Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nasza Księgarnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nasza Księgarnia. Pokaż wszystkie posty

sierpnia 04, 2016

(522) Czytelniczy kącik malucha: Moje książeczki. Księga druga.

(522) Czytelniczy kącik malucha: Moje książeczki. Księga druga.
źródło: nk.com.pl
Tytuł: Moje książeczki. Księga druga.
Autorzy: Bahdaj & Janczarski & Januszewska & Kruger & Krzemieniecka & Kucharski & Tuwim
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Stron 240

"Ponieważ jednak ta bajka zdarzyła się naprawdę, nie zastanawiajmy się nad tym. Zresztą bajka zawsze się kończy, a przyjaźń nasza przecież będzie trwać długo, dłużej niż bajka."

Czesław Janczarski, "Tygrys o Złotym Sercu"

Są takie polskie bajki (mam tu na myśli "bajki" w znaczeniu potocznym), które weszły już do kanonu literatury dziecięcej. "Zaczarowana zagroda", "Szewczyk dratewka" i wiele, wiele innych... istnieją po prostu takie historie, które czytały dzieci trzydzieści lat temu i, które czytają dzieci dzisiaj. Rozwijają wyobraźnię, uczą, uwrażliwiają... "Moje książeczki. Księga druga" to właśnie zbiór mądrych opowieści dla małych czytelników. Do czytania przez mamę, babcię, innego członka rodziny lub przez same dziecko. Satysfakcja gwarantowana, bo mama sobie czytaną historię przypomni, a dziecko ją pozna i w wielu przypadkach po prostu się nią zachwyci. 

"Moje książeczki. Księga druga" to zbiór siedmiu klasycznych opowieści dla dzieci. Bez wróżek, pokemonów i innych dziwnych stworzeń. Niestety są to powieści coraz mniej znane, bo rodzice także wybierając w księgarni książeczkę dla dziecka, stawiają na te współcześniejsze, a co za tym idzie aktualniejsze. Jednak to te klasyczne najbardziej poruszają wyobraźnię dziecka, zabierają do innego świata i pokazują, że nawet tygrys może mieć złote serce... Uczą nie najnowszych technologii, nie obsługi telefonu, a tolerancji, przyjaźni i miłości. 


źródło: bullerbyn.com.pl
Druga część zbioru "Moje książeczki." zawiera opowieści "Tygrys o Złotym Sercy" Janczarskiego, "Wawa i jej pan" Kucharskiego, "Kot w butach" Januszewskiej, "O Jasiu kapeluszniku" Krzemienieckiej, "Pilot i ja" Bahdaja, "Apolejka i jej osiołek" Kruger i "Pampilio", które opracowała Irena Tuwim. Na szczęście należę do tego pokolenia, które takie historie jeszcze jako dzieci czytały. Ale czy współczesne pięciolatki znają te historie? Mam nadzieję! Są wspaniałe i nawet z punktu widzenia "dużej dziewczynki" mnie osobiście oczarowują. Wydawnictwo Nasza Księgarnia dosyć, że serwuje czytelnikom klasyczne historie... to jeszcze w klasycznej oprawie graficznej. I to może być pewien minus, bo choć rodzice i dziadkowie znają te historie właśnie z tymi ilustracjami to współczesne dziecko, wychowane w erze cyfrowej te ilustracje mogą z lekka odstraszać. Nie mniej ilustracje Boratyńskiego, Grabiańskiej, Konwickiej, Krajnik, Wikonia, Witwickiego, Witza przyciągają oko czytelnika – barwami, kreską... Reasumując: "Moje książeczki. Księga druga" to zbiór pięknych historii w równie pięknej oprawie graficznej. 

Moja ocena: brak. 

sierpnia 03, 2016

(521) Niepokorne. Judyta.

(521) Niepokorne. Judyta.
Tytuł: Niepokorne. Judyta.
Trylogia Niepokorne (#3) 
Autor: Agnieszka Wojdowicz
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Stron 432

"Popatrz, ile trzeba doświadczyć i przez co przejść, żeby ustalić sobie hierarchię i się jej podporządkować, rezygnując z tego, co mało ważne."

Agnieszka Wojdowicz, "Niepokorne. Judyta"

"Niepokorne. Judyta" to trzeci i ostatni tom trylogii Agnieszki Wojdowicz, której akcja toczy się w XX – wiecznym Krakowie. "Niepokorne" to bardzo dobra trylogia. Nie będę jednak ukrywała, że najbardziej spodobał mi się tom pierwszy "Niepokorne. Eliza", drugi tom już był troszkę gorszy ("Niepokorne. Klara"), a jak jest z trzecim? Różnie. Jednak to wszystko zależy przede wszystkim od preferencji czytelnika względem głównych bohaterek. Judyta jest bez wątpienia tą najbardziej bezmyślną, nieporadną... "Niepokorne. Judyta" to jednak jak cała trylogia bardzo dobra reprezentantka literatury kobiecej. Bo choć czasami mnie nużyła to jednak chwilami także chwytała za serce. Agnieszka Wojdowicz zakończyła swoją trylogię w dobrym punkcie i zamknęła całość w naprawdę dobrym stylu. 

Rok 1905. Judyta mieszka w Wiedniu, ma córeczkę i partnera. Nie czuje się jednak ani szczęśliwa, ani spełniona. Darzy Maxa jedynie wierną i szczerą przyjaźnią, a on oczekuje od niej miłości... Judyta jednak nie może zapomnieć o bracie Klary, Maurycym z którym kiedyś łączył ją promienny romans. Kiedy przypadkiem ich drogi znowu się spotykają – Judyta nie wie jak ma postąpić – słuchać głosu serca (choćby ten nawet był nierozważny?) czy głosu rozsądku. Odejście od Max'a wiązałoby się jednak z wieloma trudności. Mają córeczkę, a jego rodzina i tak zawsze patrzyła na ich związek nieprzychylnym okiem. Judyta boi się, że Max będzie chciał odebrać jej dziecko... ze złości, z miłości, z przywiązania. Druga bohaterka...  Klara jest szczęśliwa mimo tego, że cały czas nie udało jej się pogodzić z ojcem. Jej spokojną egzystencję burzy jednak sytuacja polityczna i jej niebezpieczne wyprawy do Warszawy. Elizie udało się zdobyć magistra, ma męża, dwójkę dzieci i jest szczęśliwa. Wydaje się, że tylko jej sprzyjał i sprzyja los... 

Zawsze najbardziej lubiłam Elizę, to ta bohaterka zdobyła moje serce od pierwszej strony powieści. I zachowała miejsce w moim sercu do dnia dzisiejszego. Jednak także Klara przyciągała moje spojrzenie od pierwszych stron powieści... Z tego trio to zawsze Judyta wydawała mi się najbardziej nijaka, cicha – w tym tomie Agnieszka Wojdowicz minimalnie zmieniła jej obraz, z grubsza go jednak nie zmieniając. Judyta była odważniejsza, a jednak przy tym z lekka nierozważna, czasami zachowując się wręcz głupio... i nie ukrywam, że niejednokrotnie się z nią nie zgadzałam. Za to Klara z każdą kolejną stroną na której się pojawiała coraz bardziej zdobywała moje serce. Bohaterki stworzone przez Agnieszkę Wojdowicz łączy jedno – niepokorność. Sprzeciwianie się utartym szlakom, konwenansom, ludzkim ograniczeniom... to postępowanie nie zawsze wychodzi im na dobre, ale na tle statystycznych kobiet żyjących na początku XX wieku bez wątpienia się wyróżniają. Swoim uporem, determinacją... 

Agnieszka Wojdowicz bardzo dobrze wykreowała świat w którym przyszło żyć jej bohaterkom. XX wiek, Kraków to czas zaboru galicyjskiego... z założenia zaboru najłagodniejszego, a jednak nie ukrywajmy – i tu były ograniczane swobody Polaków, choć to właśnie w zaborze galicyjskim najlepiej w tamtym okresie rozwijała się polska kultura. Wojdowicz poradziła sobie także z oddaniem realiów społecznych życia w tamtym czasie. Ich niepokojów i strachów... rozruchów – przede wszystkim na terenie Warszawy. Jednak tym co najbardziej uwodzi w jej powieści jest młodopolski Kraków. Z jego zaletami jak i wadami. 

W pewnym momencie jednak Agnieszka Wojdowicz troszkę przesadziła z tym oddawaniem realiów życia w Krakowie... doskwiera mi fakt, że autorka doprowadziła do tego, że Klara poznała Piłsudzkiego, a Judyta Wyspiańskiego... wprowadzenie ich do powieści (nawet jeśli mało kluczowych bohaterów, którzy pojawiają się raz – dwa i to jedynie epizodycznie) trochę zakłóciło mi obraz tej historii i mnie poirytowało. Przypuszczam, że autorka chciała w ten sposób uwierzytelnić tło historyczne... niestety moim zdaniem zadziałało odwrotnie i w pewien sposób tę powieść zeszpeciło. Na szczęście Agnieszka Wojdowicz w ten sposób zbyt często nie eksperymentowała. 

"Niepokorne. Judyta" to zakończenie bardzo dobrej trylogii. Ciekawe, z ciekawymi zwrotami akcji i dobrze wykreowanymi postaciami oraz tłem historycznym. To bardzo dobra powieść obyczajowa, której akcja została osadzona na początku w XX wieku w czasach dla Polski dość niespokojnych, a bez wątpienia trudnych. Jest to jednak najsłabszy tom tej trylogii... co nie oznacza, że zły. Nie mniej – nie można odmówić powieści Wojdowicz wielu atutów. Dobrze poprowadzona akcja, ciekawa fabuła oscylująca wokół spraw rodziny i przyjaciół. To powieść realna, możliwa, która niekiedy oczarowuje, a niekiedy wzrusza. Bardzo dobra powieść na letni, ciepły dzień... (ten zimny także). 

Moja ocena: 7+/10

lipca 03, 2016

(507) Czytelniczy kącik malucha: Wierszykarnia

(507) Czytelniczy kącik malucha: Wierszykarnia
Tytuł: Wierszykarnia
Autor: Danuta Wawiłow
Autor ilustracji: Jola Richter - Magnuszewska
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Stron 160

"Mama, ja cię bardzo kocham!
Nie żartuję ani trochę!
Przecież jak się kogoś kocha,
to jest ważna rzecz!" 

Danuta Wawiłow, "Wierszykarnia"

Czytanie dzieciom już od ich najmłodszych lat - rozwija ich umysł, pogłębia więź z rodzicem / opiekunem, pomaga im w rozumieniu świata i stawaniu się empatyczną osobą, nieobojętną na innych. Niemowlaki, małe dzieci, którym były czytane bajki / wiersze na późniejszych etapach życia szybciej i lepiej się rozwijają - szybciej zaczynają np. mówić i pisać, a dodatkowo rozwijają się lepiej pod względem emocjonalnym. Nie można zapomnieć o kształtowaniu ich wyobraźni, nauce koncentracji... no i zaszczepianiu miłości do słowa pisanego już od pierwszych dni życia. Dla najmłodszych dzieci szczególnie przez specjalistów polecane są utwory rymowane takie jak wiersze Tuwima, Brzechwy... czy chociażby Danuty Wawiłow. 

"Wierszykarnia" to ceniony zbiór bajek i wierszy Wawiłow. Dużo ilość utworów i ogromna liczba zagadnień zapewnią rozrywkę i dziecku, i rodzicowi. Proste do zrozumienia utwory, w dużej mierze bardzo rytmiczne zapoznają dziecko z różnymi sferami życia. "Wierszykarnia" to nie tylko wiersze o lecie czy jesieni, ale także o niegrzecznej dziewczynce czy smutnej mamie. To zbiór utworów na każdą okazję. Doskonale pomogą zaznajomić się dziecku z otaczającym go światem - pomogą zrozumieć otaczającego go emocje, uwrażliwić na emocje drugiego człowieka, ale także rozbawią zabawnymi wierszykami o zwierzętach czy też pomogą zrozumieć własne przywary.

Zbiór wierszy i bajek Danuty Wawiłow zachwyci niejedno dziecko i rodzica. To idealny materiał to poszerzania zasobu słownictwa, nauki zasad ortograficznych, ćwiczeń logopedycznych i świetnej zabawy. Całości dopełniają piękne ilustracje pani Joli Richter - Magnuszewskiej. "Wierszykarnia" to bardzo różnorodny wybór twórczości Wawiłow - utwory bardziej znane jak i mniej znane, krótkie i długie - wszystkie jednak niezmiennie zasługuję na uwagę młodego czytelnika. Danuta Wawiłow oczarowała mnie, kiedy byłam dzieckiem po raz pierwszy okazji opowiadań zawartych w zbiorze "Wierzbowa 13".  Teraz udało jej się to po raz kolejny... Mam nadzieję, że jeszcze wiele pokoleń dzieciaków będzie sięgało po utwory Wawiłow. Naprawdę warto. Napisane z humorem, a zarazem przenikliwością jasną nawet dla bardzo młodego umysłu wiersze i bajki Wawiłow bawią i wzruszają. Otwierają dziecko na świat i bez dwóch zdań - rozwijają. 

Moja ocena: poza skalą.

czerwca 22, 2016

(503) Zanim umrę

(503) Zanim umrę
Tytuł: Zanim umrę
Autor: Jenny Downham
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Stron 349

"Nie chcę umierać. Za krótko byłam kochana."

Jenny Downham, "Zanim umrę" 


"Zanim umrę" to piękna, wzruszająca powieść młodzieżowa, która ujmuje swoją prostotą. Prostotą, a przy tym niesamowicie mocnym wydźwiękiem i olbrzymią siłą... Książkę Jenny Downham chciałam przeczytać już od dobrych pięciu lat (pierwsze polskie wydanie miało miejsce w 2009 roku), jednak nigdzie nie mogłam jej dostać. Tak więc wyobrażacie sobie moją radość, gdy dowiedziałam się o jej wznowieniu... "Zanim umrę" to utwór przy którym roni się łzy i bezczynnie czeka na rozwój wypadków, na koniec. Jenny Downham napisała przejmującą powieść w której nie ma miejsca na banalność, słodycz ani koloryzowanie. 

16 - letnia Tess choruje na białaczkę i ma przed sobą zaledwie kilka miesięcy życia. Walczyła wraz z tatą przez cztery lata, ale teraz nadszedł czas na niezwykle dojrzałą decyzję i ona ją podjęła. Wiedząc, że żadne terapie jej nie wyleczą, a jedynie trochę przedłużą jej życie... zrezygnowała z chemioterapii, która ją wykańczała i nie pozwalała nawet w miarę normalnie funkcjonować. Podjęła męską decyzję i zaniechała terapii, aby móc przeżyć czas, który jej pozostał jak najlepiej... okazuje się to jednak o wiele trudniejsze niż myślała, bowiem życie z myślą, że zostało już ci tak niewiele czasu jest bardzo trudne. Życie z myślą, że nigdy nie skończysz szkoły. Nie wyjdziesz za mąż. Nie pójdziesz do pracy. Nie będziesz miała dzieci. Nie zestarzejesz się, a na ziemi zostawisz wszystko co kochałaś... rodzinę, przyjaciół, drobne przyjemności jak lody na patyku. Wszystko. A co będzie potem? Nie wiadomo... Tess układa więc listę dziesięciu rzeczy, które chce zrobić przed śmiercią. Umieściła jednak na niej tylko te rzeczy, które mogą mieć miejsce biorąc pod uwagę fakt, że zostało jej kilka miesięcy życia. Punkt pierwszy? Seks.

"(...) życie składa się z szeregu chwil, z których każda jest podróżą do kresu."

Jenny Downham, "Zanim umrę"

Jestem pewna, że wiele osób skojarzy tę powieść z "Gwiazd naszych wina"... niepotrzebnie, ponieważ "Gwiazd naszych wina" to książka powstała później. Nie ma  to nawet dla mnie znaczenia, bo "GNW" znam jedynie z wersji filmowej (choć książka czeka na półce i pewnie kiedyś po nią sięgnę...), a jedno jest pewne "Zanim umrę" to piękna i wzruszająca powieść, której brak ckliwości, bo bohaterowie są boleśnie prawdziwi, a historia w niej opisana naprawdę przejmująca. To jedna z tych powieści po których człowiek zaczyna doceniać swoje zdrowie, a jednocześnie uświadamia sobie wyższość ciała nad człowiekiem, przypomina sobie o tym jak kruchą istotą losu jest, jedynie igraszką losu... "Zanim umrę" zachwyca. Bohaterami, fabułą... oddziaływaniem na czytelnika, który do ostatniej strony ma nadzieję, że ta historia skończy się dobrze.

Tess to bohaterka wobec której przez większość czasu żywiłam bardzo sprzeczne uczucia. Widzicie... patrzę na tą okładkę i widzę cichą, delikatną, smutną bohaterkę, a okazuje się, że Tess to "wulkan energii" o ile w ogóle można użyć takiego określenia wobec bohaterki, którą pokonuje choroba i niejednokrotnie przykuwa do łóżka. Tess to dziewczyna, która marzy o tym, żeby się zakochać, tańczyć, bawić się, spotykać z przyjaciółmi, studiować... to wszystko odebrała jej choroba, a ona sama czuje, że jej życie nie ma żadnego sensu. Stworzona przez nią lista motywuje ją do działania... zmusza do rzeczy, których normalnie pewnie by nie zrobiła, ale daje jej także chwilę wytchnienia / wolności. Mam wrażenie, że Tess niekiedy cicha, a niekiedy bardzo głośno i wyrzucająca wszystko przez okno gubi się i... walczy. Walczy nie tylko z chorobą i zbliżającą się śmiercią, ale także z samą sobą. Niesamowita bohaterka - niekiedy irytująca, ale zawsze niesamowicie prawdziwa i szczera. Głos młodego człowieka... 

Jednak nie tylko postać Tess zasługuje na uwagę. "Zanim umrę" tworzy cała paleta barwnych bohaterów, którzy ukazują różne postawy wobec choroby oraz samej osoby chorej. Jenny Downham pokazuje postacie, które bardzo często sobie nie radzą z myślą, że Tess niebawem umrze. Reagują na to jednak różnorodnie. Przykładem jest młodszy brat Tess, jedenastolatek, który mówi jej wprost "Nie mogę doczekać się kiedy umrzesz", a jednak, kiedy Tess ląduje w szpitalu... siedzi przy jej łóżku i płacze. Ważniejsze jednak niż relacje Tess z bratem są jej kontakty z ojcem, którzy rzucił wszystko, aby towarzyszyć jej w leczeniu, w trudnej walce z chorobą... z matką, która odeszła od nich przed laty i z przyjaciółką, która jest jej zupełnym przeciwieństwem... choćby dlatego, że ta ma przed sobą całe życie. 

"Zanim umrę" to powieść zachwycająca i wzruszająca podczas której czytania niejedna czytelniczka uroni łzę. To piękna historia o chorobie, umieraniu, miłości, przyjaźni i relacjach w rodzinie. To obraz oszczędny w słowach, ale niesamowicie realny - prawdziwy. Jenny Downham stworzyła powieść po której oczekiwałam jakiegoś ckliwego zakończenia, a otrzymałam utwór (nie boję się tego powiedzieć) rozrywający serce. Dodatkowym czynnikiem, który przekonuje mnie do tej książki jest fakt, że powstała nim nastąpił wielki bum na powieści młodzieżowe z wątkiem choroby głównych bohaterów. Teraz jest to już chleb powszedni, ale w 2009, czyli roku w którym w Polsce po raz pierwszy została wydana książka "Zanim umrę" było to coś innego, spotykanego bardzo rzadko. Książka Jenny Downham zaskakuje zakończeniem, brakiem banalności, zwrotami akcjami i nastrojami głównej bohaterki, a tak naprawdę kreacjami bohaterów. Mogłoby się wydawać, że to ckliwa opowieść o zbuntowanej nastolatce, która umiera, ale tak naprawdę Downham stworzyła powieść bardzo głęboką i przejmująca o której odbiorze decydują niuanse. Piękną i zaskakującą. Literaturę młodzieżową porzuciłam już jakiś czas temu, a mimo to... ta pozycja mnie zachwyciła. Podczas jej czytania bowiem emocje narastają z każdą kolejną stroną, a łzy zbierają w oczach... 

Moja ocena: 9/10

stycznia 19, 2016

(432) Przygody detektywa Blomkvista

(432) Przygody detektywa Blomkvista
Tytuł: Przygody detektywa Blomkvista
Autor: Astrid Lindgren
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Stron 528

"Dzieci są jak psy - stwierdził komisarz po ich wyjściu - Węszą i grzebią wszędzie, gdzie się da, aż raptem trafią na coś pożytecznego."

Astrid Lindgren, "Przygody detektywa Blomkvista"

Na półkach księgarni pojawia się coraz większa ilość literatury skierowanej do młodego czytelnika, w wieku 6-14 lat. Są to pozycje bardzo różnorodne - od fantastyki poprzez pierwsze miłości, przygody po kryminalne zagadki.  Oczywiście na chwilę obecną w tych powieściach wszechobecne są komórki, laptopy itp. elektronika. Są to już powieści bardzo współczesne, obrazujące świat współczesnego dziecka. Osobiście należę jeszcze do tego pokolenia, które każdą wolną chwilę spędzało na podwórku łażąc po drzewach, skacząc przez skakankę i na innych tego typu aktywnościach (a nie siedząc przed komputerem). Wtedy dla mnie literaturą, którą czytałam były oczywiście powieści Lucy Maud Montgomery, Astrid Lindgren, Korczaka - krótko mówiąc klasyka. "Przygody detektywa Blomkvista" to zbiór trzech książek: "Detektyw Blomkvist", "Detektyw Blomkvist żyje niebezpiecznie", "Detektyw Blomkvist i Rasmus, rycerz Białej Róży" autorstwa Astrid Lindgren. Według wydawnictwa jest to zbiór skierowany dla dzieci w wieku 6-14 lat co uważam za lekką przesadę. Obecnie czternastoletnia osoba to uczeń pierwszej klasy gimnazjum, dlatego skłaniałabym się raczej ku stwierdzeniu, że to zbiór skierowany dla osób w wieku 6-12 lat. To jednak jedynie moja drobna dygresja. 

Głównymi bohaterami tej serii są Kalle Blomkvist, Ewa - Lotta i Anders. Akcja książki "Detektyw Blomkvist" toczy się wokół osoby wujka Einara, który przyjeżdża do rodziny Ewy - Lotty (pamiętaj Drogi Czytelniku, że w Szwecji dzieci do każdego pana/pani mówią wujku/ciociu, a także gdy mówią o nim). Aż do jego przyjazdu największym problemem młodego detektywa było to, że mieszkańcy Lillkoping są niezwykle uczciwy ludźmi, nie dopuszczającymi się żadnych przestępstw. Trzynastolatek marzy o tym, aby zostać wybitnym detektywem. Wraz z wujkiem Einarem natrafia się ku temu okazja... której jednak Kalle szybko pożałuje. 
W części "Detektyw Blomkvist żyje niebezpiecznie" robi się jeszcze bardziej... niebezpiecznie. Dochodzi do morderstwa, którego świadkiem staje się Ewa - Lotta. To burzy na chwilę sielankę głównych bohaterów, jednak jak to dzieci... szybko potrafią wrócić do swoich zwykłych zajęć. Morderca jednak do normalnego życia nie wraca nigdy. 
Trzecia, ostatnia część to "Detektyw Blomkvist i Rasmus, rycerz Białej Róży". W tej części akcja rozwija się najszybciej oraz pojawia się wiele nowych bohaterów, w tym Rasmus. Rasmus będący pięcioletnim brzdącem, który mnie rozczulał... ale także czasami bezlitośnie irytował. Młodzi przyjaciele będą musieli zmierzyć się z uprowadzeniem i bardzo niebezpiecznymi "wujkami". 

Wszystkie trzy powieści są niezwykle ciekawe, a jednak najbardziej do gustu przypadła mi powieść pierwsza i trzecia. Ta druga... jakoś wszystko za długo się dla mnie w niej ciągnęło i jej czytanie zajęło mi najwięcej czasu. Między trzema książkami, których akcja toczy się rok po roku widać wyraźne oddalenie w czasie. Bohaterowie dorastają, dojrzewają i nie są już tymi samymi dziećmi, których spotykamy w poprzedniej części. Świadczy to o niebywałej umiejętności Astrid Lindgren to kreacji postaci. Wszystkie trzy książki różnią się także minimalnie językiem... Ten fakt myślę, że wynika jednak w dużej mierze z faktu, że każdą książkę na język polski tłumaczyła inna pani. Dla mnie był to niestety minus, którego jednak niewprawiony czytelnik... czyli ten docelowy - nie dostrzeże. Jak już się czepiam... to jeszcze przyczepię się do braku ilustracji nad którym ubolewam. Może kolejne edycje tego zbioru już w ilustracje wzbogacone zostaną? 

Sięgnęłam po "Przygody detektywa Blomkvista", ponieważ chciałam jeszcze na chwilę powrócić do lektur dzieciństwa, poczuć klimat powieści Astrid Lindgren, w których jako dziecko się zaczytywałam i, które zawsze mnie oczarowywały. (Zdradzę Wam w tajemnicy, że obecnie jeśli widzę w antykwariacie jakąś powieść Astrid Lindgren, której jeszcze nie mam na swojej półeczce... udaję się z nią do kasy ;))  Z detektywem Blomkvistem zetknęłam się po raz pierwszy i było to spotkanie niezwykle udane. To zabawne jak wciągały mnie jego przygody... szczególnie w momencie, gdy wszystko prowadziło do nieuchronnego rozwiązania zagadki. Powieści Astrid Lindgren są zarazem obrazem tego jakie były te kilkadziesiąt lat temu dzieci, że dorastały później. To złe określenie "dorastały później" - one po prostu dłużej cieszyły się dzieciństwem. 

Widzicie... ten maksymalny wiek docelowy jakie wskazuje wydawnictwo , czyli 14 lat wcale nie jest wiekiem nieuzasadnionym. W końcu główni bohaterowie tej powieści także w pewnym momencie mają po 14 lat. Trzeba pamiętać o tym, że "Przygody detektywa Blomkvista", a raczej poszczególne powieści składające się na tą książkę były wydawane pierwotnie w latach 1946, 1951, 1953. Młodzież była inna, co część młodych czytelników może obecnie zaskakiwać. Nie uświadczą bowiem w niej nawet komputerów stacjonarnych... już nie wspominając o tabletach i tym podobnych "dziwactwach". Tamte dzieci tego nie znały i nie potrzebowały. Żyły w zgodzie z naturą wymyślając coraz to nowe zabawy. Może pobawią się w cyrk? Może w wojnę z przyjaciółmi? Pójdą do starego domu? Nie ma problemu! Zawsze coś wymyślą i szybko okaże się, że wakacje są za krótkie. 

Boję się, że niebawem okaże się, że powieści Astrid Lindgren skończą jako "typowe klasyki" - zakurzone i porzucone, że będą powieściami "zbyt dziwnymi" i "odległymi" dla współczesnych dzieci, które od najwcześniejszych lat edukacji szkolnej częściej obcują z tabletem, komórką niż z książką. Żywię jednak także nadzieję, że język jakim posługuje się autorka, jej zdolność do budowania fabuły, akcji, cały świat przedstawiony w jej powieściach, wysiadywanie na drzewach, moc przyjaźni, intrygujący świat wokół nas i oddalenie od jego centrum - rozkocha i oczaruje w sobie jeszcze niejedno pokolenie czytelników.  

Przy czytaniu zbioru powieści Astrid Lindgren pt. "Przygody detektywa Blomkvista" bawiłam się wybornie. Ciekawe, trafne dialogi, niesamowita aura i ciągłe przygody. Świat dziecięcych zabaw i pragnień. Świat stworzony przez wybitną pisarkę w wyrazie pokłonu dla dzieci. Wciągające i niezwykle barwne. Bohaterowie z krwi i kości, ciekawe przygody, zwroty akcji... i rodzice, którzy nie biorą w tej powieści prawie w ogóle udziału. W prozie Astrid Lindgren to dzieci są najważniejsze i to one są ich władcami, królami. Mam nadzieję, że jeszcze niejedno dziecko zostanie oczarowane powieściami Astrid Lindgren. "Przygody detektywa Blomkvista" to moje kolejne niezwykle udane spotkanie z twórczością niesamowitej pisarki, którą była Astrid Lindgren. Jeśli macie wokół siebie jakieś dzieci... koniecznie polećcie im "Przygody..." - tym samym... propagujcie czytanie klasyki literatury dziecięcej! 

Za możliwość zapoznania się z kolejną książką Astrid Lindgren serdecznie dziękuję Wydawnictwu Nasza Księgarnia! :) 

grudnia 30, 2015

(425) Huczmiranki. Eukaliptus i werbena.

(425) Huczmiranki. Eukaliptus i werbena.
Tytuł: Huczmiranki. Eukaliptus i werbena.
Seria Huczmiranki (#1)
Autor: Agata Mańczyk
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Stron 460

"Słabość nadeszła szybko. Porwała mnie gwałtownie, a ja nie stawiałam oporu. Ta ucieczka w nicość była moim wybawieniem. Jedyną sensowną drogą, którą mogłam podążyć. Dotrzymałam danego słowa. Ród Huczmiran pozostał bezpieczny, choć nieszczęśliwy. Takie jest nasze przeznaczenie."

Agata Mańczyk, "Huczmiranki. Eukaliptus i werbena." 

Agata Mańczyk to polska pisarka, autorka książek głównie dla młodzieży. To spod jej pióra wyszły takie utwory jak "Rupieciarnia na końcu świata" czy "Jajecznica na deszczówce". Żadnej z tych książki niestety nie miałam okazji przeczytać i przyznam Wam się, że po poznaniu pierwszego tomu serii "Huczmiranki" uznałam to za dużą stratę i zaniedbanie. "Huczmiranki. Eukaliptus i werbena" to pierwsza powieść pani Mańczyk skierowana do dojrzalszych czytelniczek. To powieść dla szesnastolatki, osiemnastolatki, trzydziestolatki jak i sześćdziesięciolatki. Przedział wiekowy jest bardzo duży, bowiem i w samej historii każda kobieta znajdzie coś dla siebie. "Huczmiranki. Eukaliptus i werbena" to świetny początek nowej serii, która pojawiła się niedawno na polskim rynku  wydawniczym. Opowieść o sile kobiet, dumie ich oraz dumie Warszawy. 

W pierwszym tomie autorka skupia się na bliższym przybliżeniu postaci trzech bohaterek: Niny, Darii, Lindy. Najważniejszą postać jednak jest Nina, ponieważ obecnie to na jej życie obecnie najbardziej syntezuje przeszłość związana ściśle z historią jej przodkiń. Tym samym czytelnik ma okazję poznać trzy wcielenia Warszawy: z XIX, XX i XXI wieku. Za chwilę przejdę do króciutkiej charakterystyki fabuły, ale już w tym miejscu muszę napisać, że obraz Warszawy jest w tej książce niezwykle ważny. Klimatyczne kawiarenki, spacery po ulicach po których czytelnik może się przejść i dzisiaj... to dodaje tej powieści niesamowitego, a przede wszystkim niepowtarzalnego uroku.

Rok 1890. Linda Huczmiran wraca jak córka marnotrawna do domu po kilkunastomiesięcznej nieobecności. Linda staje przed rodziną ze złamanym sercem, w ciąży. Najbliższe jej osoby - inne Huczmiranki są gotowe zrobić wszystko, aby pozbyć się hańby, którą ściągnęła na swój ród oraz aby powstrzymać jego istnienie. Liczy się dla nich moc i przetrwanie. W Lindzie odzywa się jednak instynkt macierzyński. Jest gotowa zrobić wszystko, aby uratować swoje nienarodzone dziecko... nawet jeśli będzie musiała się sprzymierzyć ze swoim największym wrogiem. Jednak jak wiadomo bratanie się z wrogiem na dłuższą metę nie przynosi niczego dobrego. 
Rok 1963. Daria Huczmiran jest piękną, młodą, silną i przede wszystkim szczęśliwą młodą kobietą. Przyjęła oświadczyny swojego ukochanego i jest pewna, że cały świat stoi przed nią otworem. Patrzy z nadzieją w przyszłość upatrując w niej wiecznego szczęścia. Nie pozostaje jej jednak długo cieszyć się zaręczynami. Jej babka oraz matka mają zupełnie inną wizję jej przyszłości... sprzeczną z jej wyobrażeniami. Daria Huczmiran zmienia się nie do poznania, poszukując odpowiedniej roli dla siebie w tej nowej rzeczywistości w której została zmuszona żyć. 
Rok 2013. Nina Huczmiran wraca do Warszawy po długiej podróży po Europie w czasie której szukała ukojenia dla swojego bólu. Po stracie dziecka oraz męża jej cały świat się zawalił. Wszystko przestało się dla niej liczyć, Tym bardziej zasady stworzone i przestrzegane przez kobiety należące do jej rodu. Bez zgody wyjechała i oddaliła się od rodu. Nie jest to jednak jedyna rzecz, którą zapracowała sobie na nieprzychylne spojrzenia pozostałych Huczmiranek. Ślub z człowiekiem, urodzenia chłopca, a nie dziewczynki, niestawianie się na zjazdy. Trochę się tego nazbierało. Była nieposłuszna. A nieposłuszeństwa Huczmiranki nie akceptują. 

Tyle razy w tej mojej krótkiej charakterystyce fabuły tej powieści pojawiają się słowa "Huczmiran", "Huczmiranki". Dlatego dla tych niewtajemniczonych należałoby dodać, że Huczmiranki to niezwykle silne i dumne kobiety, które zawsze musiały sobie radzić w życiu same. Wiele z nich uważało, że mężczyźni pojawiający się w rodzie osłabiali ich moce. Stąd też wynikło przekonanie, że rodzą jedynie dziewczynki. Wszyscy "chłopcy" byli uznawani za swego rodzaju anomalie. Niezwykła moc tych kobiet polega na panowaniu nad zapachami. Według najstarszych Huczmiranek przebywanie wśród ludzi osłabia ich moce... stąd też przekonanie, że powinny jedynie czerpać od nich energię, ale nie wchodzić z nimi w żadne relacje przyjacielskie czy też inne. Huczmiranki uważają, że najważniejsze dla nich powinny być więzy krwi. Problem pojawia się gdy ktoś ze sposobu tego myślenia postanawia się wyłamać. Tym właśnie zawiniły Linda, Daria i Nina. Życie w rodzinie z wieloma, wiekowymi tradycjami jak pokazuje książka Agaty Mańczyk jest naprawdę trudne.

Agata Mańczyk pisze jak się okazało niesamowicie zgrabnie i ciekawie. Właśnie przez tą grację nie miałam problemu z odnalezieniem się w fabule tej powieści. Pisarka po malutkim kawałeczku odkrywa przed czytelnikiem tajniki fabuły i muszę przyznać, że przez to ta książka z każdą stroną staje się coraz bardziej elektryzująca i magiczna. Samo wydanie ma format większy niż "statystyczna" książka, a także dosyć sporą ilość stron... ma jednak także większą czcionkę co jest bez wątpienia ułatwieniem dla czytelników skarżących się na problemy ze wzrokiem. A jaka jest sama fabuła? Szybka, ciekawa i piękna łącząca się w spójny obraz. Jestem pod wielkim wrażeniem pomysłowości autorki i przede wszystkim umiejętności oddania realiów panujących w Warszawie w poszczególnych wiekach. 

"Huczmiranki. Eukaliptus i werbena" to niesamowita powieść, którą czytałam z wielką przyjemnością. Agata Mańczyk stworzyła książkę o kobietach i dla kobiet. Pokazuje jak silne potrafią być i, że potrafią sobie poradzić ze wszystkim co je spotka. To wszystko obrała w bardzo ciekawą formę, która przypadnie kobietom w różnym wieku. To książka o więziach rodzinnych, nieporozumieniach, ludzkich dramatach i radościach. Powieść pełna zapachów i przede wszystkim utwór bardzo dojrzały. To jednocześnie utwór, który na długo pozostanie w mojej pamięci. Już nie mogę się doczekać następnego tomu... tym bardziej, że autorka zakończyła ten tom tak sprytnie, że po prostu nie da się okiełznać ciekawości. Serdecznie polecam!

Za możliwość poznania tej powieści serdecznie dziękuję Wydawnictwu Nasza Księgarnia!

grudnia 27, 2015

(424) Potwory, brutalność i przygody... czyli "Ksin. Sobowtór"

(424) Potwory, brutalność i przygody... czyli "Ksin. Sobowtór"
Tytuł: Ksin. Sobowtór
Saga o kotołaku (#3) 
Autor: Konrad T. Lewandowski
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Stron 336

"Ksin stał jak skamieniały, nie mogąc podjąć decyzji. A właściwie to ta decyzja podejmowała się sama,  wystarczyło jej tylko nie przeszkadzać." 

Konrad T. Lewandowski, "Ksin. Sobowtór" 

"Ksin. Sobowtór" to kolejna część serii o przygodach groźnego kotołaka. Serii, którą bardzo lubię mimo jej krzty brutalności... no może odrobinie większej krzty. To chyba jedyna seria stricte fantasy na której kolejne tomy czekam niecierpliwie. Trzeci tom to jak na razie tom najkrótszy, a przy tym moim zdaniem tom najlepszy. Najciekawszy, najżywszy i pod pewnymi względami najnormalniejszy. Ksin jest co prawda nadal postacią bardzo mało uczuciową, szorstką, a jednak mimo tego da się go lubić i ja go lubię. Kolejna część sagi Konrada T. Lewandowskiego jest jeszcze bardziej porywająca niż poprzednie... po prostu świetna! W dodatku urozmaicona... nawet problemy miłosne (w malutkiej dawce) się w niej pojawiają.

Przed Ksinem, dowódca armii po raz kolejny stają nowe wyzwania. Wizyta oblubienicy króla u podejrzanej Hadeny pozwala wysunąć wniosek, że ktoś pragnie przeprowadzić zamach na życie króla posługując się jego własnym dzieckiem. W tym samym czasie nieodpowiedzialne zachowanie jednego z magów powoduje zachwianie granicy między poszczególnymi światami. Ksin wyrusza w podróż, aby znaleźć pośrednich sprawców tego zachwiania. Podczas swojej wyprawy natrafia na specyficzne osoby... najemnik, złodziejaszek, jeszcze nieprzemieniona strzyga, która aby klątwa nie zaczęła działać musi zaspokajać każdej nocy i każdego dnia jakiegoś mężczyznę. Kotołak musi rozwiązać zagadkę, aby powrócić do swojego kraju i zapobiec wielkiej wojnie, której Suminor nie ma możliwości wygrać. Ksin poznaje także nową miłość i staje przed wyborem: słuchać serca czy rozumu? A może i to, i to da się połączyć? To bez wątpienia będzie trudna decyzja!

Świat stworzony przez pana Konrada został przez niego dopracowany w każdym najdrobniejszym szczególe. Jest to świat inny niż nasz w bardzo wielu aspektach. Potwory Onego, czarownicy, królowie... to wszystko tworzy niezwykły klimat tej powieści. Świetne opisy powodują pojawianie się gęsiej skórki i trzeba przyznać, że ta powieść ma momentami w sobie coś z horroru. Ten klimat, aura tajemniczości i niebezpieczeństwa wiszącego w powietrzu... Ta niewiedza czy coś się wydarzy czy nie. Świetnie skonstruowana powieść pod względem świata przedstawionego oraz bohaterów. Ksin nie jest postacią wzbudzającą miłe emocje. To potwór i czasami zachowuje się jak na potwora przystało, zmierza jednak ku sprawiedliwości. To taki srogi, pewny siebie facet, ale dosyć sprawiedliwy. Za wierność nagradza, za wszelkie odchyły w tej wierności i przestrzeganiu prawa, każe. 

Konrad T. Lewandowski stworzył swój świat bardzo odważnie i bez zahamowań. Seks, brutalność? Dla niego nie ma ograniczeń. To taka prawdziwa książka fantasy, którą czyta się zaskakująco szybko, a przy czytaniu której niejednokrotnie można mieć ochotę odłożyć ją na bok... aby trochę odpocząć i na chwilę wyrwać się ze świata, który momentami swoją brutalnością poraża i odstręcza. Robi to jednak tylko w pewnych momentach. Przez większość czasu poziom brutalności jest wyważony. Podobnie ma się sprawa z seksem i gadkami o nim w sposób dosyć... hm... mało subtelny. Taka jest jednak cecha tej książki... brak zahamowań, odwaga i bardzo wyrazisty świat oraz jego bohaterowie. 

Fabuła tej części przygód Ksina jest bardzo żywa w zwroty akcji i nie ma w niej prawie żadnych zastojów. Od pierwszej strony akcja jest szybka, a sama książka przez to porywająca. Autor niejednokrotnie mnie zaskakiwał. Jestem pod naprawdę dużym wrażeniem, a musicie wiedzieć, ze fantasy zdecydowanie nie jest moim ulubionym gatunkiem. Mimo to książka Lewandowskiego potrafiła mnie prawdziwie porwać i wciągnąć do swojego świata... do tego stopnia, że nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła poznać dalsze losy kotołaka Ksina. Postaci specyficznej, ale przy tym niesamowicie intrygującej. Ja go po prostu lubię!

"Ksin. Sobowtór" to najkrótsza z obecnie dostępnych na rynku wydawniczych części serii o Ksinie. Najkrótsza, a w moim odczuciu także najlepsza. Najciekawsza, najbardziej porywająca. Konrad T. Lewandowski ma niezwykłą umiejętność budowania napięcia w świecie przez siebie stworzonym. Nie dość, że głowa autora jest pełna pomysłów to jeszcze potrafi je w odpowiedni sposób wykorzystać . A jak wiadomo to już nie zawsze jest takie proste. Nie mogę się doczekać kiedy na rynku wydawniczym pojawi się czwarta część sagi o Ksinie kotołaku. Jeśli jeszcze nie mieliście z nią "do czynienia", a lubicie tego typu książki to ja osobiście bez najmniejszego wahania mogę powiedzieć, (a nawet wykrzyczeć) głośne "Polecam!". Wartka, ciekawa, szybka akcja... zwroty akcji, świetni bohaterowie, odrobina humoru i brutalności - a to wszystko podane (prawie) zawsze w odpowiednich dawkach. 

Za możliwość zapoznania się z kolejną świetną częścią przygód Ksina serdecznie dziękuję Wydawnictwu Nasza Księgarnia!

grudnia 26, 2015

(423) Nasze niektóre decyzje niosą za sobą opłakane skutki... "Srebrne cienie"

(423) Nasze niektóre decyzje niosą za sobą opłakane skutki... "Srebrne cienie"
Tytuł: Srebrne cienie
Seria: Kroniki krwi (#5)
Autor: Richelle Mead
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Stron 368

"Obłęd jest takim brzydkim określeniem - powiedział głos w mojej głowie. Pomyśl o tym jak o nowym spojrzeniu na rzeczywistość." 

Richelle Mead, "Srebrne cienie"


"Srebrne cienie" to piąta część serii "Kroniki krwi", autorstwa autorki bestsellerowej serii "Akademia wampirów". "Akademia wampirów" była swego czasu serią, która ogromnie przypadła mi do gustu... to w niej zaczytywałam się nocami, to na nią wydawałam ostatnie pieniądze. O dziwo jednak choć wszystkie tomy mam na półce...  to jednak ostatniego tomu historii Rose i Dymitra nie poznałam, a jednak doszłam do momentu kiedy na drodze Rose staje Sydney. A kim jest Sydney? Oczywiście główną bohaterką serii "Kroniki krwi". Nie znam poprzednich tomów, a jednak podczas jej czytania czułam się dosyć swojsko... ze względu na pojawianie się bohaterów z poprzedniej serii stworzonej przez Mead. Ten sam świat, a jednak ujęty pod innym kątem, ze zwróceniem uwagi na inne aspekty. 

Sydney jest młodą alchemiczką, znajomą Rose. Alchemicy to ludzie odpowiedzialni za ukrywanie przed innymi istnienia wampirów. Obowiązuje ich przede wszystkim jedna, nienaruszalna zasada. Alchemicy nie mają prawa wchodzić w bliższe niż służbowe relacje z wampirami. Serce Sydney odmawia jej jednak posłuszeństwa i wiąże się z wampirem, Adrianem.  Sydney postanowiła podążyć za głosem swojego serca i intuicji... tym samym sprzeciwiając się zasadom wpajanym przez lata przez alchemików. Ludzi, którzy nie przyjmują żadnych odstępstw od swojego toku myślenia. Każdy kto zdecyduje się inaczej myśleć jest skazany na karę. Sydney została porwana i zamknięta w ściśle tajnym ośrodku, bez okien, bez dostępu światła, w ciemnościach. Po dwóch miesiącach postanawia przystać na warunki alchemików widząc w tym nadzieję na szybszy ratunek... bo, że ten nadejdzie nie wątpi. Dla głównej bohaterki zaczyna się trudna rozgrywka. W otoczeniu ludzi, który mnie wie czy może ufać, bo każdy chce przede wszystkim uratować siebie musi podjąć trudną walkę o swoją tożsamość oraz o prawdę na tema tego co czuła i robiła przez większość swojego życia. Tortury, intrygi i wiele innych będzie musiała znieść Sydney na drodze do upragnionej wolności. 

W tym czasie jej ukochany Adrian zmaga się z problemami w rodzinie i próbuje nieskutecznie nawiązać kontakt z Sydney. Przechodzi załamanie nerwowe, zawracanie jednej dziewczynie w głowie, wraca na dwór i  wprowadza krótko mówiąc dużo zamieszania. Na szczęście ma przyjaciół na których zawsze może liczyć. To oni są dla niego największą podporą, a dochodzi nawet do tego, że są zmuszeni myśleć za niego gdy ten nie jest w stanie wrócić do trzeźwości umysłu. Adrian powoli zaczyna tracić determinację i wiarę w to, że uda mu się wraz przyjaciółmi uwolnić ukochaną. 

"Srebrne cienie" to książka, którą choć nie czytałam poprzednich tomów tej akurat serii czytało mi się w miarę dobrze. Mam jednak wrażenie, że udało mi się to w dużej mierze za sprawą znajomości "Akademii wampirów". Bez dwóch zdań Richelle Mead rzuca nas od razu na głęboką wodę. Co nie ukrywam, że przez chwilę powoduje lekki wstrząs termiczny, który jednak szybko udaje się opanować. Kiedy czytelnikowi uda się już wczytać... sama książka staje się świetnym czytelniczym doświadczeniem. Rozluźniającym, intrygującym i przede wszystkim wciągającym. Historia Sydney pokazuje drugie oblicze świata stworzonego przez Richelle Mead. Oblicze nadal ciekawe i nadal w pewnych kwestiach... brutalne. W tej powieści obok sytuacji tragicznych pojawiają się także sytuacje komiczne. Tak. Richelle Mead cały czas wstrzykuje w swoje powieści odpowiednią dawkę humoru. Humoru, która w większości przypadków mi odpowiadał.

Postawy bohaterów stworzonych przez Richelle Mead są bardzo zróżnicowane. Raz wykazują się niezwykłą dojrzałością, a kiedy indziej zachowują się jak dzieciaki... Może to wynika z niemożności poradzenia sobie z sytuacją w jakiej się znaleźli? W każdym razie momentami przez takie swoje załamywanie są postaciami irytującymi. Tym bardziej, ze w innych sytuacjach odwaga aż z nich bije. Z jednej strony rozsądni, a z drugiej strony zaskakująco dziecinni.  Sama fabuła jest bardzo ciekawa i w miarę wyważona. Dlaczego "w miarę"? Pod koniec staje się bowiem coraz bardziej komiczna... i nieprawdopodobna. No i od tego momentu niestety podoba mi się odrobinę mniej. Na szczęście na ostatniej stronie wszystko wraca na swój właściwy tor i do normy.

Więc jakie są te "Srebrne cienie"? Nierówne, intrygujące, wciągające... To książka mająca niesamowicie mocne, ale także bardzo słabe punkty. Idąc za tym tokiem rozumowania w rezultacie najnowsza książka Mead wydana w Polsce okazuje się książką dobrą z naprawdę dobrymi punktami. To oczywiście pozycja obowiązkowa dla fanów serii "Kroniki krwi", ale czy niezbędna dla fanów "Akademia wampirów"? To już zależy od tego jak bardzo się tym fanem jest. Z "Kronik krwi" możemy dowiedzieć się skrawków z tego co dzieje się po zakończeniu akcji "Akademii wampirów", są to jednak informacje naprawdę umieszczone na drugim planie. Czytanie "Srebrnych cieni" było dla mnie miłym, rozluźniającym doświadczeniem... jednak nierzucającym mnie na kolana. Przez to mam wrażenie, że to książka odpowiednia dla największych i najbardziej oddanych fanów tej serii. Bowiem w moim odczuciu "Akademia wampirów" to jednak seria lepsza. Nie mniej... jestem ciekawa jak potoczą się dalsze losy Sydney i Adriana.

Za możliwość zapoznania się z kolejną książką Richelle Mead serdecznie dziękuję Wydawnictwu Nasza Księgarnia!

grudnia 23, 2015

(421) Nauka przez kreatywność... czyli "Rok w lesie"

(421) Nauka przez kreatywność... czyli "Rok w lesie"
Tytuł: Rok w lesie
Autor: Emilia Dziubak
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Stron 28

"Muchy

Zupełnie nie pojmujemy, czemu nikt nas nie lubi. Macie niepotrzebną kanapkę, śliwkę lub ciastko? Chętnie się nimi zaopiekujemy."

Emilia Dziubak, "Rok w lesie"

Zdecydowanie ostatnio nastawiłam się na zapoznawanie z literaturą dziecięcą i pozycjami skierowanymi bezpośrednio do dzieci, także tych edukacyjnych. Z literatury był "Ignatek szuka przyjaciela". Z tej drugiej grupy (tj. edukacyjnej) w moje ręce wpadła pozycja "Rok w lesie", która zachwyciła mnie oraz zaciekawiła odkąd tylko zobaczyłam jej okładkę. Potem było tylko lepiej. "Rok w lesie" to prawie w stu procentach książka bez słów. To obraz jest bowiem jej najważniejszym elementem - elementem bardzo dopracowanym.

"Rok w lesie" Emilii Dziubak to pozycja składająca się z dwunastu rozkładówek miesięcy (każda na jeden miesiąc) oraz dwóch dodatkowych. Pierwsza z nich to krótka charakterystyka zwierząt, które dziecko (oraz dorosły) może ujrzeć w lesie p. Dziubak. Charakterystyka oczywiście z jednej strony rzetelna, a z drugiej dosyć żartobliwa. Przykład takiej charakterystyki przedstawiłam akurat na przykładzie muchy, jednak w książce Emilii Dziubak można dojrzeć mnóstwo innych zwierząt: łosie, bobry, bażanty, słowiki, rysie i wieeele innych. Druga dodatkowa rozkładówka to labirynt dla dzieci. Oczywiście zadanie polega na tym, aby dziecko doprowadziło jedno zwierzątko do drugiego... lub do jedzenia którym się pożywia.

Kartki z powieści Emilii Dziubak zostały wydane w postaci tekturowych, twardych stron. Stąd też prezentuje się okazale i bardzo solidnie. A i zawartość jest piękna! Każdy miesiąc jest przedstawiony pod względem tego co dzieje się w tym czasie w lesie bardzo szczegółowo. Są to jednak oczywiście rzeczy dosyć umowne. Widać to idealnie na miesiącu "grudzień", gdzie cały las jest spowity śniegiem. A jak większość z nas widzi za oknem tegoroczny grudzień tak nie wygląda, ale... jeszcze w końcu wszystko przed nami.

(zdjęcie robione wieczorem, przy słabym oświetleniu - wybaczcie jakość)

"Rok w lesie" ma za zadanie pobudzić wyobraźnię i spostrzegawczość dziecka. Autorka niczego nie podaje odbiorcy "na tacy".  Kontakt z tą pozycją może być dla dziecka bez wątpienia wspaniałą zabawą. To poznawanie tajników lasu w kolejnych miesiącach od podszewki. Dziecko może poznawać las i jego mieszkańców oraz co najważniejsze... ich zwyczaje. Dla człowieka dorosłego może się to wydawać bardzo oczywiste. A jednak dla młodego, małego człowieczka las i zwierzęta w nim mieszkające są zjawiskiem magicznym. Dzięki publikacji Emilii Dziubak las może się stać miejscem jeszcze cudowniejszym. W dodatku to jedna z tych książek nad którymi można siedzieć godzinami, poznając wszystkie zakamarki jej ślicznych ilustracji. Mądra, piękna i poruszająca wyobraźnię - polecam! Zdobędzie serce niejednego czytelnika podczas ciekawych wędrówkach po jej stronnicach... 


Za możliwość zapoznania się z tą pozycją serdecznie dziękuję Wydawnictwu Nasza Księgarnia!

grudnia 20, 2015

(420) Kilka słów o pięknej książeczce dla dzieci... pt.: "Ignatek szuka przyjaciela"

(420) Kilka słów o pięknej książeczce dla dzieci... pt.: "Ignatek szuka przyjaciela"
Tytuł: Ignatek szuka przyjaciela
Autor tekstu i ilustracji: Paweł Pawlak
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Stron 40

"Rozmawiali bez końca o wielkich sekretach, marzeniach i innych bardzo ważnych rzeczach." 

Paweł Pawlak, "Ignatek szuka przyjaciela" 

Widzicie tego smutnego kościotrupka spoglądającego z okładki? To Ignatek. Ignatek jest smutny, ponieważ zgubił ząb. Dla Was może to i głupstwo, ale dla niego? To koniec świata! Małemu, brzydkiemu szkieletowi jak sam mówi trudno znaleźć przyjaciela... a co dopiero bez jednego zęba! Wtedy to już się chyba zupełnie okropnie wygląda. Ale, ale... Ignatek zauważył pewną dziewczynkę zakopującą ząb... z nadzieję, że dzięki temu spełni się jej marzenie. A jakie jest marzenie tej małej, rudej dziewczynki? Pragnie znaleźć tak samo jak Ignatek przyjaciela. Godzi się jednak oddać ząbek Ignatkowi, ponieważ i ona uważa, że wygląda... naprawdę okropnie. Zrobi to jednak tylko pod jednym warunkiem. Jeśli ten pomoże jej znaleźć przyjaciela. Ignatek się zgadza i spędzają z dziewczynką caaaaały dzień pokazując sobie to co pokazaliby swojemu przyjacielowi, gdyby takiego mieli. Potem jednak muszą się rozstać... ale... Jak się pewnie domyślacie z ostatniej strony tej krótkiej i pięknej książeczki spogląda już na nas nie smutny, ale uśmiechnięty od ucha do ucha Ignatek... nadal bez jednego ząbka.

Uwielbiam piękne i mądre książeczki skierowane dla tych najmłodszych czytelników. Za lekturę książeczki Pawła Pawlaka "Ignatek szuka przyjaciela" zabrałam się kiedy tylko odebrałam od listonosza przesyłkę. Od tego czasu przeczytałam ją niejednokrotnie, a zapewniam Was, że mam więcej niż 5, 10 lat. Doszło nawet do tego, że kiedy przyszła do mnie przyjaciółka nie mogłam się powstrzymać i po prostu musiałam pokazać jej tą pozycję. W dodatku historia Ignatka zachwyca mnie za każdym razem w tak samo dużym stopniu. Piękne ilustracje, esencja przyjaźni w bardzo dostępnej i miłej formie dla dzieci. 


Ilustracja powyżej to tylko jedna z wielu znajdujących się w tej książeczce i w dodatku ilustracja wyróżniająca się. Większość jest bowiem stworzona na zasadzie kontrastu ciemne (Ignatek) - jasne (dziewczynka). Jak widzicie ilustracje są naprawdę ładne, a samo wydanie tej książeczki niesamowicie porządne. Grube kartki, wyraźne ilustracje, dosyć dużo druk. Z tym drukiem to jednak jest tak, że jest go bardzo... niewiele. Mniej niż trzysta słów. Trzysta niezwykle bogatych słów. Ta króciutka historia (idealna do przeczytania dziecku przed snem) mówi pięknie o przyjaźni dla której nie liczy się czy ktoś jest ładny czy brzydki. W dodatku szczęśliwe chwile przychodzą do nas także wtedy, kiedy jesteśmy bardzo, ale to bardzo smutni. 

A skąd ten kontrast? Mała dziewczyna wchodzi w ciemny świat Ignatka lub zabiera go do swojego, jasnego. Oboje nie boją się swojej odmienności, ponieważ uczą się, że bycie innym, brzydszym nie jest niczym złym, ponieważ liczy się to co mamy w sercu i co mamy do zaoferowania drugiej osobie. W końcu przyjaźni pragnie i na przyjaźń zasługuje każdy... nawet mały kościotrup. Tego wszystkiego jednak młody czytelnik musi się domyślić sam, autor nie podaje nam takiego na tacy.

Pozycja Pawła Pawlaka pt.: "Ignatek szuka przyjaciela" to mimo smutnej i dosyć pesymistycznej okładki to książeczka niezwykle pozytywna i piękna, która ujęła mnie za serce i za to serce chwyta w dalszym ciągu. Prosta, ale przemawiająca nawet do najmłodszych odbiorców. Bez wątpienia przypadnie do gustu najmłodszych książkoholikom (a także tym, którzy jeszcze nimi nie zostali). Choć obranie za bohatera postaci mało optymistycznej - (wszyscy dobrze wiemy, że kościotrupy budzą w strach dzieciach) było dosyć ryzykownym posunięciem to jednak pan Pawlak stworzył z Ignatka postać tak ciepłą i sympatyczną, że po prostu nie da się jej nie lubić... a co dopiero jej się bać! Mądra książka dla dzieci o wychodzeniu poza schematy, o akceptacji i przyjaźni na którą zasługują wszyscy. Historia idealna dla dzieci, które boją się wyjść do rówieśników i nie tylko. W dodatku przedstawiona w naprawdę pięknej formie: twarda okładka, śliczne ilustracje... ta historia na długo pozostaje w sercu. Może warto sprezentować ją pociechom nas otaczających? 

Za możliwość zapoznania się z historią sympatycznego Ignatka serdecznie dziękuję Wydawnictwu Nasza Księgarnia!

października 20, 2015

(399) Znów nadejdzie świt

(399) Znów nadejdzie świt
Tytuł: Znów nadejdzie świt
Autor: Anna J. Szepielak
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Stron 478

"Każda przeszłość ma sekrety, które lepiej zostawić w spokoju. bo już niczego nie zmienią, a mogą namieszać." 

Anna J. Szepielak, "Znów nadejdzie świt"

Jednym z największych szczęść Książkoholików jest sięgniecie po naprawdę dobrą literaturę. To jednak nie zawsze ma okazję się stać podczas czytania utworów współczesnych polskich pisarzy co bywa odrobinę... deprymujące. Na szczęście ja należę do tej grupy szczęśliwców, którzy sobie upatrzyli naprawdę dobrą polską literaturę. W tej kategorii u mnie faworytem jest twórczość Anny J. Szepielak. "Znów nadejdzie świt" to po "Wspomnieniach w kolorze sepii" moje drugie spotkanie z jej twórczością. Jeszcze bardziej udane, interesujące, absorbujące i zaskakujące. Tą powieścią autorka tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że po jej książki naprawdę warto sięgać i tym samym wskoczyła na listę moich ulubionych pisarzy. "Znów nadejdzie świt" to powieść wielopokoleniowa z początku przenosząca nas do drugiej połowy XIX wieku... jednak na końcu spotkamy się w 2014 roku. 

Karolina jako sześcioletnia dziewczynka została osierocona. Ta mieszkanka Galicji Zachodniej jest osóbką dosyć skrytą. Trwa wiernie przy swoim mężu Jędrzeju będąc dla niego nieocenioną podporą i wsparciem. Czas, który spędziła na pobliskim dworze rzucił się cieniem na jej życie. Teraz, brzemienna ma nadzieję wreszcie doznać spokoju i wieść zwyczajne życie u boku najbliższych sobie osób. To jednak okazuje się marzeniem trudnym do spełnienia... ta silna młoda kobieta - dzisiaj i jutro będzie musiało pokonać niejedną wyboistą drogę. Jednak bezwarunkowa miłość i wsparcie z niej wynikające potrafi pokonać naprawdę wiele przeszkód... nawet tych największych. 

Ponad sto lat później toczy się historia Elwiry, dalekiej potomkini Karoliny, Elwira jest młodą kobietą spodziewającą się dziecka i raczej nie jest zainteresowana historią swojej chłopskiej rodziny. Zmienia się to jednak odrobinę pod wpływem jej przyjaciółki Joanny, która sama od pewnego czasu zaczęła się żywo interesować genealogią swojej rodziny. Elwira jednak żyje tym co teraz i nigdy tak na poważnie nie przysłuchiwała się opowieściom swojej prababki Basi. Co okazuje się być w pewnym momencie błędem, ponieważ historia sprzed 150 lat rzuca się cieniem także na jej teraźniejszość, którą tak sobie ceni. Mawia się, że "historia kołem się toczy". Historia Elwiry jest tego najlepszym przykładem. Ta młoda, żywiołowa kobieta będzie musiała stanąć przed wyborami podobnymi do wyborów, które musiały podejmować jej babki. 

Na pierwszym miejscu pragnę zaznaczyć bardzo ważną rzecz... Choć "Znów nadejdzie świt" jest częścią cyklu to jednak każda książka wchodząca w jego skład tworzy odrębną historią... oczywiście z małymi nawiązaniami do poprzednich części. Myślę jednak, że poznanie całego cyklu jest prawdziwą frajdą. Mimo, że wiąże się z pewnym niebezpieczeństwem. Cykl Anny J. Szepielak bardzo wyraźnie pokazuje jak ważne i jak ogromnie ciekawym oraz wzbogacającym doświadczeniem jest znanie historii swojej rodziny - najlepiej kilka pokoleń wstecz, a jak wiadomo nie zawsze dostatecznie dobrze znamy historię swoich rodziców, a co dopiero babek, prababek, praprababek itd... itd. Pani Szepielak swoimi książkami niesamowicie pobudza ciekawość dotyczącą losów naszych przodków, zachęca do poszukiwań i pokazuje, że każde pokolenie ma jakieś swoje tajemnice i historie warte bez wątpienia uwagi. 

Przyznaję, że podczas zapoznawania się z pierwszymi stronami tej powieści byłam w szoku. Miałam bowiem przyjemność zapoznać się z powieścią "Wspomnienia w kolorze sepii" i w tamtym utworze większość wydarzeń rozgrywała się w teraźniejszości. Tu sytuacja wygląda zupełnie na odwrót, bo jednak losy Karoliny oraz jej dzieci są tu opisane najobszerniej, a losy Elwiry (jako dorosłej kobiety) zajmują zaledwie 1/4 tej powieści co nie było dla mnie żadnym minusem. Pani Anna w swojej książce przedstawia losy chłopskiej rodziny, która skrywa pewną tajemnicę. Nie ma tu miejsc na gorące romanse, wielkie uniesienia tylko prawdziwe realia życia w latach osiemdziesiątych XIX wieku pod zaborami. Następnie poznajemy dalsze losy rodziny na początku XX wieku oraz w okresie I wojny światowej - nie ma tu jednak jej wyraźnego obrazu, bowiem akcja toczy się na wsi i to życie tych zwykłych chłopów jest tym elementem najważniejszym. Następnie autorka przenosi nas w czasy komunizmu - jedzenie na kartki, kombinowanie szklanek na komunię, radość z Fiata, żeby potem przerzucić nas do 2014 roku, którego ważnym elementem jest konflikt na Ukrainie. Przez to ta powieść stała się dla mnie niesamowicie realna i bliska. Tak jakby rzeczywiście teraz w uroczej miejscowości nad Czarnym Potokiem mieszkała Elwira wywodząca się z chłopskiej rodziny skrywającej niejedną tajemnicę. 

Właśnie w tych zmianach czasu akcji widać geniusz (tak!) pisarski pani Szepielak. Niesamowity i niebanalny język dostosowany do ram czasowych w których umiejscawiania akcję swojej powieści. Świetne wniknięcie w mentalność ludzi na przestrzeni lat, rzetelne oddanie realiów czasów. To wszystko spowodowało, że czas spędzony przy powieści "Znów nadejdzie świt" był prawdziwą ucztą literacką. I choć "Wspomnienia w kolorze sepii" baaardzo mi się podobały to jednak tą powieścią autorka bije poprzednią na głowę. Uważam za wielką sztukę stworzyć naprawdę piękną i ciekawą powieść bez wielkich zwrotów akcji, romansów i afer. Pani Annie J. Szepielak to się udało. Stworzyła silne, mądre bohaterki i ujęła mnie swoją powieścią, jej klimatem. Myślę, że jeśli przeczytałabym Wam fragment tej powieści bez problemu moglibyście osadzić akcję w pewnych ramach czasowych. I oczywiście - może nie ma w tym nic niezwykłego, kiedy czas w książce pojawia się jeden. Jednak w tej powieści jest ich minimum trzy. Ale i takie cuda pani Szepielak potrafi ze swoim piórem wyrabiać. Inny tok myślenia bohaterów... świetnie widać zmiany zachodzące w ludziach i ich wychowaniu. Pani Szepielak zaczarowała zwyczajne życie. 

"Znów nadejdzie świt" to powieść słodko - gorzka. W jej fabule znajdziemy miejsce na miłość, szczęście, niekiedy sielankę, ale także na cierpienie i różne tragedie. Ot, zwykłe ludzkie życie. Jest w niej zawarte tyle treści, że jestem pod wrażeniem stosunkowo małej ilości stron z której jest złożona. Jednak nie o stronach tej powieści zamierzam mówić / pisać, a o tym, że autorka pobudza nas do bycia czytelnikiem czynnym, a nie tylko biernym. Widzicie.,. w tej powieści jest ukryta niejedna tajemnica, a jednak autorka postanowiła nie przedstawiać nam wszystkiego czarno na białym. Muszę przyznać, że było to ze strony autorki posunięcie bez wątpienia przebiegłe, które bardzo zaangażowało mnie w lekturę tej książki i dawało niemałą satysfakcję, kiedy udało mi się połączyć niektóre fakty w całość. W dodatku "Znów nadejdzie świt" to jedna z tych książek o których mogłabym pisać i pisać... Chyba już tylko jednak wystarczy dodać, że to dzieło naprawdę świetne i gdybym stosowała skalę w ocenianiu to bez wątpienia i bez najmniejszego wahania dostałaby ode mnie 10/10! Za to rumieńce podczas lektury, intrygującą fabułę, przejęcie losami bohaterów, genialny, plastyczny język i za możliwość oderwania od świata. POLECAM!

Za możliwość poznanie GENIALNEJ powieści pani Szepielak serdecznie dziękuję Wydawnictwu Nasza Księgarnia!