sierpnia 04, 2016

(522) Czytelniczy kącik malucha: Moje książeczki. Księga druga.

(522) Czytelniczy kącik malucha: Moje książeczki. Księga druga.
źródło: nk.com.pl
Tytuł: Moje książeczki. Księga druga.
Autorzy: Bahdaj & Janczarski & Januszewska & Kruger & Krzemieniecka & Kucharski & Tuwim
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Stron 240

"Ponieważ jednak ta bajka zdarzyła się naprawdę, nie zastanawiajmy się nad tym. Zresztą bajka zawsze się kończy, a przyjaźń nasza przecież będzie trwać długo, dłużej niż bajka."

Czesław Janczarski, "Tygrys o Złotym Sercu"

Są takie polskie bajki (mam tu na myśli "bajki" w znaczeniu potocznym), które weszły już do kanonu literatury dziecięcej. "Zaczarowana zagroda", "Szewczyk dratewka" i wiele, wiele innych... istnieją po prostu takie historie, które czytały dzieci trzydzieści lat temu i, które czytają dzieci dzisiaj. Rozwijają wyobraźnię, uczą, uwrażliwiają... "Moje książeczki. Księga druga" to właśnie zbiór mądrych opowieści dla małych czytelników. Do czytania przez mamę, babcię, innego członka rodziny lub przez same dziecko. Satysfakcja gwarantowana, bo mama sobie czytaną historię przypomni, a dziecko ją pozna i w wielu przypadkach po prostu się nią zachwyci. 

"Moje książeczki. Księga druga" to zbiór siedmiu klasycznych opowieści dla dzieci. Bez wróżek, pokemonów i innych dziwnych stworzeń. Niestety są to powieści coraz mniej znane, bo rodzice także wybierając w księgarni książeczkę dla dziecka, stawiają na te współcześniejsze, a co za tym idzie aktualniejsze. Jednak to te klasyczne najbardziej poruszają wyobraźnię dziecka, zabierają do innego świata i pokazują, że nawet tygrys może mieć złote serce... Uczą nie najnowszych technologii, nie obsługi telefonu, a tolerancji, przyjaźni i miłości. 


źródło: bullerbyn.com.pl
Druga część zbioru "Moje książeczki." zawiera opowieści "Tygrys o Złotym Sercy" Janczarskiego, "Wawa i jej pan" Kucharskiego, "Kot w butach" Januszewskiej, "O Jasiu kapeluszniku" Krzemienieckiej, "Pilot i ja" Bahdaja, "Apolejka i jej osiołek" Kruger i "Pampilio", które opracowała Irena Tuwim. Na szczęście należę do tego pokolenia, które takie historie jeszcze jako dzieci czytały. Ale czy współczesne pięciolatki znają te historie? Mam nadzieję! Są wspaniałe i nawet z punktu widzenia "dużej dziewczynki" mnie osobiście oczarowują. Wydawnictwo Nasza Księgarnia dosyć, że serwuje czytelnikom klasyczne historie... to jeszcze w klasycznej oprawie graficznej. I to może być pewien minus, bo choć rodzice i dziadkowie znają te historie właśnie z tymi ilustracjami to współczesne dziecko, wychowane w erze cyfrowej te ilustracje mogą z lekka odstraszać. Nie mniej ilustracje Boratyńskiego, Grabiańskiej, Konwickiej, Krajnik, Wikonia, Witwickiego, Witza przyciągają oko czytelnika – barwami, kreską... Reasumując: "Moje książeczki. Księga druga" to zbiór pięknych historii w równie pięknej oprawie graficznej. 

Moja ocena: brak. 

sierpnia 03, 2016

(521) Niepokorne. Judyta.

(521) Niepokorne. Judyta.
Tytuł: Niepokorne. Judyta.
Trylogia Niepokorne (#3) 
Autor: Agnieszka Wojdowicz
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Stron 432

"Popatrz, ile trzeba doświadczyć i przez co przejść, żeby ustalić sobie hierarchię i się jej podporządkować, rezygnując z tego, co mało ważne."

Agnieszka Wojdowicz, "Niepokorne. Judyta"

"Niepokorne. Judyta" to trzeci i ostatni tom trylogii Agnieszki Wojdowicz, której akcja toczy się w XX – wiecznym Krakowie. "Niepokorne" to bardzo dobra trylogia. Nie będę jednak ukrywała, że najbardziej spodobał mi się tom pierwszy "Niepokorne. Eliza", drugi tom już był troszkę gorszy ("Niepokorne. Klara"), a jak jest z trzecim? Różnie. Jednak to wszystko zależy przede wszystkim od preferencji czytelnika względem głównych bohaterek. Judyta jest bez wątpienia tą najbardziej bezmyślną, nieporadną... "Niepokorne. Judyta" to jednak jak cała trylogia bardzo dobra reprezentantka literatury kobiecej. Bo choć czasami mnie nużyła to jednak chwilami także chwytała za serce. Agnieszka Wojdowicz zakończyła swoją trylogię w dobrym punkcie i zamknęła całość w naprawdę dobrym stylu. 

Rok 1905. Judyta mieszka w Wiedniu, ma córeczkę i partnera. Nie czuje się jednak ani szczęśliwa, ani spełniona. Darzy Maxa jedynie wierną i szczerą przyjaźnią, a on oczekuje od niej miłości... Judyta jednak nie może zapomnieć o bracie Klary, Maurycym z którym kiedyś łączył ją promienny romans. Kiedy przypadkiem ich drogi znowu się spotykają – Judyta nie wie jak ma postąpić – słuchać głosu serca (choćby ten nawet był nierozważny?) czy głosu rozsądku. Odejście od Max'a wiązałoby się jednak z wieloma trudności. Mają córeczkę, a jego rodzina i tak zawsze patrzyła na ich związek nieprzychylnym okiem. Judyta boi się, że Max będzie chciał odebrać jej dziecko... ze złości, z miłości, z przywiązania. Druga bohaterka...  Klara jest szczęśliwa mimo tego, że cały czas nie udało jej się pogodzić z ojcem. Jej spokojną egzystencję burzy jednak sytuacja polityczna i jej niebezpieczne wyprawy do Warszawy. Elizie udało się zdobyć magistra, ma męża, dwójkę dzieci i jest szczęśliwa. Wydaje się, że tylko jej sprzyjał i sprzyja los... 

Zawsze najbardziej lubiłam Elizę, to ta bohaterka zdobyła moje serce od pierwszej strony powieści. I zachowała miejsce w moim sercu do dnia dzisiejszego. Jednak także Klara przyciągała moje spojrzenie od pierwszych stron powieści... Z tego trio to zawsze Judyta wydawała mi się najbardziej nijaka, cicha – w tym tomie Agnieszka Wojdowicz minimalnie zmieniła jej obraz, z grubsza go jednak nie zmieniając. Judyta była odważniejsza, a jednak przy tym z lekka nierozważna, czasami zachowując się wręcz głupio... i nie ukrywam, że niejednokrotnie się z nią nie zgadzałam. Za to Klara z każdą kolejną stroną na której się pojawiała coraz bardziej zdobywała moje serce. Bohaterki stworzone przez Agnieszkę Wojdowicz łączy jedno – niepokorność. Sprzeciwianie się utartym szlakom, konwenansom, ludzkim ograniczeniom... to postępowanie nie zawsze wychodzi im na dobre, ale na tle statystycznych kobiet żyjących na początku XX wieku bez wątpienia się wyróżniają. Swoim uporem, determinacją... 

Agnieszka Wojdowicz bardzo dobrze wykreowała świat w którym przyszło żyć jej bohaterkom. XX wiek, Kraków to czas zaboru galicyjskiego... z założenia zaboru najłagodniejszego, a jednak nie ukrywajmy – i tu były ograniczane swobody Polaków, choć to właśnie w zaborze galicyjskim najlepiej w tamtym okresie rozwijała się polska kultura. Wojdowicz poradziła sobie także z oddaniem realiów społecznych życia w tamtym czasie. Ich niepokojów i strachów... rozruchów – przede wszystkim na terenie Warszawy. Jednak tym co najbardziej uwodzi w jej powieści jest młodopolski Kraków. Z jego zaletami jak i wadami. 

W pewnym momencie jednak Agnieszka Wojdowicz troszkę przesadziła z tym oddawaniem realiów życia w Krakowie... doskwiera mi fakt, że autorka doprowadziła do tego, że Klara poznała Piłsudzkiego, a Judyta Wyspiańskiego... wprowadzenie ich do powieści (nawet jeśli mało kluczowych bohaterów, którzy pojawiają się raz – dwa i to jedynie epizodycznie) trochę zakłóciło mi obraz tej historii i mnie poirytowało. Przypuszczam, że autorka chciała w ten sposób uwierzytelnić tło historyczne... niestety moim zdaniem zadziałało odwrotnie i w pewien sposób tę powieść zeszpeciło. Na szczęście Agnieszka Wojdowicz w ten sposób zbyt często nie eksperymentowała. 

"Niepokorne. Judyta" to zakończenie bardzo dobrej trylogii. Ciekawe, z ciekawymi zwrotami akcji i dobrze wykreowanymi postaciami oraz tłem historycznym. To bardzo dobra powieść obyczajowa, której akcja została osadzona na początku w XX wieku w czasach dla Polski dość niespokojnych, a bez wątpienia trudnych. Jest to jednak najsłabszy tom tej trylogii... co nie oznacza, że zły. Nie mniej – nie można odmówić powieści Wojdowicz wielu atutów. Dobrze poprowadzona akcja, ciekawa fabuła oscylująca wokół spraw rodziny i przyjaciół. To powieść realna, możliwa, która niekiedy oczarowuje, a niekiedy wzrusza. Bardzo dobra powieść na letni, ciepły dzień... (ten zimny także). 

Moja ocena: 7+/10

sierpnia 02, 2016

(520) Zapach lawendy

(520) Zapach lawendy
Tytuł: Zapach Lawendy
Autorzy: Nina Harrington & Lynne Graham & Amanda Browning
Wydawnictwo Harper Collins
Stron 415

Bardzo sporadycznie sięgam po typowe romanse, powieści, których głównym wątkiem jest wątek romantyczny. Jednak na fali chwilowych upałów postanowiłam zrobić wyjątek i sięgnąć po powieść z założenia: lekką, łatwą i przyjemną. Padło niestety dość niefortunnie na "Zapach lawendy". Trzy autorki, trzy historie zawarte w trzech minipowieściach. Miało być lekko, ale nie nudno. Łatwo, ale nie banalnie. Przyjemnie, ale nie przewidywalnie, a przez to męcząco. Niestety Nina Harrington, Lynne Graham i Amanda Browning stworzyły powieści, które nie uwodzą ani klimatem, ani fabułą, ani bohaterami. Ot, lekkie czytadła typu harlequin. Może to przez znikomą długość tych historii i brak miejsca na rozwinięcie wątków? A może przez wychodzenia z założenia, że książki – powieści, których akcja toczy się na południu Francji obronią się same? Nie oszukujmy się jednak, jest wiele lepszych powieści – czy nawet ich zbiorów. Lekka nie oznacza nieciekawa.


Pierwsza powieść zawarta w zbiorze to "Słoneczne lato" Niny Harrington, które opowiada o Elli i Sebastienie, którzy są diametralnie różni. Oni sami i jeden dom. Dla niej to ucieczka od niezawsze ciekawej rzeczywistości, a dla niego powrót do przykrych wspomnień... i jak się pewnie już domyślacie między nimi wybucha uczucie, a oni sami przekonują się, że czasami lepiej podążać drogą z drugą osobą. Przewidywalne, banalne, ale momentami dosyć ciekawe.. niestety zabrakło mi większego rozwinięcia tej historii. A bohaterowie? Delikatna kobieta i mężczyzna dosyć poturbowany przez los. Zestaw bardzo często spotykany, a niestety Harrington nie wprowadziła w to niczego nowego.

"Miodowy miesiąc w Prowansji" Lynne Graham to z kolei opowieść o Billie. Jej miłosna historia znalazła swój happy end, a przynajmniej tak jej się wydaje. Po tym jak wyszła za mąż, za swojego szefa, którego od dawna darzyła uczuciem liczy na to, że teraz w jej życiu nastaną już tylko jasne dni. Niestety już podczas miesiąca miodowego w Prowansji przestaje być tak kolorowo jak dotąd, a między małżonkami dochodzi do kłótni. Tu już niestety nawet opis jest zajawką tego, że będzie niezbyt kolorowo... i pasjonująco.

I ostatnia minipowieść – moim zdaniem najciekawsza z zawartych w tym tomie, czyli "Na południu Francji" Amandy Browning. Sofie to kobieta, która zawsze kochała swojego męża. Niestety jej szczęśliwą egzystencję zburzyła wiadomość o jego romansie. Kompromitujące zdjęcia rozsypały jej życie jak domek z kart. W reakcji na to zniknęła bez śladu. Po latach Lucas ją odnajduje i proponuje wspólny wyjazd... aby zamknąć na zawsze tamten rozdział i pójść przed siebie. Wycieczka do malowniczo położonego zamku we Francji może jednak przynieść inne odpowiedzi niż te, których spodziewali się bohaterowie...Tu nawet czasami na mojej twarzy pojawiał się uśmiech...

Są książki, które nic nie wnoszą do naszego życia... oprócz ew. chwili niezbyt ciekawej rozrywki. "Zapach lawendy" to właśnie taki zbiór, który nie ma nawet czym irytować, bo jest zbyt przewidywalny... i po prostu nijaki. Jest mi zupełnie obojętny. Nie mam jednak wątpliwości co do tego, że nie jest to książka na którą warto poświęcić czas. Jeśli poszukujecie jakiejś lekkiej, przyjemnej lektury istnieją bez wątpienia książki czy też zbiory opowiadań/ mini powieści lepszych niż "Zapach lawendy". Powieści zawarte w tym zbiorze miały potencjał, miały dobry grunt pod dobre, chwytające za serce minipowieści. Niestety wykonanie okazało się dosyć miałkie... poczynając od języka po kreację bohaterów i zwroty akcji. Powieści zawarte w tym zbiorze mają lepsze i gorsze momenty. Niestety zdecydowanie przeważają te gorsze.


Moja ocena: 4/10

lipca 31, 2016

(519) Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości

(519) Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości
Tytuł: Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości.
Autor: Swietłana Aleksijewicz
Wydawnictwo Czarne
Stron 288

"Cóż ja mogę pani powiedzieć? Najsprawiedliwsza na tym świecie jest śmierć. Nikt się jeszcze od niej nie wykupił. Ziemia przyjmuje wszystkich: i dobrych, i złych, grzeszników. Inszej sprawiedliwości nie ma na świecie."

Swietłana Aleksijewicz, "Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości."

Swietłana Aleksijewicz to zdobywczyni literackiej Nagrody Nobla 2015, reportażystka... i kobieta niezwykła. Jeszcze bardziej niezwykłe są jednak jej książki. Książki będące głosem ludzi – wspaniałe, ujmujące, poruszające i wstrząsające. Zmieniające obraz świata. Kiedy świat obiegła informacja o nagrodzie, której została laureatem w prasie zaroiło się od wywiadów z jej udziałem, od analiz jej reportaży i wielu, ogromnie wielu pozytywnych słów na temat jej dzieł. "Wojnie nie ma w sobie nic z kobiety", "Cynkowi chłopcy", "Czasy secondhand" czy wreszcie "Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości" to wszystko dzieła bardzo poruszające, które zmieniają człowieka. Moje pierwsze spotkanie z twórczością Aleksijewicz tj. "Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości." było wstrząsające i niesamowicie udane... są jednak spotkania czytelnicze, które niszczą czytelnika i to spotkanie było właśnie takim. Było tak niesamowite i nietuzinkowe... po takim doświadczeniu trudno sięgnąć po pierwszą lepszą książkę. Jedno jest pewne: wizerunek reportażu zmienił się dla mnie diametralnie. Aleksijewicz jest jego mistrzem i dorównać jej... będzie bardzo trudno.

26 kwietnia 1986 doszło do największej katastrofy technologicznej. To właśnie ten dzień odmienił nie tylko życie Ukraińców, ale także pozostałych mieszkańców Związku Radzieckiego, a przede wszystkim Białorusinów. Sama katastrofa jak i jej skutki dotknęły milionów ludzi i odmieniły także współczesną Białoruś na zawsze. Tego jednego dnia oczy całego świata zostały zwrócone w kierunku Czarnobyla. Ówczesna władza radziecka jednak bardzo skutecznie rozprowadzała po swoich terytoriach nieprawdziwe informacje mające za zadanie jedynie podtrzymać przychylność ludu, uspokoić niepokoje i utrzymać władzę mimo niepokojących wieści płynących z zachodu i bombardujących na co dzień ludzi. Ustrój polityczny, oddanie komunizmowi, zacofanie technologiczne Białorusinów oraz co się z tym także wiąże brak wiedzy na temat promieniowania jądrowego, elektrowni atomowych... to wszystko przyczyniło się do tragicznych skutków katastrofy, która już sama w sobie była tragiczna.

Swietłana Aleksijewicz przeprowadziła mnóstwo rozmów z Białorusinami... rozmawiała z żonami strażaków, którzy gasili reaktor po jego wybuchu (nikt nie wyszedł z tego cało, bez silnego uszczerbku na zdrowiu, dawki promieniowania były zbyt silne), z naukowcami, którzy próbowali reagować (a jednak ich głos był systematycznie uciszany przez komunistów za sprawą gróźb, kar), z "towarzyszami" (którzy bali się przemówić...), z lekarzami (którzy wiedzieli o szkodliwym wpływie promieniowania na zdrowie, a których jednak nikt nie słuchał), z kobietami, które w tamtym czasie były w ciąży (a potem modliły się, aby ich dzieci urodziły się bez wad genetycznych), z ówczesnymi dziećmi (którym z dnia na dzień została odebrana możliwość zrywania kwiatów, bawienia się w piasku), z nauczycielami, z wysiedleńcami, starszymi ludźmi, którzy jednak postanowili zostać, z tzw. likwidatorami, którzy burzyli wszystko, aby "zakopać promieniowanie"... Aleksijewicz rozmawiała z ludźmi, którzy patrzyli na katastrofę z różnych perspektyw. Z ludźmi w różnym wieku, o różnym wykształceniu, których życie różnie się potoczyło. Wszystkie te rozmowy łączy jednak ogromny bagaż emocjonalny, przenikliwość i szczerość.

Książka Swietłany Aleksijewicz jest tak niesamowita także przez to, że Swietłany Aleksijewicz w tym reportażu... w ogóle nie ma. Jest spowiednikiem, jest słuchaczem, przyjacielem, powiernikiem, ale nie dziennikarską hieną, ciekawską osobą. Jest cicha, a gwiazdą jej reportaży są jej rozmówcy... ona sama przez większość czasu prawie w ogóle się nie ujawnia. Nie próbuje czynić z siebie gwiazdy, zostawia czytelnika sam na sam ze swoimi rozmówcami. Zabiera czytelnika w świat skażony promieniowaniem, kłamstwem i cierpieniem. W świat Białorusi, która cały czas cierpi.

"Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości." to wstrząsająca pozycja, która długo nie pozwala o sobie zapomnieć. Zmusza do przemyślenia paru kwestii... np. Czy wycieczki do strefy czarnobylskiej są czymś dobrym i poprawnym? To zapis tragedii, która miała miejsca lata temu i sposób na uwrażliwienie ludzi na innych? Punkt w bitwie na temat: budować elektrownie atomowe czy nie? A może po prostu wycieczki te motywowane są chęcią poczucia przypływu adrenaliny? Reportaż Swietłany Aleksijewicz uczy i porusza. Uwrażliwia i uczy doceniać świat nas otaczający. Podczas i na skutek katastrofy czarnobylskiej ucierpieli nie tylko ludzie, ale także natura. Z dnia na dzień zakazano zrywania jabłek, zbierania plonów. Nie doceniamy tego ile każdego dnia otrzymujemy. Krótko po przeczytaniu tej książki jechałam do przyjaciółki na wieś... po drodze spotkałam kobiety, które szły z zerwanymi kwiatami polnymi. Obok dzieci bawiły się w piasku... zwierzęta biegały po trawie. Białorusinom to wszystko zostało odebrane. Nagle. Bez ostrzeżenia. Przez błąd ludzki, ale nie to w tym wszystkim jest najgorsze. Moje największe obrzydzenie budzi zachowanie władz po katastrofie... to wszystko ustami swoich rozmówców pokazuje Aleksijewicz. Dla władzy nie liczył się człowiek radziecki, ale władza...

Swietłana Aleksijewicz swoją pozycją zachwyca. Stworzyła wstrząsający, piękny i poruszający reportaż, który zachwyca dopracowaniem, a zarazem pewną swobodą, która ma miejsce w wypowiedziach ludzi z którymi rozmawiała. "Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości" to książka, która rzuca na kolana zawartymi w niej pokładami emocjami, zmusza do doceniania każdej najdrobniejszej rzeczy na ziemi i pozwala spojrzeć na życie inaczej – lepiej. Pozwala dojrzeć to co dotąd było dla czytelnika nieuchwytne. Takich lektur się nie zapomina, takie książki pamięta się do końca życia, bo to literatura najwyższej klasy. Arcydzieło reportażu, dawka lektury, która zmienia życie. I nie myślcie: "to nie dla mnie", to trudna lektura – fakt. Ale lektura, którą powinien poznać każdy. Może nie dzisiaj, może nie jutro, ale kiedyś... na pewno.


Moja ocena: 10/10 Arcydzieło!

lipca 27, 2016

(518) Pokolenie dżihadu

(518) Pokolenie dżihadu
Tytuł: Pokolenie dżihadu
Autor: Petra Ramsauer
Wydawnictwo Muza
Stron 304

"Rządy terroru są demonstracją siły i władzy."

Petra Ramsauer, "Pokolenie dżihadu"

Petra Ramsauer jest politolog i reporterką. Pracowała na Bliskim Wschodzie, w Libii, Egipcie, Tunezji oraz Syrii. "Pokolenie dżihadu" to wynik jej wieloletniej pracy, zbierania informacji na temat działalności ugrupowań terrostycznych, a przede wszystkim poznawania struktur ISIS, czyli tzw. Państwa Islamskiego będącego większym zagrożeniem niż niegdyś Al – Kaida. Opierając się na rozmowach przeprowadzonymi z byłymi dżihadystami, wyznawcami religii islamu, psychologami, rodzinami dżihadystów, a także ekspertami do spraw walki z terroryzmem próbuje przedstawić czytelnikowi sposób działania tzw. Państwa Islamskiego, a przede wszystkim odpowiedzieć na pytanie co powoduje, że tak wielu młodych ludzi wyjeżdża ze swoich ojczyzn i zaczyna działać przeciwko nim.

Tzw. Państwo Islamskie sieje spustoszenie, co rusz docierają do nas informacje o nowych zamachach terrorystycznych. Czynione także przez tych, którzy samodzielnie się zradykalizowali... bez bezpośredniego działania ISIS. Jednak jak pokazuje Petra Ramsauer tzw. Państwo Islamskie ma wpływ na młodych ludzi w każdej dostępnej przestrzeni. Facebook, Instagram, Twitter, siłownie, meczety, bary... docierają do tych wszystkich miejsc w których bywają młodzi ludzie, mają własne struktury. Ba! Posiadają własne wydawnictwa książkowe, które zajmują się rozprzestrzenianiem książek na temat przeprowadzania radykalizacji ludzi, zdobywania poparcia dla zbrodni i krzywd tysięcy. ISIS nie jest zabawą w piaskownicy, jest silnym, groźnym i przede wszystkim zorganizowanym ugrupowaniem. Książka Ramsauer pokazuje natomiast kulisy ich działania.

"Pokolenie dżihadu" to reportaż, któremu brak pewnej spójności. Autorka choć podzieliła książkę na rozdziału jak np. "dżihadomania" to jednak przeskakuje z tematu na temat. Brak spójności i brak porywającego języka powoduje, że "Pokolenie dżihadu" było zaledwie bardzo dobrą książką, a ja oczekiwałam czegoś więcej. Petra Ramsauer podsumowuje to co jest mówione w telewizji / pisane w gazetach na bieżąco. Zbiera to i przedstawia w postaci książki – ciekawej, lecz mam wrażenie, że za mało wnikliwej. W książce Petry brakuje mi emocji, porywającego języka i nie ukrywajmy... "Pokolenie dżihadu" nie jest świetnym reportażem. Jest jednak dobrym podsumowaniem tego co o ISIS zostało już wcześniej powiedziane. Książka Ramsauer, choć nie zmienia diametralnie sposobu myślenia to jednak bez wątpienia otwiera oczy i pozwala uporządkować wiadomości, które bombardują nas z każdej strony. Co nie zmienia faktu, że nadal trudno pojąć czytelnikowi ogrom zła...

Moja ocena: 7/10 Bardzo dobra.

lipca 25, 2016

(517) Maleńka Dorrit

(517) Maleńka Dorrit
Tytuł: Maleńka Dorrit
Autor: Charles Dickens
Wydawnictwo MG
Stron 288

"Jestem wrażliwy i uczuciowy, panie Flintwinch, a taki człowiek musi być pobożny albo... niewiele wart."

Charles Dickens, "Maleńka Dorrit"

Piękna i wzruszająca. Klasyka w najlepszym wydaniu (w przenośni jak i w samym tego słowa znaczeniu, bo jej oprawa także jest piękna...). "Maleńka Dorrit" (czy też "Mała Dorrit") to powieść Charlesa Dickensa, publikowana w odcinkach w latach 1855 - 1857. Widać w niej gorączkowe podążanie człowieka za pieniądzem, gorączkę inwestycyjnych zabiegów, które miały miejsce w tamtym czasie. Powieść Dickensa to nie tylko ujęcie w ramy epoki i społeczeństwa, ale także spojrzenie na sytuację ludzi z pozycji proletariatu. Charles Dickens pokazuje, że na świecie nie ma sprawiedliwości - kary omijają złoczyńców, a nagrody dobrych, lecz może to po prostu chodzi o podejście do życia? Nastawienie, mentalność, priorytety... "Maleńka Dorrit" zachwyca pięknym językiem, barwnymi postaciami, nie do przewidzenia fabułą, która trzyma w uścisku do ostatniej strony, w niespokojnym oczekiwaniu. 

Więzienie Marshalsea to ośrodek przeznaczony do przetrzymywania dłużników. To właśnie w nim na świat przyszła Maleńka Dorrit. Nie zna innego świata, a jej życie upływa pod znakiem troski o samotnego ojca i próby zapewnienia godnego życia swojemu starszemu rodzeństwu. Poza mury więzienia wychodzi prawie jedynie po to, by szyć i w ten sposób zarabiać potrzebne na życie pieniądze - tak też trafia do domu pani Clennam, ekscentrycznej kobiety mieszkającej w starym domu wraz z dwójką służących. Jej los ma szansę na zmianę, gdy do domu po dwudziestu latach powraca młody pan Clennam - Arthur, który od pierwszego dnia czuje, że wokół rodu Dorrit spoczywa jakaś tajemnica związana także z jego rodziną. 

Akcja powieści Dickensa jest bardzo dynamiczna i płynna, a choć sama książka jest dosyć krótka, to jednak jej fabuła jest pełna zwrotów akcji i nieoczekiwanych wydarzeń. Także wydarzeń na skutek których krew buzuje czytelnikowi w żyłach... "Maleńka Dorrit" to powieść w której nie brak intryg, skomplikowanych relacji rodzinnych czy też cichych rozterek miłosnych. Tym czym zachwyca Dickens to poziom wyważenia jego pióra, stopniowanie napięcie i cudowny, dopracowany język, który idealnie zrozumiały jest jednak także dzisiaj. Początkowo jak już wspomniałam "Maleńka..." była publikowana jako dzieło w odcinkach - może to właśnie dlatego jej akcja jest poprowadzona tak, aby czytelnik nie mógł wręcz odłożyć jej lektury na później? 

Kreacja bohaterów jest perłą tej książki. Charles Dickens stworzył postacie negatywne jak i pozytywne. Wyważone jak i odrobinę szalone, i perfidne. "Maleńka Dorrit" to cała paleta bohaterów, których jednak nie zawsze spotyka to na co zasługują. Książka mająca w sobie wiele z dramatu jak i melodramatu. Mnie jednak najbardziej ujęła w niej postać Maleńkiej Dorrit, która, gdy czytelnik ją poznaje ma 23 lata - jej odpowiedzialność, skromność, pogodzenie z losem, a raczej pozytywne nastawienie do wszystkiego co ją otacza, jej dziecięca ufność w to, że nikt nie chciałby dla niej czegoś złego. Żyje w złym, brudnym świecie... w otoczeniu pełnym zniewagi i braku godności, a jednak ona sama pozostaje cały czas postacią czystą, wręcz anielską, która rozświetla i oczyszcza powieść z pokładów perfidii i chciwości płynących od innych bohaterów. Jednak nawet ironiczna pani Clennam uwięziona w swym świecie zbudowanym ze źle zrozumianej religii, która każdy objaw wesołości, dobrobytu i ekscytacji odbiera za przejaw obrazy względem Boga, a każdą niegodziwość, chwilę smutku czy cierpienia za karę zasłaną od nieubłaganego Stwórcy, który nie akceptuje najmniejszego nieposłuszeństwa... zasługuje na uwagę i szczery żal. Bohaterowie stworzeni przez Dickensa to postacie czarno - białe, nieoczywiste, których zachowanie jest niejednoznaczne. To ludzie uwięzieni w karbach swoich uprzedzeń, wybranych ról, przeszłych niepowodzeń - to właśnie przez to nie mogą ruszyć dalej, zaznać spokoju, szczęścia, przebaczyć sobie i innym - żyć. 

"Maleńka Dorrit" to książka, którą mimo, że ma już 159 lat czyta się nadal bardzo dobrze! To miłe oderwanie od dzisiejszych nieustannie nas otaczających (niestety także w literaturze...) potocyzmów. Wiem, że niektórym na słowo "klasyka" włos się jeży na głowie, ale szczególnie w wypadku "Maleńkiej Dorrit" taka reakcja nie ma prawa mieć miejsca, bo choć Dickens oddaje realia XIX - wiecznej Anglii to jednak skupia się przede wszystkim na skomplikowanej igraszce losu dotykającej bohaterów, a co za tym idzie przykłada dużą uwagę do strony emocjonalnej utworu. Według krytyków literackich i licznym analizom, którym była poddawana twórczość Dickensa historia Dorrit należy do jednych z najbardziej pesymistycznych dzieł z jego twórczości. Kreacja świata przedstawionego, otoczenie okropnych murów więziennych, perfidia ludzi i widoczne osamotnienie bohaterów, a także ich zagubienie... Oni wszyscy są bowiem uczestnikami złego z założenia systemu w którym bez pieniędzy jest się nikim, a więc nie do końca są panami swojego losu. Myślę, że mimo wszystko z powieści Dickensa bije światło... światło w postaci bezinteresownego oddania i miłości... nawet to jednak wynika z nieznajomości świata, wielkiej... czasami zgubnej ufności.

Charles Dickens stworzył powieść niezwykłą - wzruszającą i przejmującą do ostatniej strony, podczas czytania której czytelnik dech zapiera w piersiach. Wyraziści bohaterowie, moralne dylematy i człowiek będący nieustanną igraszką losu. W powieści Dickensa nic nie jest oczywiste ani czarno - białe. To wielobarwna powieść, która zachwyca. Swą skromnością, wyważeniem... brakiem nachalności. W "Maleńkiej Dorrit" nie brakuje wątków społecznych oraz kontrastów. Mnie jednak przede wszystkim urzeka postacią pana Arthura, który gotów jest nieść bezinteresowną pomoc, a który mimo to zostaje doświadczony przez los oraz postać skromnej, ufnej panienki Dorrit, która nie zmienia się mimo ulegającym przemianom otoczeniu. Dickens stworzył dzieło z którego bije jasny przekaz: ani ubóstwo, ani bogactwo nie czyni z człowieka szczęśliwym, bo w ludzkim życiu nic nigdy nie jest przesądzone. No może oprócz tego, że "Maleńka Dorrit" oczaruje niejednego czytelnika...

Moja ocena: 9+/10