupio, a trochę jednak nie. Za chwilę stuknie 25 lat na karku, a ja pierwszy raz w życiu sięgnęłam po książkę, którą już kiedyś przeczytałam. I przeczytałam ją ponownie. Jeśli jest mi jednak głupio to może jedynie z tego względu o „jaką” książkę chodzi. Pamiętam jak dziś początek lipca 2015 roku, gdy przeczytałam książkę hiszpańskiej pisarki Elisabet Benavent pt. „W butach Valerii”. Minęło prawie 9 lat, a ja nadal pamiętałam niektóre ze scen… emocje jakie towarzyszyły mi podczas czytania, chociaż nie była to przecież ani literatura wysokich lotów ani literacki majstersztyk. Ot, taka skrząca się humorem i erotyzmem idealna, wciągająca historia o czterech młodych Hiszpankach, które próbują poukładać sobie życie.

„W butach Valerii”, czyli pierwsza część czterotomowej serii została wydana przez wydawnictwo Literackie w 2015 roku. Wtedy, w recenzji napisałam, że będę wypatrywać tłumaczeń kolejnych tomów z serii… no i wypatrywałam, ale one nigdy nakładem wydawnictwa Literackiego się nie ukazały. Sytuacja zmieniła się, gdy Netflix wypuścił serial na podstawie pierwszego tomu pt. „Valeria”, a wydawnictwo Kobiece wzięło sprawy w swoje ręce: wznowiło pierwszy tom „W butach Valerii” w 2020 roku i następnie wydało kolejne tomy. I tak oto, w 2024 roku – poświęciłam cztery dni na przeczytanie wszystkich czterech tomów tej serii. Okazja do tego była świetna, bo przypadkowe wolne… i do tego 2. i 3. tom wyhaczone po 5 zł na promocji. Zbieg okoliczności idealny. I tym sposobem pamiętając jak bardzo ta historia w 2015 roku mnie oczarowała… postanowiłam przeczytać kolejne opowieści o losach Valerii i jej koleżanek, oczywiście zaczynając od powrotu do tomu pierwszego. I bardzo dobrze, bo jak się okazało pamiętałam niewiele. I co ważne… zmienił się mój punkt siedzenia (a raczej czytania), a tym samym widzenia (a raczej odbioru) tej książki.

Gdy sięgnęłam po raz pierwszy po perypetie Valerii i jej koleżanek miałam 16 lat. Książka Benavent wydała mi się wtedy bardzo odważna i bezpruderyjna jak na to, że nie była zlokalizowana w księgarni na półce z literaturą erotyczną obok „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. Co więcej (nie bijcie, proszę!) bohaterki wydały mi się dość stare i życiowo odległe względem mnie, nie mogłam się z nimi utożsamić – one w końcu miały aż 27 lat! „Dzisiaj”, gdy czytałam o swoich prawie równolatkach, które miały podobne problemy jak ja… a przynajmniej znajdowały się na podobnym etapie życia – potencjalne utożsamienie się z nimi było dużo łatwiejsze.

Przeczytałam wszystkie cztery tomy serii i dość długo zastanawiałam się, czy opowiedzieć Wam o wszystkich czterech w jednym poście… czy jednak to rozdzielić i zdecydowałam się na rozdzielenie.

„W butach Valerii” to pierwszy tom serii o czterech przyjaciółkach – Valerii, Nerei, Carmen i Loli. Narratorką powieści jest Valeria, która pisze książki. I uwaga… „W butach Valerii” to właśnie książka przez nią napisana, co będzie ważne w perspektywie kolejnych tomów, a co wcześniej kompletnie mi umknęło. Mieszka w Madrycie, ma męża Adriana, z którym od pewnego czasu jej się nie układa… a do tego po porzuceniu pracy i wydaniu pierwszej, uznanej przez krytyków książki nadszedł kryzys twórczy. Na jej horyzoncie pojawia się przystojny Victor, który choć nie będzie główną przyczyną zamieszania w jej życiu, to jednak odegra w tej historii istotną rolę.

To zabawna, napisana z pomysłem i bez zahamowań opowieść, w której nie brak erotyzmu. Momentami przekoloryzowana, niekiedy nawet wulgarna. Dla mnie jej ogromnym atutem jest przy tym ukazanie przyjaźni. Wszystkie cztery bohaterki są względem siebie kompletnie różne – jedna to demon seksu, druga to pedantka, a trzecia poszukuje prawdziwej miłości. Często ich zachowanie bulwersuje je same. Mimo tych wszystkich różnic znajdują jednak przestrzeń na dzielenie się swoim życiem, spotkania i co najważniejsze wspierania się, nawet jeśli same nie postąpiłyby w dany sposób.

Podtrzymuję to co napisałam w 2015 roku, że moją ulubioną bohaterką jest Lola będą postacią zupełnie bezpardonową, dla której nie istnieją tematy tabu. Szczególnie w kontekście kolejnych tomów muszę przyznać, że to postać naprawdę zasługująca na uwagę… i szacunek, którego niektórzy czytelnicy po pierwszym tomie mogliby jej jednak odmówić. W moich oczach (również biorąc pod uwagę kolejne tomy) straciła nieco postać samej Valerii, która momentami mnie po prostu irytowała. I o ile rozumiem, że spowodowane to było jej poczuciem niepewności samej siebie i drogi jaką chce podążać… to jednak nie zawsze mogłam się w tym odnaleźć. Ale taką niepewność chyba każdy z nas czasami odczuwa.. przez co zachowuje się irracjonalnie.

W tej części serii o seksie więcej się gada… niż się go uprawia. Oczywiście pojawiają się „sceny” – ich natężenie nie jest jednak zbyt duże. Książka nie jest seksem przesycona, choć napięcie seksualne jest stopniowo budowane. Posiada fabułę wykraczającą także poza temat seksu… piszę o tym, bo w kolejnych częściach tak oczywiste to nie będzie. Ta część jest wyważona, przez co łatwiej jest się utożsamić z opisywanymi wydarzeniami. Autorce udało się wykreować bohaterów z krwi i kości, którzy posiadają zarówno wady jak i zalety. Reprezentują różne postawy względem życia, związków, seksów, miłości, pracy.

„W butach Valerii” to książka, która po raz kolejny mnie porwała. Zapewniła godziny świetnej rozrywki. Powieść Benavent świetnie się czyta, z uśmiechem na twarzy, ale także niejedną refleksją dotyczącą życia. To fantastyczny początek serii i jestem miło zaskoczona, że podobał mi się tak bardzo… mimo upływu czasu, który minął od pierwszego czytania.

Moja ocena: 8/10

lutego 23, 2024

(737) Popłynę przed siebie jak rzeka

(737) Popłynę przed siebie jak rzeka
Tytuł: Popłynę przed siebie jak rzeka
Autor: Shelley Read
Tłumacz: Michał Juszkiewicz
Wydawnictwo Marginesy
Stron 328

Absolutnie przejmująca, wyciskająca łzy powieść. Z jednej strony z nieśpiesznie poprowadzoną akcją, z drugiej porywająca. Na ponad trzystu stronach przedstawiono akcję rozpiętą na ponad 20 lat, więc nie ma tu wielu szczegółów. Najważniejszy jest początek i koniec tej historii, ale nie mam wrażenia nienasycenia… niedoinformowania. To taki styl pisania, taki klimat dla którego ponad 300 stron tekstu wystarcza… ale i 600 stron byłoby literacką ucztą. Choć nie wiem czy możliwą do ogarnięcia emocjonalnie. To zbiór prostych, ale niosących za sobą ogromny ładunek emocjonalny obrazów, które niejednokrotnie wycisnęły ze mnie łzy… pozostawiając jednocześnie cały czas nadzieję na happy end.

„Popłynę przed siebie jak rzeka” to opowieść, której fabuła rozgrywa się pod koniec lat 40-tych XX wieku. Główna bohaterka wspomnieniami wraca jednak także do wcześniejszych wydarzeń. Gdy ją poznajemy, Victoria Nash ma siedemnaście lat. Po śmierci matki i ciotki została jedyną kobietą w rodzinie. Prowadzi gospodarstwo na rodzinnej farmie, dba o to by zwierzęta były zaopiekowane, wspiera w pracy przy brzoskwiniach swojego ojca. Mieszkają z nimi także jej wujek oraz jej młodszy brat, którzy jednak charakterologicznie zupełnie inni od niej… przysparzają jej zmartwień. Jest pewna swojej roli. Posłuszna, uczynna, pracowita, szczera. Kłamstwa wkradają się w jej życie, gdy przypadkiem poznaje Wilsona Moona – młodego włóczęgę z tajemniczą przeszłością, który został wysiedlony z plemiennej ziemi. Ich prosta miłość bez uprzedzeń nieodwracalnie zmienia jednak ich losy. Victoria ucieka w okoliczne góry, gdzie dojrzewa… odkrywa siłę jaką w sobie posiada, a jednocześnie daje się ponieść słabościom. Przekonuje się, że życie płynie jak rzeka bez względu na napotykane na drodze tamy i życiowe zakręty. Niezależnie od tego, co złego w życiu spotka człowieka – ono płynie dalej.

Shelley Read napisała wspaniałą powieść o dojrzewaniu i zmierzaniu dalej pomimo życiowych trudności. To z jednej strony surowa w klimacie powieść, z drugiej niesamowita ze względu na swój klimat amerykańskiej farmy drugiej połowy XX wieku i małej społeczności. Niezwykle subtelnie autorce udało się ukazać zmiany zachodzące zarówno w rzeczywistości otaczającej główną bohaterkę jak i te zachodzące w niej samej. Wraz z upływem lat zmienia się klimat tej powieści, a my trafiamy do rozwijającego się miasta. Od tematu wysiedleni rdzennych mieszkańców ziem przechodzimy zgrabnie do tematu wojny w Korei. Pisarka fantastycznie oddała mentalność małomiasteczkowej społeczności, uwzględniając także kontekst społeczno – historyczny i zachodzące w nim zmiany. Ta książka jest liryczną opowieścią nieobfitującą w dialogi. Więcej od dialogów jest w niej opisów przyrody, które przed oczami malują świat życia Victorii. Te opisy budują atmosferę i klimat tej powieści, są niezbędne do odpowiedniego emocjonalnego odczuwania tej powieści. 

„Popłynę przed siebie jak rzeka” to bowiem przepiękna książka nie tylko do czytania, ale i „czucia”. To realistyczni, barwni bohaterowie. Także główna postać, czyli Victoria nie jest heroską. Podejmuje decyzje, które w większości pokrywają się z tym jak działałoby większość kobiet w jej sytuacji. Ona nie wyprzedza swoich czasów, nie jest przebojowa. Stara się przetrwać. Funkcjonować. Książka jest bardzo równa – napisana pięknym, wręcz poetyckim językiem. To niesamowity debiut. Już dawno żadna książka tak mnie literacko nie rozpaliła… nie była taką ucztą. Wspaniała pozycja, do której na pewno kiedyś jeszcze powrócę. 

Moja ocena: 10/10

Książka otrzymana w ramach współpracy barterowej z Wydawnictwem Marginesy.

lutego 14, 2024

(736) Narcystyczna osobowość naszych czasów

(736) Narcystyczna osobowość naszych czasów
Tytuł: Narcystyczna osobowość naszych czasów
Autor: Keith W. Campbell, Carolyn Crist
Tłumacz: Grażyna Skoczylas
Wydawnictwo Rebis
Stron 272

Książka „Narcystyczna osobowość naszych czasów” to wynik długoletnich badań doktora W. Keitha Campbella nad zagadnieniem narcyzmu. Campbell jest autorem wielu prac naukowych, a także poczytnych książek. W tej książce wprowadza czytelników w tematykę narcyzmu, poprzez wyjaśnienie co tak naprawdę to określenie z psychologicznego punktu widzenia oznacza. Wyjaśnia, że jest to dużo szersze pojęcie niż to, w jaki sposób potocznie jest postrzegane. Odnosi się nie tylko do osoby zakochanej w sobie jak mityczny Narcyz. 

Autor mówi naukowym językiem – przedstawia psychologiczne, osobowościowe i społeczne badania dot. narcyzmu. Najtrudniejsza jest pierwsza z trzech części tej książki dotycząca w ogóle metodologii badań tego zjawiska i opisująca, do jakich zmian w badaniach musiało dojść, by opisywać je w sposób naukowy. To wprowadzenie, które nie jest do końca łatwe w odbiorze… i w pewnym momencie osobie, która nie jest psychologiem może wydać się nużące. Ważne jest jednak to, że autor już we wstępie do książki informuje, że zdaje sobie z tego sprawę, jednak wprowadzenie do samej teorii osobowości jest niezbędne by jego zdaniem właściwie móc zinterpretować narcyzm. 

Nawet w tym pierwszym rozdziale autor stara się jednak, by nie był to nudny wywód naukowy. Odwołuje się w tym celu często do postaci należących popkultury, by w lepszy – dosadniejszy sposób pokazać czytelnikowi dane narcystyczne zachowania. Te odwołania do serii o Harrym Potterze czy Stranger Things sprawiają, że książka nabiera lekkości i dobrze się ją czyta. Z tym, że gdyby się czepiać idealnie byłoby gdyby te odwołania były bardziej rozbudowane niż samo wymienienie bohaterów. Przydałoby się przywołać konkretne zachowania, w których to się objawiało. 

Autor książki jest naukowcem i wykładowcą akademickim. Tym samym nieobce są mu kwestie wiarygodności naukowej. W książce zamieszczono rozbudowane przypisy i bibliografię, z podziałem na konkretny rozdziały książki. Umożliwia to dalsze poszerzanie swojej wiedzy dotyczącej narcyzmu oraz sięgnięcie do źródeł, w celu znalezienia na przykład szczegółów grupy badawczej czy wyników badań, których autor dokładnie w swojej książce nie przedstawił. Nie jest to w końcu gruba encyklopedia dotycząca narcyzmu. Nie mniej nawet ta objętość pozwala autorowi na uświadomienie czytelnikowi, że czym innym są cechy narcystyczne, które wykazuje każda osoba, a czym innym narcystyczne zaburzenie osobowości, które jest jednostką chorobową. 

Książka składa się z trzech dużych części. Pierwsza: najobszerniejsza, najtrudniejsza w odbiorze, ale przy tym najważniejsza z perspektywy zrozumienia problemu jak już wspominałam wcześniej skupia się na przedstawieniu definicji narcyzmu. Kolejna część dotyczy funkcjonowania narcyzmu w naszym otoczeniu. Autor położył nacisk na kwestię relacji, władzy, subkultur oraz portali społecznościowych, które areną narcyzmu są. W trzeciej części autor daje wskazówki jak radzić sobie z narcyzmem: jak wykorzystywać go strategicznie, redukować jego poziom  innych i u siebie samego i jak praca nad nim w procesie psychoterapii. Oprócz części głównej w książce znajduje się także słowniczek przydatnych pojęć, spis pozycji, które warto przeczytać, przypisy… oraz indeks, który ułatwia powracanie do konkretnych, interesujących czytelnika treści. 

„Narcystyczna osobowość naszych czasów” to ciekawa książka przybliżająca pojęcie narcyzmu. Autor przytacza ogrom badań, wprowadza w metodologię, pokazuje funkcjonowanie narcyzmu współcześnie oraz przedstawia metody jego redukcji. Momentami ciężko się to czyta ze względu na ogrom danych (widoczny szczególnie w pierwszy rozdziale), ale widać, że autor stara się przekazać swoją wiedzę i uczynić to w jak najmniej bolesny sposób. Książka jest świetnie opracowana, a przez to wiarygodna. Jeśli jesteście fanami psychologii lub chcecie dowiedzieć się więcej o otaczających Was w życiu narcyzach… i poznać sposoby na radzenie sobie z nimi, to serdecznie Wam tę książkę polecam. 

Moja ocena: 7/10

Książka przekazana w ramach współpracy barterowej przez wydawnictwo Rebis.

lutego 09, 2024

(735) Po tamtej nocy

(735) Po tamtej nocy

Tytuł: Po tamtej nocy

Autor: Karin Slaughter 

Tłum. Piotr Cieślak

Wydawnictwo Harper Collins

Stron 464

Karin Slaughter to dla mnie pisarski pewnik w temacie świetnej, porywającej literatury, która porwie mnie na kilka godzin do swojego świata. Po jej książki zawsze sięgam z ogromną chęcią… i w dodatku nigdy mnie nie zawodzą. „Po tamtej stronie” jest książką należącą do cyklu, a konkretnie jedenastą częścią cyklu ze śledczym Willem Trentem, ale… uwaga… mimo, że rewelacyjnie byłoby czytać tę książkę posiadając znajomość poprzednich tomów – nie przekreślajcie jej, jeśli ich nie znacie. Tym bardziej, że do uniwersum tego świata należy także wcześniejszy cykl „Hrabstwo Grant”, którego postacią jest późniejsza dziewczyna Willa. Znajomość poprzednich książek z tego cyklu, co prawda podnosi dodatkowo walory kwestii fabularnych – szczególnie w zakresie stałych, przewijających się przez cykl postaci jak Will, jego dziewczyna – lekarz medycyny sądowej Sara czy jego partnerka zawodowa Faith, ale nie jest niezbędna do odnalezienia się w fabule. W 2016 roku czytałam ósmą część cyklu o Willu, wcześniej siódmą… i tyle... ale i tak czytało mi się tę książkę świetnie. Choć… muszę przyznać, że darzę powieści Slaughter taką sympatią, że nawet przeszło mi przez myśl, że kiedyś z chęcią przeczytałabym wszystkie części z obu wspomnianych cykli – po kolei. I jestem coraz bliższa realizacji tego pomysłu.

Trzy lata przed główną osią wydarzeń na oddział ratunkowy podczas dyżuru Sary trafia młoda dziewczyna – studentka wydziału medycyny. Jest poturbowana. Mówi, że została zgwałcona. Nie udaje jej się uratować. Sara zdążyła jednak złożyć jej jeszcze obietnicę, że znajdzie sprawcę gwałtu i doprowadzi go do odpowiedzialności. Jak się okazuje, obietnica ma również wymiar osobisty. Sara również została przed laty zgwałcona. Wraz z rozwojem sprawy okazuje się jednak, że te dwie sprawy są powiązane dużo bardziej, a przede wszystkim w realny sposób. Mimo, że gwałciciel Sary został złapany. Wraz ze swoim narzeczonym Willem oraz jego partnerką Faitch zaczynają balansować na granicy prawa, by odkryć co dokładnie wydarzyło się 15 lat wcześniej… czego nie dostrzegła Sara? 

Fabuła wydawała mi się po lekturze pierwszych stron nieco przewidywalna, ale szybko zmieniłam zdanie. Ostatecznie uważam, że momentami była zbyt rozwleczona, a autorka próbowała utrzymać napięcie zbyt długo. Nie mniej, choć oczywiście niektóre wątki można było rozwikłać szybciej, to część zwrotów akcji czy rozwiązań zapierały dech w piersi.  Czytałam z zapartym tchem myśląc „co będzie dalej? No co?”. I zakończenie, choć po części przewidywalne… to jednak i tak w końcowej scenie mnie zaskoczyło. Te wszystkie zaskoczenia to ogromne plusy. Opowiedziana w tej części historia to osobna opowieść. Oczywiście, pojawiają się nawiązania do życia osobistego postaci, luźne nawiązania do spraw z przeszłości – wszystko zostaje jednak wyjaśnione i nie ma problemu z odnalezieniem się w fabule.

To kolejna część cyklu o Willu Trencie, ale autorka przykłada bardzo dużą wagę do kreacji postaci kobiecych. Sara, Faith… to mocne babki, inteligentne. I ja nadal jestem większą fanką Sary niż samego Willa. Will jest trochę zamknięty w sobie, z jednej strony macho… z drugiej ma w sobie dużo zagubienia i złości. Dba o relacje, ale także  często się wycofuje. Mnie nie angażuje tak emocjonalnie, jak postać Sary. Jednocześnie mam wrażenie, że autorka poszła bardzo mocno w stronę kobiecych postaci, ale w pewnym momencie zaczęła przesadzać. Momentami był to manifest odnośnie tego jak kobiety mają źle. Bohaterki (także drugoplanowe) sprowadzają istotę kobiet do tych porzucanych, wykorzystywanych przez mężczyzn. Obiektów, o których mężczyźni myślą jedynie w aspektach seksualnych. Całą grupę mężczyzn stawiają w pozycji potworów, drapieżników. Przez to, że te spostrzeżenia odnośnie mężczyzn padały z ust kilku bohaterek, a nie jednej odniosłam wrażenie występowania pewnego seksizmu względem mężczyzn. Czasami byłam tym zmęczona. Rozumiem jednak, że miało to mieć wymiar społeczny, podkreślający skalę jaką mają nadużycia seksualne... i zdecydowanie Slaughter w tej książce zwraca uwagę na aspekt niechcianego dotyku, podejścia społeczeństwa, częstego obarczania winą ofiar gwałtu, uzależnienia kobiet od mężczyzn pod względem finansowym, przemocy psychicznej oraz fizycznej i tym podobnych zagadnień. 

Slaughter świetnie pisze. Buduje wielowątkowe intrygi i napięcie. Radzi sobie także z kreacją bohaterów, którzy nie są jednowymiarowi. Do tego są charakterystyczni, niestworzeni na jedno kopyto. „Po tamtej nocy” to ciekawa powieść sensacyjna, która jednocześnie spodoba się także fanom całego cyklu, ponieważ rozwija kolejne wątki z życia Sary i Willa dopełniając ich biografie. Autorka zmusza do krytycznego myślenia, nie oferując jedynie łatwej rozrywki w postaci powieści sensacyjnej. Czy sięgną po następne powieści Slaughter? Z pewnością tak!

Moja ocena: 8/10

Książka przekazana do recenzji przez wydawnictwo HarperCollins.

lutego 05, 2024

(734) Dzienniki wdzięczności

(734) Dzienniki wdzięczności

Tytuł: Dzienniki wdzięczności

Autor: Janice Kaplan

Tłumacz: Magdalena Hermanowska

Wydawnictwo Rebis

Stron 384

„ – Nie mam ochoty narzekać – powiedziałam, zadziwiając samą siebie nie mniej niż ją. – Nie jestem w stanie zmienić tego, co się stało, ale za to mogę zmienić sposób myślenia i to sprawia mi wielką przyjemność.”

Janice Kaplan, „Dziennik wdzięczności”, Wydawnictwo Rebis, s. 11.

Książka dla tych, którzy widzą szklankę zawsze do połowy pustą, by zobaczyli, że nic dobrego im z tego nie przyjdzie… oraz dla tych, którzy widzą szklankę zawsze do połowy pełną, by utwierdzili się w swoim przekonaniu, że postępują prawidłowo, a ich działanie – sposób podejścia do życia może przynieść im wiele korzyści. Janice Kaplan, wydawca prasowy, dziennikarka, autorka takich książek jak „Faceci, których nie poślubiłam” czy „Dzienników botoksowych” postanowiła zmienić swoje podejście i zaprosić do swojego życia wdzięczność. Ten rok pracy nad odczuwaniem wdzięczności zaowocował nie tylko zmianami w różnych aspektach jej życia, ale także stworzeniem „Dzienników wdzięczności”. 

Autorka w sylwestrową noc obiecała sobie, że będzie odczuwać wdzięczność i dostrzegać pozytywną stronę tego, co jej się przytrafia. To był jej plan na nadchodzący rok. Plan, a zarazem wyzwanie. Wdzięczność do swojego życia postanowiła wprowadzać etapami. Jej działania objęły różne aspekty życia jak małżeństwo, miłość, kontakty z dziećmi, pieniądze, praca, dobytek materialny, podejście do natury, zdrowia, własnego wyglądu, problemów i relacje z bliskimi. Janice Kaplan w swojej książce przytacza swoje działania w tym zakresie, które ostatecznie pozwoliły jej kształtować własne samopoczucie, poprawić relacje z bliskimi, więź z mężem, uzdrowić swoją relację z pieniędzmi i rzeczami materialnymi. Amerykańska autorka wspomina także rozmowy z naukowcami, którzy temat wdzięczności poruszali w swoich badaniach. Tym samym dochodzi do zgłębienia zagadnienia dobroczynnego wpływu wdzięczności na różne aspekty życia. 

I na tym etapie chcę wspomnieć o jednym (dla mnie) ogromnym minusie tej pozycji. W opisie na okładce możemy przeczytać, że autorka w zgłębianiu dobroczynnego wpływu wdzięczności bazuje również na szeroko zakrojonych badaniach. Tak, autorka wspomina w tej książce o wielu badaniach przeprowadzonych przez wielu naukowców. Wymienia tych naukowców z imienia i nazwiska. Przytacza ich eksperymenty, ich wyniki. Niestety jednak w książce nie ma ani jednego przypisu do nich i ani jednej pozycji bibliograficznej. I o ile rozumiem, że to nie jest książka naukowa, a coś na kształt poradnika, to jednak uważam, że brak jakiejkolwiek bibliografii jej szkodzi. W mojej opinii przez to książka bardzo dużo traci – i nie ma dla mnie znaczenia, że byłaby to bibliografia w języku angielskim. Jest to dla mnie duża, spłycająca tę pozycję niedoróbka. Dostrzegając jednak pozytywne strony tej książki chciałabym zwrócić uwagę, że została pięknie wydana w twardej okładce. Wielkość czcionki, kolor papieru to wszystko składa się na ogólną przyjemność kontaktu z nią. 

"Dzienniki wdzięczności" to książka o dostrzeganiu pozytywnych stron, ale ona sama nie niesie za sobą jedynie pozytywnych odczuć. Pierwsze dwa rozdziały miałam wrażenie, że jest bardzo sprawnie napisana pod względem warsztatu pisarskiego. Im dalej w las… tym bardziej byłam jednak znużona, bo autorka wprowadzała zbyt dużo objaśnień dotyczących tego, w jakich okolicznościach spotkała się z konkretną osobą. Przy czym za mało było dla mnie konkretnej treści, nawet jeśli miałaby ona postać typowych przykładów z życia autorki. To wszystko umknęłoby mojej uwadze, gdyby była 60-80 stron krótsza.

„Dzienniki wdzięczności” Janice Kaplan, choć mogłyby być nieco krótszą pozycją, to jednak ogólne wrażenie wywołują bardzo dobre. To książka, która napawa optymizmem pokazując, że często nasze negatywne emocje… niczego nie zmienią na lepsze. Poszukiwanie pozytywnych stron spotykających nas zdarzeń ma wpływ na nasze relacje z innymi, nasz układ odpornościowy i inne aspekty, które w ogólnym rozrachunku przekładają się na nasz ogólny komfort życiowy. 

Książka jest uporządkowana, a podział na poszczególne rozdziały, w których autorka skupia się na innych wątkach dotyczących wdrażania wdzięczności w swoje życie usprawnia jej czytanie. Mam wrażenie, że z tej pozycji można wynieść dla siebie naprawdę dużo cennych spostrzeżeń, które choć mogą wydawać się banalne… czasami są ważne do uświadomienia czarno na białym. „Dzienniki wdzięczności” bardzo pozytywnie we mnie rezonują – podczas lektury pozaznaczałam sobie ulubione, najbardziej przemawiające do mnie cytaty i wiem, że jest to książka, do której będę wracać i którą będę polecać. To poradnik, ale dobrze, solidnie napisany, którego autorka nie karmi nas samymi truizmami. Rozgrzewa serce, pobudza do zmian. Bardzo polecam dla osób, którym przydałoby się w życiu więcej wdzięczności… lub dla tych, które potrzebuję utwierdzenia, że ich droga wdzięczności i akceptacji jest tą właściwą. 

Moja ocena: 7/10 (byłoby 9 na 10… gdyby nie brak bibliografii 😉)

Książka otrzymana w ramach współpracy barterowej z Wydawnictwem Rebis.

stycznia 24, 2024

(733) Pielęgniarki

(733) Pielęgniarki

Tytuł: Pielęgniarki

Autor: Christie Watson

Tłum. Ewa Borówka

Wydawnictwo Marginesy

Stron 320

Zawód pielęgniarki jest niedoceniany – nie da się tego ukryć. Pielęgniarki nie są ulubioną grupą zawodową, kojarzą się z raczej z niesympatycznymi „pigułami”. Zmianie sytuacji nie sprzyjają jednak także niskie płace, duże obciążenie psychiczne, fizyczne i odpowiedzialność związana z tym zawodem. O tym często się zapomina. Udając się do lekarza, stykając się z pielęgniarkami oczekujemy często empatii, współczucia, szczerego zainteresowania i najlepiej jeszcze przejęcia naszym problemem zdrowotnym, często zapominając, że to taki sam człowiek jak każdy inny. I oczywiście – nie podlega dyskusji fakt, że mamy prawo do rzetelnej, fachowej opieki. Trudno jest jednak oczekiwać od pielęgniarek, że będą się emocjonalnie angażowały w każde napotkane cierpienie – jeśli tak będzie, oszaleją. Stąd też dochodzi niekiedy do wytworzenia warstwy ochronnej w postaci szorstkości… i nie mówię, że to dobrze i że tak powinno być – w służbie zdrowia brakuje wsparcia dla kadry medycznej, ale chcę pokazać, że ta sytuacja – relacja nie jest czarno – biała i jako czarno – biała nie powinna być postrzegana. 

To także pokazuje brytyjska pielęgniarka Christie Watson w swoje książce „Pielęgniarki”, wydanej nakładem Wydawnictwa Marginesy. Christie Watson nie marzyła całe dzieciństwo o tym, żeby zostać pielęgniarką. Jak opisuje w swojej książce, pomysłu na siebie szukała długo… często zmieniała zdanie, ale do bycia pielęgniarką została w pewnym sensie naznaczona już podczas pracy z pacjentami. Weszła w to. Nawet gdy zemdlała podczas pobierania krwi (krew była pobierana jej, a nie przez nią…) na samym początku długiej drogi do uzyskania uprawnień – nie poddała się, nie wycofała, nie zrezygnowała. W trakcie stażu, a później kariery trafiała na różne oddziały, różnych pacjentów, ich schorzenia, a także na różne pielęgniarki. Ta książka nie jest jednak jedynie zbiorem opowieści z jej czasu pracy, ponieważ autorka przewija w niej także informacje dotyczące historii tego zawodu, jego początków. Nie brakuje w tej książce także (z perspektywy laika) ciekawostek związanych z medycyną oraz innych dygresji.

Watson w swojej opowieści o byciu pielęgniarką wpuszcza czytelnika w różne zakamarki szpitalnych oddziałów – zderzając czytelników tym samym z różnymi chorobami i opowieściami o ludzkich losach. Jedne jeżą włos na głowie, drugie wyciskają łzy… ale są też takie, które wywołują uśmiech na twarzy i przynoszą nadzieję. Niezmienny jest jednak ogrom związanych z nimi emocji. Co ważne, autorka nie próbuje nikogo wybielać – pokazuje jednak złożoność codziennych zadań pielęgniarek. Nie stroni w opowieściach od poruszania wątków z życia osobistego – postrzegam to jako plus, ponieważ przez jej uwikłanie w opisywane sytuacje, nabierają one autentyczności. Autorka na wstępie zaznacza jednak, że nie należy traktować jej opowieści 1:1, ponieważ w celu ukrycia tożsamości osób, które spotkała na swojej zawodowej drodze, połączyła opisy pewnych postaci i sytuacji.

„Pielęgniarki” są książką dość nierówną – zachwiana jest linia czasowa w stosunku do chronologii życia autorki – trochę błądzimy jako czytelnicy tej historii, przechodząc od jednej do drugiej historii, które nie zostały jednak w konkretny sposób uporządkowane. Nie zawsze też narracja poprowadzona jest porywający sposób. To odpowiednia książka przede wszystkim dla osób zainteresowanych światem medycznym, pracą w nim. Z pewnością z zainteresowaniem sięgną po nią osoby, którym spodobało się na przykład „Będzie bolało” Adama Kaya, choć to półka nieco niższa. Nie ma w tej pozycji jednak przesytu krwawych obrazów, medycznych szczegółów, które wrażliwszych mogą przyprawić o nudności. To ciekawe wprowadzenie do okołomedycznych tematów i zawodów, pokazujące złożoność i trudność sytuacji, z którymi na co dzień stykają się szeroko rozumiani medycy. 

Moja ocena: 6,5/10

Książkę otrzymałam w ramach współpracy barterowej z Wydawnictwem Marginesy.

grudnia 03, 2023

(732) Eileen Gray. Dom pod słońcem

(732) Eileen Gray. Dom pod słońcem

Tytuł: Eileen Gray. Dom pod słońcem. 

Autor: Zosia Dzierżawska, Charlotte Malterre-Barthes

Tłumacz: Jacek Żuławnik 

Wydawnictwo Marginesy

Stron 162

Eileen Gray – architektka i projektantka. Pionierka modernistycznego projektowania i architektury. Jej najbardziej znany projekt to budynek E-1027. O uznaniu dla jej prac świadczyć może chociażby to, że fotel jej projektu został w 2009 roku sprzedany za prawie 22 mln… euro. Jej najbardziej rozpoznawalne prace powstały w pierwszym dekadach XX wieku. Tworzyła meble – szeroko rozumiane elementy wystroju oraz projekty architektoniczne. Budynek E-1027 nazywany jest perłą modernizmu. Wpływ na to ma nie tylko wyjątkowa bryła, sama konstrukcja budynku, ale także elementy jego umeblowania, których autorką również była Gray. 

Komiks wydany przez wydawnictwo Marginesy w 2019 roku przybliża jedynie po krótce biografię Eileen Gray. Elementem, na którym skupiły się autorki (Charlotte Malterre-Barthes i Zosia Dzierżawska) jest właśnie historia powstania budynku E-1027. Czytelnicy zostają jedynie pokrótce zaznajomieni z wcześniejszymi losami bohaterki, aspektem otwarcia przez nią sklepu z własnymi meblami czy miłosnych relacji. Zawartych w nim zostało jednak także kilka myśli dotyczących architektury - poglądów Gray.

„Eileen Gray. Dom pod słońcem” to komiks pokazujący ogromną pasję i dążenie Gray do połączenia w sztuce użytkowej zmysłowości z funkcjonalnością. To także opowieść o kobiecie, która stara się postępować niezależnie od społecznych ograniczeń. I również wbrew męskiej dominacji w świecie architektury. Dla osoby niepozostającej zanurzoną w świecie historii designu i architektury, początkowo trudne może być odnalezienie się w tej opowieści, która jednak mocno czerpie z dorobku designu i modernizmu – nie przedstawiając go jednak dokładnie. Modernizm pozostaje strefą dla rozgrywających się wydarzeń. Strefa ta jednak nie zostaje czytelnikom przybliżona i jest to zdecydowana wada. Brakuje konkretnego wprowadzenia historycznego elementu, który pozwoliłby dotrzeć tej historii także do osób, którym nieznana jest biografia Eileen Gray i jej wkład w dorobek designu oraz architektury.

W przedstawionej opowieści, także w sposobie ukazania głównej bohaterki brakuje wyrazistego elementu, który mógłby rozpalić intensywne emocje i przywiązanie w czytelnikach (ponownie o tym wspomnę) niepowiązanych z architekturą, dla których postać Eileen Gray byłaby ciekawa także w oderwaniu od nich. Ograniczenie fabuły i kreacji bohaterów sprawia, że także ograniczona staje się grupa potencjalnych odbiorców. Surowość środku wyrazu i fabuły idzie w parze z surowością kreski. W przypadku kreski nie jest to jednak wada.

Komiks o Eileen Gray jest jednak czytelniczą perełką dla osób zanurzonych w świat architektury i designu. Dla niewtajemniczonych, komiks ten, stanowić może zachętę do dalszego zbierania informacji nie tylko o jego bohaterce, jej dziełach, ale również całej modernistycznej otoczce. Przewagę nad warstwą tekstową zdecydowanie przejmuje tu strona graficzna, która choć surowa – przyciąga uwagę. Tekstowi zabrakło jednak dramaturgii i emocji, które poruszałyby czytelnika i sprawiły, że zapadnie w pamięć. To fabularny zawód, pozbawiony wyrazistości, ale jednak zasługujący na uwagę ze względu na zastosowaną kreskę. Jeśli Waszym celem nie jest poznanie historii Eileen Gray, a po prostu silnej, przebojowej kobiety… to zdecydowanie bardziej polecam Wam również wydany przez Marginesy komiks „Artemizja”, który jest zarówno literackim jak i graficznym majstersztykiem.

Moja ocena: 6/10


Książkę otrzymałam w ramach współpracy barterowej od Wydawnictwa Marginesy.

września 19, 2022

(731) Dwa stadiony. Kryminał z duszą.

(731) Dwa stadiony. Kryminał z duszą.

Tytuł: Dwa stadiony. Kryminał z duszą.
Autor: Robert M. Rynkowski
Wydawnictwo Ridero 
Stron 278

Robert M. Rynkowski to pisarz, którego książki znajdują się na moich półkach już od 9 lat - moje książkowe spotkania z tym pisarzem zaczęły się jeszcze w czasach liceum, podczas lektury książki "Każdy jest teologiem", później była kolejna książka teologiczna, książki dla młodzieży... aż przyszła w końcu pora na "Dwa stadiony", czyli kryminał z duszą. Wspominam o tej książce obecnie wcale nie przypadkowo - 14 października premierę będzie miała bowiem premierę najnowsza książka Rynkowskiego. "Szept węża", to jak wynika z zapowiedzi powieść kryminalno-sensacyjno - można ją już zakupić w przedsprzedaży i nie wątpię, że jest przynajmniej tak samo dobra jak "Dwa stadiony". 

Gdy pisze się tak różne książki, skierowane do tak różnych odbiorców, zawsze istnieje ryzyko, że pisarz się zatraci i zagalopuje podążając w kierunkach, których udźwignąć nie jest w stanie. Dla Rynkowskiego kryminał nie był takim niepożądanym, trudnym do udźwignięcia kierunkiem - jest to jednak książka dosyć specyficzna, której akcję wyznaczają losy pozornie niepowiązanych ze sobą osób. Dopiero po kilkudziesięciu stronach powieści czytelnicy mają szansę poznać głównego bohatera - Jana Wiśniewskiego - męża i ojca, który choć na co dzień pracuje dla parlamentu, nie może spać z powodu nieukończonego doktoratu z filozofii - w chwilach jednak, gdy zajęty jest oficjalnie jego pisaniem, tak naprawdę tworzy powieść kryminalną. Powieść opartą w pewnym sensie na faktach, której publikacji obawia się niejedna osoba... Jan znajduje na swoim komputerze program szpiegowski, a jego żona i dzieci znajdują się w niebezpieczeństwie... wszystko to łączy się w jakiś sposób z warszawskim półświatkiem, jednak nie są to jedyne oblicza tej historii. Wydarzenia z pozoru zupełnie ze sobą niezwiązane takie jak śmierć studentki w wyniku upadku z dwunastego piętra w wieżowcu czy wykręcanie przez chłopaka szpilek z aut, w rzeczywistości łączą się ze sobą, wpływając na losy bohaterów.

To co od razu ujęło mnie w tej powieści, to nie sama intryga kryminalna (która swoją drogą jest dość nieoczywista i zaskakująca), a oddanie realiów życia w Warszawie i jej klimatu. To jedna z tych książek, podczas lektury których czytając dygresje czy spostrzeżenia autora dotyczące otaczającego świata czy ludzi kiwa się mimowolnie głową, myśląc przy tym "tak tak... faktycznie tak jest". To oswaja czytelnika, pozwala mu odnaleźć się w świecie wykreowanym, a raczej "przepisanym" / "przerysowanym" / "podsumowanym" przez autora. I to właśnie warstwa obyczajowa jest jedną z mocniejszych stron tej książki - rodzinne relacje, dążenie Wiśniewskiego do uzyskania sławy i uznania oraz kwestia odbioru jego działań przez innych. 

Sama intryga kryminalna jest zaskakująca, choć z pewnością nad budowaniem napięcia i poziomem zawikłania autor musi jeszcze popracować... tak by był to kryminał pełnokrwisty - na razie czytelnik bowiem napotyka na swojej drodze powieść obyczajową z kryminalną duszą. Ten brak takiego "dociążenia" kryminalnego fabuły sprawia jednak, że "Dwa stadiony" czyta się wyjątkowo szybko, lekko i łatwo. To krótka powieść, która aż prosi się o przeczytanie w jeden wieczór... być może właśnie taki jesienny i deszczowy. Co ciekawe jednak, mimo zamknięcia fabularnego całości, otwarcia i spójnego zakończenia wątków... autor zachęca również do rozważań psychologicznych dotyczących winy i kary za nią.

"Dwa stadiony" to dobra książka, a przy tym  bardzo nietuzinkowy kryminał, który fanów klasycznego kryminału może nie zadowolić. A niedociągnięcia w tej materii, które są w nim zauważalne... wierzę, że w "Szepcie węża" zostały uniknięte w wyniku porządnie odrobionej przez autora pracy domowej. 

września 12, 2022

(730) Kobiety, które starają się za bardzo

(730) Kobiety, które starają się za bardzo

Tytuł: Kobiety, które starają się za bardzo
Autorki: Sylwia Sitkowska, Katarzyna Troszczyńska
Wydawnictwo Rebis
Stron 288

W świecie, w którym coraz częściej widoczny staje się kult hiper-zaradnych, multizadaniowych kobiet, pokrzepieniem stają się książki pokazujące, że nie trzeba być „super women” aby zasłużyć na szacunek. Dziś opowiem właśnie o jednej z takich pozycji. „Kobiety, które starają się za bardzo” Sylwii Sitkowskiej i Katarzyny Troszczyńskiej, choć zaliczane do kategorii poradników psychologicznych, o poruszanym zagadnieniu opowiadają w formule swobodnej rozmowy – odnoszącej się nie tylko do twardych danych psychologicznych, ale również osobistych doświadczeń. Swoboda rozmowy przekłada się na doznania czytelnika, który podczas lektury nie czuje się zdystansowany względem przekazywanych przez ekspertkę treści. 

Sylwia Sitkowska – psycholożka i psychoterapeutka, ekspert telewizyjny i radiowy, w swoich książkach opowiadała już o tym czym jest lęk przed bliskością – czym jest oraz jak wpływa na seks i miłość (Niekochalni. Lęk przed bliskością, S. Sitkowska, A.Gryżewski) i jak odbudować bliskość w relacji (Odbuduj bliskość w związku, S.Sitkowska). W najnowszej książce w rozmowie z dziennikarką Katarzyną Troszczyńską przygląda się zagadnieniu nadmiernego starania kobiet i przekonaniu, że wszystko muszą. 

Autorki opowiadają o zjawisku nadmiernego starania się i jego wpływowi na życie poprzez odwołania do różnych aspektów codziennego funkcjonowania, takich jak: relacje z rodzicami, dziećmi, partnerami, własnym ciałem czy zachowania wykazywane w życiu zawodowym. Rozpiętość ukazanych w książce obszarów, w których kobiety starają się za bardzo oraz kwestia wejścia w jego przyczyny sprawia, że wspólna praca Sitkowskiej i Troszczyńskiej ma szansę przemówić do wielu kobiet – nie ma bowiem chyba kobiety, która byłaby od tego problemu wolna. 

Rozmowa Sitkowskiej i Troszczyńskiej pozbawiona jest moralizatorskiej nutki, wykazując zrozumienie dla przyczyn nadmiernego starania się kobiet. Autorki, choć swoją rozmowę i spostrzeżenia często opierają na konkretnych przypadkach, unikają jednoczesnego oceniania ich zachowań, zdając sobie sprawę, że kierują nimi procesy i schematy postępowania często wpajane od najmłodszych lat. Połączenie osobistych doświadczeń autorek i ich spostrzeżeń z nauką interpretacją procesów, które przebiegają w umysłach ludzi, sprawia, że „Kobiety, które starają się za bardzo” są pozycją przynoszącą ukojenie, a jednocześnie motywującą do zmian ze względu na ukazanie szerszej perspektywy. W związku z tym są książką, która powinna znaleźć się na półce każdej kobiety, której czytelnicze zainteresowania oscylują wokół tematu samorozwoju.

Moja ocena: 7/10

grudnia 13, 2021

(729) Czas Karola

(729) Czas Karola
Tytuł: Czas Karola
Seria: Czekoladowa dynastia (#1)
Autor: Teresa Monika Rudzka
Wydawnictwo Marginesy
Stron 320
Opis wydawcy: 
Nie tylko dla miłośników Downton Abbey. I czekolady!

Siedemnastoletnia Joanka Miller dostaje propozycję pracy i wyjeżdża do Berlina. Chlebodawcom podobają się skromność i pracowitość dziewczyny. Nakazują jej solenne wypełnianie obowiązków oraz trzymanie języka za zębami. Panna zamieszkuje przy rodzinie Karola Wedla i wkrótce pochłania ją wir spraw – w tym wyjazd do Warszawy, gdzie słynny cukiernik w 1851 roku zakłada własną cukiernię.

Czas Karola opowiada o początkach i rozwoju najsłynniejszej polskiej firmy. Są Karol i Karolina Wedlowie, ich dzieci Emil i Eleonora, służąca Joanka, kucharka Józefa i wiele osób z pierwszych stron gazet. Są zakupy w sklepie Stanisława Wokulskiego, gdzie panna Eleonora poznaje Izabelę Łęcką. Jest też skromny subiekt Ignacy Rzecki – stały bywalec wedlowskiej pijalni czekolady.

Moja opinia:
Ostatnio na rynku wydawniczym pojawia się coraz więcej publikacji związanych w jakiś sposób z rodziną Wedlów, twórcami i założycieli sławnych cukierni oraz czekolady, Ptasiego Mleczka i innych słodkości pożądanych przez Polaków od lat. "Czekoladowa dynastia. Czas Karola" jest jedną z tych pozycji. Książka Teresy Moniki Rudzkiej jest pierwszą częścią serii, opowiedzianej w formie ballady, stanowiącej fikcję literacką jedynie inspirowaną historią Wedlów, a której akcja rozpięta została na wiele lat. Przez specyficzną formę powieści mknie się przez nią niepostrzeżenie i bardzo szybko... autorka skupia się na przedstawieniu kluczowych dla rozwoju firmy Wedlów momentów, przez co cała historia jest bardzo dynamiczna. Powieść Teresy Moniki Rudzkiej jest przyjemną opowieścią o determinacji, niepodejmowaniu pochopnych decyzji, wytrwałości i sile rodziny. To książka bez intryg, obłudy i zawiści... ciepła, swojska i przez to pokrzepiająca. 

Książka Rudzkiej zawiera w sobie całą gamę ciekawych i barwnych postaci, wśród nich znaleźć można nawet Rzeckiego, co ujmie na pewno niejednego fana tej postaci z "Lalki"... na kartach powieści przewijają się także takie postacie jak Sienkiewicz, Prus oraz istotne dla rozwoju cukierni i pijalni czekolady Wedla wydarzenia - także związane z realiami historycznymi. Z jednej strony wplecienie w akcję takich bohaterów jak Rhett Butler odrealnia całą historię, a z drugie nadaje jej kolorytu i swego rodzaju magii... Wspaniałe i zaskakujące było także to, że w każdej z powieści autorki pojawia się postać, która sygnalizuje ważne wydarzenia w życiu bohaterów - to taki swego rodzaju znak rozpoznawczy autorki. Zaskakujące i bardzo na plus! Zanurzenie się w świat stworzony przez Rudzką jest łatwe, a postacie przez nią stworzone plastyczne i bardzo realne. Wręcz żywe i prawdziwe. Postacie przewijające się przez karty powieści nie są idealne, nie są ani jednoznacznie dobre ani jednoznacznie złe. Są czarno - białe, a nawet te najbardziej krystaliczne i pozytywne, mają również swoje wady. Ten brak idealizowania dodaje tej powieści realistyczności. 

Teresa Monika Rudzka w swojej powieści sygnalizuje pewne wątki, nie zagłębiając się jednak w nie bardzo intensywnie - sunie po obrzeżach świata rodziny Wedlów, pokazując jakby zasłyszane na mieście opowiastki czy plotki, przez większość tematów jedynie przemykając - nie ma tu więc wielu intymnych wyznań czy szczerych rozmów - w tym aspekcie akcja nabiera rumieńców dopiero pod koniec tej historii. Takie przemykanie i jedynie sygnalizowanie sprawia jednak niestety, że "Czasy Karola" nie są opowieścią... o czasach Karola... to jedynie pewien skrypt i skrót dający informację o tym, w jakim wątkach szukać genezy powstania fabryki i pijalni czekolady Wedla, jej powstania i dalszego działania. 

Ta skrótowość tej opowieści trochę deprymuje - żałuję, że autorka nie zdecydowała się na klasyczną formę powieści, choć ta wtedy musiałaby być o wiele większa objętościowo - a jednak poszerzenie portretów psychologicznych postaci, przedstawianie wydarzeń "tu i teraz", a nie na zasadzie wspomnień w rozmowach (które zresztą niekiedy mogą wydawać się nieco sztuczne i stworzone stricte na potrzeby wizji autorki), co wydarzyło się przez ostatnie lata (których w książce opisanych nie mieliśmy), a przede wszystkim głębsze zanurzenie się w świat fabryki czy pijalni Wedla (jak wyglądały, jak funkcjonowały) zdecydowanie wzbogaciłoby tę powieść i sprawiłoby, że jej czytanie wywoływałoby zachwyt i rumieńce na twarzy. Bez tego "Czas Karola" z cyklu "Czekoladowa dynastia" pozostaje udaną, przyjemną, ale nie porywającą fikcją literacką. 

Lektura książki Teresy Moniki Rudzkiej, choć przeskakująca niekiedy nawet o dziesięciolecia byle tylko ukazać czytelnikom tytułowe czasy Karola kipi miłością Wedlów do czekolady i zdecydowane apetyt na nią pobudza. Żałuję jednak, że nie została wspomniana praca Karola Wedla jako cukiernika, zdobywanie przez niego fachu - jeśli już autorka zdecydowała się na stworzenie zbeletryzowanej historii Wedlów jedynie inspirowanej faktami - mogła dużo bardziej "popłynąć" - szkoda, że tego nie zrobiła. Rozumiem zamysł autorki - idąc tokiem rozumowania autorki, to naprawdę udana powieść... choć z niewykorzystanym potencjałem. Ciekawa, udana, choć nie powalająca. Tym samym "Czekoladowa dynastia. Czasy Karola" to przyjemna, ciepła i krótka lektura na zimowe wieczory z kubkiem gorącej herbaty czy wpisując się w klimaty wedlowskiej... przepysznej płynnej czekolady.

grudnia 03, 2021

(728) Fałszywy świadek

(728) Fałszywy świadek
Tytuł: Fałszywy świadek 
Autor: Karin Slaughter
Wydawnictwo Harper Collins
Stron 480
Opis wydawcy:
Czasem wystarczy jedna chwila, by na zawsze odmienić czyjeś życie.
Leigh Collier ciężko pracowała, żeby zbudować swoje pozornie normalne życie. Jest dobrze opłacaną adwokatką, ma nastoletnią córkę, która świetnie radzi sobie w szkole, nawet jej rozwód przebiega w miarę kulturalnie. O takiej zwyczajności marzyła.
Pewnego dnia na jej biurku lądują akta dobrze sytuowanego młodego mężczyzny oskarżonego o gwałt. Leigh nigdy dotąd nie miała do czynienia ze sprawą takiego kalibru – jeśli ją wygra, jej kariera zawodowa nabierze rozpędu. W trakcie spotkania z oskarżonym uświadamia sobie jednak, że nieprzypadkowo wybrał ją na swojego obrońcę. Leigh zna podejrzanego. Podejrzany zna ją. W dodatku doskonale wie, co zdarzyło się dwadzieścia lat temu i dlaczego Leigh od tamtego czasu ucieka.

Moja opinia:
To nie było moje pierwsze spotkanie z twórczością Karin Slaughter - za mną już dwie części jej czołowego cyklu, o Willu Trencie. Ale tamte książki... mimo, że bardzo dobre - przy tej mogą się schować. Może to kwestia obrania za głównego bohatera kobiety? A może przyczyną mojego zachwytu jest to, że "Fałszywy świadek" był pierwszym thrillerem przeczytanym przeze mnie od dłuższego czasu? Nie wiem. W każdym razie bawiłam się wyśmienicie! I nawet jeśli zastanawiam się, do czego mogłabym się przyczepić w zakresie fabularnym czy kreacji bohaterów... trudno mi coś takiego znaleźć - gdybym jednak coś znalazła - byłby to wynik zwykłego czepialstwa. Sięgając po najnowszą powieść Slaughter oczekiwałam przede wszystkim rozrywki - otrzymałam jednak znacznie więcej - wartką akcję, świetnie zarysowaną fabułę i zgrabne portrety psychologiczne bohaterów. 

Powieść Slaughter jest dla mnie jednocześnie powieścią wyjątkową, ponieważ jest pierwszą czytaną przeze mnie pozycją beletrystyczną, której wydarzenia rozgrywają się w czasie pandemii Covid-19. Slaughter zaczęła ją tworzyć w czasie pandemii, ale w trakcie redakcji - w lutym 2021 roku, pouzupełniała niektóre wątki np. o treści dotyczące szczepień - tak więc możemy się na przykład dowiedzieć, że dany bohater przeszedł Covid czy został już zaszczepiony. Przyznam, że choć żyjemy w realiach pandemii od prawie dwóch lat... czytanie o zakładaniu maseczek, o podejściu bohaterów do obecnej sytuacji - było naprawdę ciekawym doświadczeniem. Smaczku dodatkowo dodawał fakt, że Slaughter daje wgląd w amerykańskie podejście do pandemii - i niektóre związane z tym kwestie społeczne. Dla całej fabuły tej powieści wątek pandemii nie pozostaje bez znaczenia, ponieważ nie tylko dotyka życia głównych bohaterów, ale również wpływa np. na działanie sądów czy skład ławy przysięgłych. Jednocześnie jednak udało się autorce osiągnąć w tym temacie balans i nie przytłoczyć tym, co wielu przytłaczać może. 

Karin Slaugher jest najbardziej znana ze swojego cyklu o Willu Trencie, ale warto zaznaczyć dla tych, którzy za cyklami powieściowymi (jak ja) nie przepadają, że "Fałszywy świadek" jest odrębną, nieprzypisaną do żadnego cyklu i zakończoną powieścią, choć akurat w tym przypadku... odrobinę żałuję, że losy bohaterów nie będą miały kontynuacji. Mimo, że całość została idealnie zakończona, najważniejsze wątki zostały dopowiedziane, a ilość niedopowiedzeń została przez pisarkę ograniczona do zera, bardzo zżyłam się z głównymi bohaterami tej powieści i jestem ciekawa ich dalszych losów. 

"Fałszywy świadek" jest skrupulatnie przemyślanym i opracowanym thrillerem, poruszającym temat karmy, kary za grzechy, morderstw, pedofilii, oszustw, uzależnień i kłamstw - nie brak w nim jednak także odniesień do trudnego okresu dorastania, zmian zachodzących w psychice ludzi, podejścia do kobiet w społeczeństwie, aspektów dotyczących przewodu sądowego w Ameryce. W tym wszystkim, wśród pewnej dawki brutalności, szantażów, zwrotów akcji zapierających dech w piersi (naprawdę... niekiedy podczas lektury musiałam odkładać tę powieść na bok, aby ochłonąć i móc na spokojnie przyswoić to co właśnie się wydarzyło) nie brakuje także scen, na skutek lektury których ciepło rozlewa się po sercu, a na buzi pojawia się uśmiech. 

Na uwagę zasługują kreacje bohaterów - nawet skupiając się na "jasnych" postaciach tej książki, to jest tych po których stronie powinnyśmy stać idąc zgodnie z narracją, należy zauważyć, że nawet oni nie są krystaliczni, a co więcej autorka nie ulega utartym literackim schematom takim jak to, że małżonkowie po rozstaniu muszą zawsze drzeć ze sobą koty. Pozytywne postacie wywoływały we mnie szczerą sympatię i zainteresowanie ich losem, natomiast te negatywne potrafiły wywołać prawdziwą odrazę... Zaskakujące jest to jak zgrabnie autorka zaznajamia nas z bohaterami, niekiedy posługując się w tym celu retrospekcją. Teraźniejszość niekiedy zostaje przeplatana w tej książce przeszłością, jednak w sposób logiczny i nieutrudniający odnalezienia się w całości fabularnej - zresztą tak samo jest z narracją, za sprawą której mamy szanse podczas lektury towarzyszyć różnym bohaterom. 

"Fałszywy świadek" jest świetnym, przemyślanym i dopracowanym thrillerem obfitującym w ciekawe postacie, niebanalne zwroty akcji, które powodują, że buzia otwiera się szeroko, a bicie serca zostaje przyśpieszone. To angażująca, fantastycznie napisana historia, której akcja rozgrywa się w czasach współczesnych, przez co dotyka aktualnych treści i zjawisk społecznych (takich jak pandemia, nauczanie zdalne czy popularność TikToka i Instagrama). Najnowsza powieść Saughter to po prostu czysta rozrywka w najlepszym wydaniu.

listopada 18, 2021

(727) Twoje dziecko w sieci

(727) Twoje dziecko w sieci
Tytuł: Twoje dziecko w sieci. Przewodnik po cyfrowym świecie dla czasami zdezorientowanych rodziców.
Autor: Agnieszka E. Taper
Wydawnictwo Literackie
Stron 216 

"Twoje dziecko w sieci" to przewodnik po internetowych przestrzeniach, mapa wybranych cyfrowych zjawisk, słownik komputerowych pojęć takich jak bot, avatar czy stream, a w końcu poradników dla użytkowników sieci i gości cyfrowego świata - uczący jak korzystać z tych dobroci w sposób bezpieczny oraz zbiór dobrych rad i złotych zasad dla rodziców - o tym jak ustalać granice w korzystaniu z sieci, jak dbać o bezpieczeństwo swoich dzieci, jak wspierać higienę ich korzystania z komputera, rozumieć zjawiska ich otaczające i język, którym mówią. Agnieszka E. Taper jest edukatorką medialną, która pokazuje, że choć należy doceniać nowe technologie, to jednak trzeba dostrzegać także możliwe związane z nimi zagrożenia i reagować na nie zawczasu, tak by kontakt ze światem online mógł opierać się jedynie na jego pozytywnych aspektach. "Twoje dziecko w sieci" jest zbiorem pokazującym niektóre z tych zagrożeń oraz proponującym rozwiązania mające na celu zapewnienie jak największego bezpieczeństwa. 

Sięgając po książkę Traper oczekiwałam pozycji, która choć nie skierowana bezpośrednio do mnie, wzbudzi moje zainteresowanie i pokaże świat online także od strony teoretycznej, np. opierając się na badaniach, eksperymentach społecznych - kierowało mną zainteresowanie tym tematem, związane z ukończonymi przeze mnie studiami z zakresu kulturoznawstwa oraz napisana praca dyplomowa, której końcową myślą było stwierdzenie, że na każdym etapie funkcjonowanie młodego człowieka w świecie cyfrowym, kluczowa staje się edukacja medialna, która w wielu szkołach jeszcze leży i kwiczy. Właśnie na tej edukacji medialnej autorka się skupia, nie zagłębiając się jednak jakoś specjalnie w kwestie teoretyczne czy kwestie wpływu danych segmentów cyfrowego świata na rozwój człowieka. Trochę żałuję, trochę rozumiem jaki był główny zamysł tej książki - edukacja. 

Urodziłam się w 1999 roku, można więc powiedzieć, że mimo wszystko należę do pokolenia urodzonego po 2000 roku, które już z komputerami się swobodnie wychowywałam. Jakby to źle nie zabrzmiało, szczególnie w świetle omawianej tutaj książki - rano w trakcie przygotowywania do przedszkola, w wieku pięciu lat, oglądałam Klub Winx, a w wieku sześciu lat dostałam pierwszy komputer - zarazem laptop, który służył mi do grania. W wieku 11 lat sama, bez informowania o tym rodziców założyłam tę stronę. Moi rodzice nigdy nie kontrolowali mojej działalności w internecie, choć gdy strona zaczęła już hulać... oczywiście o jej istnieniu ich poinformowałam. Za ich zgodą w wieku mniej niż 13 lat założyłam Facebooka, który wtedy służył mi do kontaktowania się z osobami z wymiany Taize. Tak więc... złamane zostały wszelkie zasady głoszone przez edukację medialną - nie robiłam w tym czasie większych głupot, choć ze swojego doświadczenia mogę powiedzieć, że edukacja medialna nie byłaby wcale takim złym pomysłem... ale ten aspekt pomińmy. To nie pora na spowiedź. Lektura tej publikacji ma jednak sprawić, że rodzice zapobiegną nawet tym mniejszym głupotkom. Ze względu na swój wiek i sposób prowadzenia narracji przez Taper, z początku czułam się wykluczona, jako właśnie to najmłodsze pokolenie - oddalone od tego starszego, do którego skierowana jest ta pozycja, o miliony lat świetlnych... nie dałam się jednak zrazić, bo wiedziałam, że posiadam teoretyczny background, który w pewien sposób uprawnia mnie do lektury tej książki, z pozycji ciekawskiego badacza, chcącego sprawdzić jak o edukacji medialnej się mówi.

Agnieszka E. Traper w swojej książce pokrótce opowiada o cyfrowym świecie - grach, internecie, portalach społecznościowych, ale również o zagrożeniach związanych z korzystaniem z jego dobrodziejstw. Kluczowy w tej książce jest rozdział o domowej edukacji medialnej, w której autorka pokazuje jak ważne jest wyznaczanie granic, tworzenie dobrych nawyków, zwracanie uwagi na to, że dzieci bardzo często powielają zachowania dorosłych. To nie tylko krótkie oprowadzenie po cyfrowym świecie, obejmujące między innymi zaznajomienie z pojęciami, z którymi można się w nim spotkać, ale ciekawe i dosyć rozległe kompendium wiedzy o edukacji medialnej, którą autorka zajmuje się na co dzień - może być przyczynkiem do rozmów z dziećmi w każdym wieku i medialnej profilaktyki. Jest dobrze, przystępnie napisane i choć napisana stricte w formie poradnikowej i dosyć skrótowej, stanowi odpowiednie wprowadzenie do tematyki. Dopełnienie tej pozycji stanowi ciekawa forma graficzna, odwołania w tekście do wcześniejszych i późniejszych stron, tak by swobodnie się po nim poruszać (także w sposób wybiórczy) oraz rozległa bibliografia, która może stanowić świetne uzupełnienie wiedzy - również tej z zakresu teorii cyfrowego świata. 

"Twoje dziecko w sieci. Przewodnik po cyfrowym świecie dla czasami zdezorientowanych rodziców" to bardzo świeża publikacja, która zagubionym rodzicom może wiele uświadomić i przede wszystkim pokazać, że stawianie granic i kontrolowanie tego, co dziecko robi w sieci nie jest wchodzeniem z butami w jego prywatność. To wyraz troski o dobro dziecka, ale również o swoje, ponieważ to rodzic ponosi odpowiedzialność prawną (i często moralną) za działania potomka w sferze cyfrowej. Świeżość publikacji Taper wiąże się również z tym, że nie brak w niej odwołań do niedawnych wydarzeń, takich jak pandemia Covid-19, nauczanie zdalne czy bum na lody Ekipy (czy nawet opakowania po nich). To aktualny, dotykający obecnych trendów, takich jak marzenia by zostać youtuberem czy influencerem poradnik pokazujący nie tylko takie zagrożenia jak seksting czy hejt, ale również np. pragnienie za gonieniem niedoścignionych ideałów prezentowanych w internecie, przez co mam wrażenie... z tą pozycją powinni zapoznać się nie tylko rodzice, ale również osoby tworzące w internecie. Taper uświadamia, że cyfrowy świat to wielki przemysł, którego odbiorcy są przede wszystkimi towarami, ale przy odpowiedzialnym działaniu można wyciągnąć z niego również wiele korzyści dla siebie. Kluczem do tego jest jednak edukacja medialna. 

Moja ocena: 7/10

listopada 12, 2021

(726) Zakochany mózg i inne niezwykłe stany

(726) Zakochany mózg i inne niezwykłe stany

Tytuł: Zakochany mózg i inne niezwykłe stany
Autor: Julia Fischer
Wydawnictwo Mando 
Stron 336 

W 2018 roku za sprawą wydawnictwa Mando, w moje ręce trafiła wspaniała pozycja skierowana do dzieci, która jednak już wtedy - jako osobę dorosłą - szczerze mnie zachwyciła i wzbudziła moje zainteresowanie ludzkim mózgiem, jako niezwykłą częścią organizmu człowieka, która odpowiada za tak wiele - żeby nie powiedzieć, że za wszystko. Ma wpływ i znaczenie, z którego często nie zdajemy sobie na co dzień sprawy. Mowa oczywiście o ilustrowanej książce dla dzieci, pt. "Sen Alicji", której jednym z autorów jest prof. Vetulani. Gdy ujrzałam w zapowiedziach wydawnictwa Mando książkę "Zakochany mózg i inne niezwykłe stany", autorstwa Julii Fisher - wiedziałam, że ta pozycja będzie stanowić godną kontynuację rozpoczętej wtedy, w 2018 roku przygody z poznawaniem tajników mózgu. Nie myliłam się. Pozycja Julii Fischer, czytana przeze mnie z braku czasu przez tydzień, w kolejkach, w komunikacji miejskiej nie tylko podniosła mój poziom wiedzy dotyczącej mózgu, ale przyniosła także... ukojenie. Julia Fischer bowiem w niezwykle lekki i interesujący sposób nie tylko przekazuje wiedzę naukową, ale również pokazuje, że nasze zachowanie jest często wypadkową reakcji biochemicznych zachodzącym w naszym mózgu - nie powinno więc dziwić, że niekiedy z głodu mamy ochotę rozszarpać każdego kto się napatoczy, a przytulenie do ukochanej osoby po ciężkim dniu przynosi nam ukojenie. Nie chodzi tu jednak o usprawiedliwianie, a o wytłumaczenie i uświadomienie, że w dużej mierze to jak działamy - zależy od naszego mózgu. 

Książka Julii Fisher to fascynująca opowieść o emocjach, które dotykają każdego z nas. Autorka w znakomity sposób przeprowadza czytelników nie tylko przez naukowe meandry zagadnień dotyczących mózgu, ale również umożliwia lepsze zrozumienie ogarniających nas emocji i sygnałów wysyłanych przez nasz organizm - uważne wczytanie się w słowa Fisher, umożliwia lepsze wsłuchanie się w nasze ciało, a co za tym idzie (co wiem... może to zabrzmieć odrobinę banalnie) wprowadzenie większej harmonii i lepsze panowanie nad targającymi nami nieustannie emocjami. Naprawdę. Mi osobiście niektóre "prawdy" objawione przez Fischer ułatwiły odnalezienie się w stresującym dla mnie obecnie życiu - poprzez mniejsze rozpamiętywanie, analizowanie, wpędzanie się w spiralę stresu przez myślenie o tym, co jeszcze muszę zrobić i o tym, że jestem nieustannie "w proszku" i "niedoczasie". Miałam okazję przeczytać tę pozycję jeszcze przed premierą - te ostatnie tygodnie życia z wiedzą zawartą w niej... wydają się jakieś prostsze. 

Ale zacznijmy od początku... autorka tłumaczy takie zjawiska jak jąkanie, bezsenność, motyle w brzuchu, okscytocyna, popularne w ostatnim czasie FOMO, słodki smak zemsty, zasady przywiązywania się, zaraźliwość śmiechu, zespół złamanego serca, proces żałoby, tremę i zimny pot, strach przed pająkami i mnóstwo innych. Przez pokazanie, co w tych wszystkich stanach dzieje się z mózgiem człowieka - jednocześnie zwraca uwagę na fakt, że dzięki wiedzy na temat zachodzących mechanizmów biochemicznych możemy odmienić nasze życie.  

Podczas lektury tej książki odnosiłam wrażenie, że autorce naprawdę zależy, aby coś z przekazywanych - nawet z tych czysto naukowych informacji, pozostawało w głowie czytelnika, o czym świadczą odwołania do innych rozdziałów / fragmentów tej książki, czy też przypominanie wspomnianych już wcześniej aspektów. Takie podejście sprawia, że możliwe staje się uporządkowanie zdobywanych informacji, a nie jedynie przelatywanie przez nie. Olbrzymim atutem tej pozycji oprócz przekazywanych informacji dotyczących biochemii mózgu, są odwołania do sytuacji z życia codziennego oraz przeprowadzonych na ten temat badań i eksperymentów. Zdumiewająca jest zresztą także objętość bibliografii znajdującej się na końcu (to aż 20 stron z zaznaczeniem, że całości należy szukać na stronie internetowej autorki).

"Zakochany mózg i inne niezwykłe stany" to niezwykle ciekawa i inspirująca pozycja popularnonaukowa, skupiająca się na zagadnieniach związanych z mózgiem - jego działaniem oraz zmianami biochemicznymi w nim zachodzącymi. Wiedza w niej zawarta została poparta badaniami naukowymi i zobrazowana prostymi, a przez to trafiającymi i przekonującymi przykładami wziętymi z życia. Julia Fischer nie dystansuje się względem czytelników, przez co lektura tej książki staje się jeszcze ciekawsza i bardziej angażująca - kropkę nad "i" stanowią przewijające się przez stronnice tej pozycji ilustracje, które obrazują nie tylko kwestie anatomiczne i czysto naukowe. "Zakochany mózg..." można rozpatrywać zarówno w kategoriach popularnonaukowych jak i poradnikowych - pod każdym z tych aspektów jest to jednak porywająca, ciekawa i niezwykle satysfakcjonująca lektura. Bardzo polecam!

Moja ocena: 9/10

listopada 06, 2021

(725) Instytut Bombowych Teorii

(725) Instytut Bombowych Teorii
Tytuł: Instytut Bombowych Teorii
Autor: Tom Gauld
Wydawnictwo Marginesy
Stron 160

Uwielbiam komiksowe propozycje wydawnictwa Marginesy. Sukcesywnie (i systematycznie) zapoznaję się z ich graficznymi publikacjami - jak to często bywa w takich sytuacjach - jedne zachwycają mnie bardziej, drugie mniej. Doceniam jednak ich różnorodność i to, że wśród stale powiększającej się oferty - każdy może znaleźć coś dla siebie. "Instytut Bombowych Teorii" należy do tych mniej mnie zachwycających pozycji, jednak wynika to przede wszystkim z tego faktu, że jak się okazuje - nie jestem grupą docelową tego komiksu, czy też raczej zbioru około 150 komiksowych historyjek / anegdotek. Mimo, że miały być to humorystyczne opowiastki o szalonych naukowcach i odkryciach, skierowane nawet do tych osób, które nie wiedzą nic o Pitagorasie... będę szczera. O Pitagorasie co nieco wiem, poczucie humoru jako takie również mam, a jednak... humoru w dużej ilości z tych historyjek zrozumieć nie potrafiłam. Ale to nic. Książka trafiła w ręce naukowego fascynata... i go zafascynowała. 


Tom Gauld w tym swego rodzaju albumowym zbiorze komiksów (zdecydowanie odradzam czytanie od deski od deski! Nawet zbyt dużo dobrego jedzenia może wywołać niestrawność!) skupił się wynalazcach i wynalazkach oraz szeroko pojętej nauce - nie ulegając jednak fascynacji jedynie jedną z jej dyscyplin, dzięki czemu - naprawdę nie ma opcji, żeby nie zrozumieć chociaż jednego z zawartych w tym zbiorze skeczów? jeśli możemy te historyjki tak nazwać. To, co zasługuje również na wskazanie i wspomnienie, to oczywiście praca tłumaczy: Karoliny Iwaszkiewicz i Adama Pluszka, którzy dostosowali ten komiks do polskich odbiorców, przez co możemy w nim znaleźć stwierdzenia czy przykłady niewystępujące w oryginale. 


"Instytut Bombowych Teorii" zachwyci szczególnie fascynatów nauki, choć i laicy w tym temacie znajdą w tym albumie kilka zabawnych historii. Nie mniej - jest to z pewnością komiksowy zbiór, który należy sobie dawkować, tak by nie poczuć się zbyt przytłoczonym zamieszczonymi w nim historiami. Historyjki w nim zawarte są różnorodne - bardziej i mniej ambitne, ich zrozumienie wymaga również różnego poziomu specjalistycznej wiedzy. Prosta kreska przedstawiająca te historie, idealnie oddaje ich swego rodzaju surowość. Mój, jakby się mogło wydawać dość krytyczny odbiór tej pozycji wynika z tego, że z wiekiem zaczęłam szukać w literaturze czy też właśnie w komiksach / powieściach graficznych emocji (tu mistrzowska jest "Artemizja") i/lub wiedzy (tu serdecznie polecam "Neurokomiks"). W tej pozycji emocji nie ma, a wiedza w niej zawarta bez dość dużych fundamentów... dla mnie jest (w większości) niedostępna. Tak więc jak wcześniej wspomniałam - komiks trafił w ręce osoby zakochanej w nauce i związanej z nią ciekawostkach... i tam został o wiele lepiej odebrany i dał dużo więcej satysfakcji z lektury.


Moja ocena: 6/10

października 21, 2021

(724) Dziewięć miesięcy czułego chaosu

(724) Dziewięć miesięcy czułego chaosu
Tytuł: Dziewięć miesięcy czułego chaosu 
Autor: Lucy Kinsley 
Wydawnictwo Marginesy 
Stron 256 

Jeśli właśnie dowiedziałaś się, że jesteś w ciąży lub Twoja najlepsza przyjaciółka podzieliła się z Toba radosną nowiną o tym, że niedługo zostanie mamą... a może Ty sama jesteś na etapie takich starań... a może po prostu chcesz dowiedzieć się więcej o wyjątkowym stanie, jakim jest bycie w ciąży, ten komiks jest dla Ciebie. Jeśli jakkolwiek jesteście związane z tematem ciąży... a może ciążą już dawno za Tobą, ale chcesz spojrzeć na ten okres z pewnym rozbawieniem... a może właśnie zmagasz się z porannymi / lub też całodobowymi mdłościami... ta opowieść może Cię podnieść na duchu. "Dziewięć miesięcy czułego chaosu" to niesamowita opowieść o jednym z najbardziej wyjątkowych, pełnym miłości, a jednocześnie strachu, zaskoczeń i skrajnych emocji w życiu kobiety okresie, jakim jest ciąża. To bardzo osobista opowieść, która wywołuje zarówno łzy smutku jak i radości - choć tych drugich zdecydowanie więcej. 



Graficzka, Lucy Kinsley, od zawsze pragnęła zostać matką, lecz gdy nadszedł czas realizacji tych pragnień - okazało się to trudniejsze niż myślała i trudniejsze niż oczekiwało tego otoczenie wokół niej. Tak - o tym też jest ta książka, o spojrzeniach i naciskach społeczeństwa, znajomych i rodziny, w kwestii posiadania dzieci, a także o tych niewygodnych, przykrych, raniących, niedyskretnych pytaniach, o tym jak łatwo zranić drugą osobę (niechcąco, ale jednak), kierując się swoją ciekawością, beztroską i założeniem, że jeśli coś było łatwe dla mnie to na pewno jest też takie dla drugiej strony. Lucy Kinsley dzieli się swoją bardzo trudną historią, drogą do zostania mamą - nie brak w niej problemów związanych z płodnością, poronień, a także kłopotów zdrowotnych, które swoją kulminację znalazły w trakcie dramatycznego porodu. 


Komiks Kinsley nie jest jedynie osobistą opowieścią, ale jest także swego rodzaju przewodnikiem (choć bardzo subiektywnym) po zdrowiu reprodukcyjnym, zmianach zachodzących w organizmie kobiety w okresie ciąży, jej rozwoju, a także pewnych "smaczkach", które wywołują szczególny uśmiech na twarzach kobiet, które doskonale rozumieją dlaczego w pewnym momencie dużo lepszym towarzyszem w łóżku staje się poduszka ciążowa niż partner czy odczuwają tak jak autorka, a zarazem bohaterka tej książki chęć poddania się hibernacji aż do porodu. Dla osób niepodzielających takich doświadczeń, może być to równie fascynująca opowieść... bowiem zabierająca ich do świata, wcześniej dla nich niedostępnego, a niekiedy bardzo ekscentrycznego. Z tego powodu może to być także ciekawa pozycja dla mężczyzn, ponieważ ma szansę ułatwić im zrozumienie, na przykład dlaczego naleśniki będące wieczorem największym złem i wywoływaczem mdłości, rano mogą stać się najbardziej pożądaną potrawą. 


"Dziewięć miesięcy czułego chaosu" to opowieść o płodzeniu i rodzeniu dzieci od A do Z, o zawiłej instrukcji testu ciążowego, całodobowych mdłościach, długich marszach po korytarzach szpitalnych, gdy rozwarcie konieczne do porodu jest zbyt małe. Opowieść Kinsley ma oprócz walorów humorystycznych, ogromne walory psychologiczne, ponieważ nie idealizuje okresu starania się o dziecko ani ciąży. Ukazuje ciemne i jasne blaski tego okresu jednocześnie uświadamiając, że to, że kobieta spodziewa się dziecka, nie oznacza, że musi z uśmiechem na twarzy znosić opuchnięte kostki czy nieustanne mdłości - jej "narzekanie" czy niezadowolenie z powodu tych niedogodności związanych z okresem ciąży - jednocześnie nie przeczy jej radości, szczęścia i niecierpliwego oczekiwania narodzin potomka, co świetnie ilustrują zaprezentowane w komiksie ilustracje. Kinsley pokazuje, że okres starań o dziecko, ciąży oraz porodu to taki słodko-gorzkie miesiące, stanowiące jedynie preludium do prawdziwej przygody, jaką stanowi wychowywanie małego człowieka. 


Moja ocena: 8/10 Rewelacyjna!

kwietnia 09, 2021

(723) Słuchajcie dziewczyny!

(723) Słuchajcie dziewczyny!

Krótki, błyskotliwy komiks, napisany dziarskim językiem, z wieloma odwołaniami do popkultury: filmów, książek, komiksów. Wspaniała pozycja szczególnie dla młodych dziewcząt, w wieku 12-14 lat. "Słuchajcie dziewczyny!" to książka otwierająca oczy, wywołująca uśmiech na twarzy i pokazująca, że dorastanie i kobiecość wcale nie są takie złe jakby się wydawało... a przede wszystkim: nie muszą być tematem tabu, nie muszą również prowokować rumieńców zawstydzenia na twarzy. Wbrew powszechnym opiniom moim zdaniem nie jest to komiks, który ma celu wychowanie młodych feministek, a jedynie utwór pokazujący, że bycie kobietą nie musi stawiać człowieka na niższej pozycji względem mężczyzny i  nie wiąże się z samymi utrudnieniami jak np. bolesne miesiączki, potrzeba depilacji, ciąża czy poród. 

Katja Klengel jest niemiecką absolwentką Akademii Sztuk Pięknych w Dreźnie. Bardzo szybko w swojej drodze zawodowej postanowiła skupić się na komiksach, tworząc między innymi na swoim blogu autobiograficzny pamiętnik komiksowy. Można powiedzieć, że "Słuchajcie dziewczyny!" to utwór będący właśnie takim wycinkiem jej autobiograficznej twórczości - napisany bez owijania w bawełnę, z ogromnym dystansem do siebie, szczerością i olbrzymią ilością poczucia humoru. To poczucie humoru sprawia, że żenujące nie staje się nawet czytanie o tym jak autorka musiała na wycieczce pokazać koleżankom swoje włosy łonowe czy o tym za jak krwiożercze i mrożące krew w żyłach wydarzenie uważała poród. Ogromna dawka dystansu do siebie, który posiada autorka... sprawia, że jej opowieści są zabawne, autentyczne i trafiające szczególnie do młodych czytelniczek. 

"Słuchajcie dziewczyny!" to opowieść o dojrzewaniu i wszystkich jego "ciemnych" blaskach - owłosienie na ciele, tabu związane ze sromem, waginą, łechtaczką, w dorosłym życiu naciski na posiadanie męża, dzieci, stabilnej sytuacji życiowej - stracone szanse, niewykorzystane okazje i zmiany zachodzące w kobiecym ciele. Komiks Klengel nie ma sprecyzowanej fabuły, toku opowieści - to zbiór historyjek, wspomnień i anegdotek, zilustrowany w przystępny sposób z wieloma odwołaniami do popkultury - znajdziemy więc tutaj nawiązania do Harrego Pottera czy Czarodziejki z Księżyca. To wszystko sprawia, że przez ten komiks po prostu się przelatuje strona za stroną. 
Pozycja Katjy Klengel zdecydowanie nie wyczerpuje szerokiej tematyki dojrzewania i kobiecości. Nie jest także zaawansowanym przewodnikiem po meandrach kobiecego dojrzewania i problemów, z którymi musi zmierzyć się na pewnym etapie każda nastolatka... jednak stanowi zaproszenie do rozmowy, szczególnie dla młodych dziewcząt. Oczywiście - obecnie w sposób często niekontrolowany, takowe zaproszenie stanowi przede wszystkim korzystanie z internetu, jednak... myślę, że i tak jest to pozycja, którą warto podrzucić uczennicom starszych klas podstawówki. Bardzo wartościowym aspektem tej pozycji jest jej humor, zanurzenie w popkulturze... oraz lista polecanych filmów, książek, która znajduje się na końcu tego komiksu. Żałuję, że przez tłumacza nie została dodana taka polska lista... Ale może w kolejnym wydaniu? Bardzo przyjemna kreska, trafiające do odbiorcy ilustracje, świetne dialogi. To naprawdę dobra, choć pozostawiająca jeszcze wiele do powiedzenia w tym temacie pozycja. Jednak... co najważniejsze: ośmiela i zachęca do dalszych poszukiwań, jednocześnie nie bombardując odbiorcy często postrzeganym negatywnie feminizmem. 

Moja ocena: 7/10 Bardzo dobry!

Tytuł: Słuchajcie, dziewczyny! / Autor: Katja Klengel / Wydawnictwo Marginesy / Stron 160