Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty

lipca 24, 2020

(720) Wyjątkowy rok

(720) Wyjątkowy rok
Tytuł: Wyjątkowy rok
Autor: Thomas Montasser
Wydawnictwo Świat Książki
Stron 152

"Wyjątkowy rok" to powieść, na którą czaiłam się, odkąd tylko pojawiła się w zapowiedziach, czyli już od 2016 roku, jednak cały czas jakoś nie było nam po drodze. W późniejszych latach niejednokrotnie przerzucałam ją w biedronkowo - kauflandowo - carrefourowych koszach z tanią książką, za niecałe 10 złotych, ale jakoś... mimo ogromnej chęci, żeby ją przeczytać - nie skusiłam się na jej zakup. Argumentowałam to tym, że to na pewno urocza i wspaniała historia, ale bardzo krótka... więc niewarta 10 złotych. Gdy w zeszłym tygodniu dorwałam ją jednak za 2 złote w antykwariacie... no oprzeć już się nie mogłam. Może to i dobrze. Moje literackie spotkanie z powieścią Montassera pokazuje jak bardzo nasze oczekiwania mogą być sprzeczne z rzeczywistością, jak niesamowitą moc ma promowanie książki w ramach współpracy blogerskiej (wśród blogowych ocen mówi się o nich w samych superlatywach!) i, że nie zawsze nasze opinie będą pokrywały się z głosem tłumu. W powieści Montassera wyjątkowość występuje jednak tylko jako jedno ze słów pojawiających się w tytule. 

Przez ostatnie 10 lat przeczytałam mnóstwo wspaniałych książek, które pokazały mi jak literackie światy mogą być rozbudowane, wspaniałe, wzbogacające. Gdy miałam 11 lat wymyśliłam tytuł tej strony: "Książki - inna rzeczywistość", ponieważ już wtedy... jako jedenastoletnia dziewczynka uznałam, że książki przenoszą nas do innego świata, pozwalają przeżyć inne zdarzenia, zobaczyć miejsca, które być może będą dla nas niedostępne w prawdziwym życiu, poznać ludzi, charaktery, sposoby myślenia i podejścia do życia, z którymi nie zawsze będziemy się utożsamiać. Być może dlatego cytaty z "Wyjątkowego roku"... 

"Odkrywanie książki to swobodne unoszenie się nad koniecznościami codzienności, wyrwanie się z tu i teraz i przeniesienie w jakiś inny czas i inne miejsce."

"O tak, literatura może człowieka wciągnąć i całkowicie pochłonąć jego uwagę. Może go przenieść w inne światy i uwolnić od ciężaru codzienności na tyle, że bez reszty się w niej zanurzy. "

... stanowią dla mnie truizmy i banały. Nie sprawiają, że "Wyjątkowy rok" odbiorem jako wyznanie miłości do literatury i pięknych książek. Największym wyrazem miłości do literatury jest napisanie dobrej książki - "Wyjątkowy rok" się do takich nie zalicza. 

Ale zacznijmy od fabuły... 

Valerie niedawno zrobiła licencjat z ekonomii. Jej ciotka zaginęła bez śladu - zostawiła jedynie kartkę z prośbą o to, by bratanica zaopiekowała się staroświecką księgarnią. Valerie z początku zamierza jak najszybciej uporządkować wszystkie sprawy związane ze sklepem i doprowadzić do jego likwidacji. Książki znajdujące się w sklepie zaczynają ją jednak zaskakiwać... a herbata zaparzona w samowarze uwodzi ją swoim smakiem. 

I to by było tyle, jeśli chodzi o fabułę tej powieści. I tak moje bardzo krótkie streszczenie wydaje się być bogatsze od treści tej książki. Wiele jest krótkich książek, które jednak uwodzą i oczarowują czytelnika. Ta jednak zdecydowanie do takich nie należy - nudna, przewidywalna, bez akcji, zarysowanych wyraziście bohaterów... podczas czytania miałam wrażenie, że czytam szkic książki, która miała potencjał. Szkoda tylko, że doszło do wydania szkicu, a nie pełnowymiarowej powieści - z ciekawymi wydarzeniami, rozwiniętymi wątkami, barwnymi bohaterami. Pojawia się wątek miłosny, jakiś aspekt przyjaźni, niedokończonej książki, ekscentrycznej ciotki... pojawiają się... jak ziarenka maku. Prawie niewidoczne. 

Thomas Montasser jest dziennikarzem i agentem literackim... niestety aż strach pomyśleć za wydanie jakich książek odpowiadał. Niestety w tym przypadku pod piękną okładką skrywa się bardzo nieciekawa, nudna historia do połknięcia w jeden wieczór - oczywiście... jeśli lubicie mdłe historie, w których znajdziecie parę ckliwych cytatów odnośnie istoty książki / literatury - ta książka może Wam przypaść do gustu. To nie jest powieść, która bardzo męczy - to po prostu pozycja, która literacko daje tyle co lektura ogłoszeń zamieszczonych w gazecie. Olbrzymie czytelnicze rozczarowanie - autor starał się stworzyć klimatyczną, ciekawą powieść, której akcja rozgrywałaby się w starej księgarni z dobrą literaturą, ale zdecydowanie zbyt wiele rzeczy po drodze mu nie wyszło. Warto pamiętać, że nie każda książka o książkach to od razu dobra powieść. "Wyjątkowy rok" to strata czasu i pieniędzy. Nie polecam.

Moja ocena: 2/10

stycznia 24, 2018

(681) Literackie impresje #1

(681) Literackie impresje #1

Literackie impresje to cykl postów, w którym będę opowiadała Wam o książkach, pozycjach przeczytanych - niezrecenzowanych. Będą to zawsze tzw. pozycje "z półki". Dlaczego niezrecenzowane? Czytam zawsze, jednak nie zawsze udzielam się aktywnie w świecie recenzenckim. W czasie choroby, wakacji... Te pozycje przeczytane nawarstwiają się, jednak nie zawsze mogą doczekać się recenzji. Nie mniej - pozostają na półkach i w sercu - zajmują miejsce lepsze lub gorsze, ale są. Tworzą mój czytelniczy świat, książkową rzeczywistość, a przecież właśnie o tym jest strona "Książki - inna rzeczywistość". 

"Carrie", "Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek" oraz "I była miłość w gettcie" przeczytałam w lipcu 2017 roku. Gdzieś z tyłu głowy zawsze pozostawała myśl, żeby o nich napisać..., ale zawsze brakowało czasu. Po tak długim czasie nie potrafię... i chyba nawet nie chcę podejmować się pisania ich standardowej recenzji, ale chcę wspomnieć o nich kilka słów. Tym bardziej, że to tak naprawdę czas rewiduje to jak dobra była dana książka, jak bardzo zapadła nam w pamięć.

Tytuł: I była miłość w gettcie
Autor: Marek Edelman & Paula Sawicka
Wydawnictwo Czarne
Stron 184

Opis wydawcy:

„Życie tam, w getcie, w pojedynkę było niemożliwe. Bez tego nie można było przeżyć i zostać człowiekiem. Zawsze trzeba było mieć kogoś do pary w tym sensie, że trzeba było mieć przy sobie drugiego człowieka, który myśli tak samo, który jest w ciebie tak samo wciągnięty, jak ty w niego. Dla którego zrobisz wszystko, a on dla ciebie. I to jest miłość” – pisał Marek Edelman, jeden z dowódców powstania w getcie warszawskim. W rozmowie z Paulą Sawicką przywołuje najintymniejsze chwile z życia swoich przyjaciół, znajomych, niekiedy zupełnie obcych ludzi. Wypływa z nich uniwersalne przesłanie: to uczucie pokonuje wszystko, pozwala na szczęście, wyzwala od strachu, także przed śmiercią. 

I była miłość w getcie, historia opowiedziana prosto i bez patosu, w przejmujący sposób dotyka jądra człowieczeństwa.

Moja krótka opinia: 
"I była miłość w gettcie" to książka, która dawno temu trafiła w moje ręce w antykwariacie. Wiedząc od mojej mamy, że Edelman to człowiek, z którym wywiady warto czytać - kupiłam ją bez zastanowienia - tym bardziej, że kosztowała zaledwie złotówkę. Chyba każdy z nas przeżywał w swoim życiu etapy zafascynowania holokaustem - historiami tych ludzi. Dla mnie ten etap w momencie, kiedy książka Edelmana trafiła w moje ręce... już dawno przeminął, ale i tak... byłam  jej ogromnie ciekawa. Przygotowując się do wakacyjnego wyjazdu - wiedziałam, że chcę zabrać książki różnorodne i w miarę krótkie. Książka Edelmana jako krótka wpisała się w ten plan i zamiar idealnie. 

Mam wielki szacunek do wszelkich wspomnień wojennych, ale ten szacunek nie przeszkadza mi w wydawaniu własnych, ogromnie subiektywnych opinii na temat literatury. Więc nie zamierzam zachwalać tej książki jedynie dlatego, że opowiada o ludzkich tragediach... 

"I była miłość w gettcie" to bez wątpienia napisana ciekawie i bardzo prosto historia, która pokazuje, że nic nie jest czarno - białe, a i zachowanie Polaków wobec Żydów nie zawsze wyglądało tak jak powinno. Zainteresował mnie szczególnie wątek niemożności zgrania się żydowskich i polskich oddziałów powstańczych podczas powstania warszawskiego. O tym się nie mówi, a książka Edelmana pokazuje, że jest o czym. Podczas kolejnych rocznic powstania warszawskiego mówimy o nastrojach powstańców, mieszkańców Warszawy, ale nie wspominamy o podziałach wyznaniowych... i wzajemnej niechęci. Wśród pozytywnej narracji wychwalającej Polaków, którzy ratowali Żydów - zapomina się o tym, że niektórzy Polacy działali na niekorzyść wyznawców judaizmu. 

Przyznam, że miałam o tej książce przed jej lekturą zupełnie inne wyobrażenie - oczekiwałam poruszającej historii o miłości wśród rodziny, przyjaciół, ukochanych. Nie wiem jak scharakteryzować tę książkę, ponieważ jest w niej kilka słów o życiu w gettcie, trochę o powstaniu, ludziach, których znał Edelman, kilka mniej lub bardziej przejmujących historii, opis getta. Gdzieś miłość w tej książce została zatracona, a skupiona została raczej na działalności Edelmana i jego znajomych w tajnych organizacjach, działaniach powstańczych... historii pokazujących miłość - jest tyle co kot napłakał. Jednak i je trzeba docenić... matka oddająca "numerek życia" córce, nauczycielka idąca ze swoimi uczniami na śmierć - to piękne wzorce i postawy o których warto pamiętać. 

Książkę Edelmana czyta się ekspresowo - jest bardzo krótka. To ciekawe i ważne świadectwo holokaustu i powstania warszawskiego, ale nie wyróżnia się w żaden sposób na tle innych książek poruszających ten temat. W dodatku - od takiej literatury oczekują przede wszystkim emocji... tu mi ich zabrakło. Może wynika to nie tyle z dystansu autora - co ze stylu wypowiedzi. 

Moja ocena: 6+/10

Tytuł: Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek
Autor: Mary Ann Shaffer & Annie Barrows
Wydawnictwo Świat Książki
Stron 256

Opis wydawcy: 
Niezwykła historia o ludzkich uczuciach i książkach, które pomagają znieść rzeczy niemożliwe do zniesienia. 

Jest rok 1946. Juliet, młoda pisarka, objeżdża zniszczoną Anglię, promując swą książkę i szukając tematu do następnej. Przypadkiem dowiaduje się o małej wyspie Guernsey, na której istnieje dziwne Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek. Powołali je podczas wojny rolnicy i gospodynie, by uratować kilka osób przed aresztowaniem. Ale jak się ma literatura do placka z obierek? Zaciekawiona Juliet odwiedza Guernsey. Urzeczona przyrodą, ciszą a przede wszystkim serdecznością ludzi, postanawia osiąść na wyspie. Znajduje tu nie tylko kopalnię tematów, ale także miłość.

Moja krótka opinia: 
Czytałam ją w upalny dzień na plaży... i zakochałam się w niej. To niezwykle ciepła, urocza, pozytywna i podnosząca na duchu powieść, która opowiada o miłości do literatury, chęci do życia, dobroci i niezwykłej przyjaźni. "Stworzyszenie Miłośników..." to książka stanowiąca wspaniały opatrunek na obolałe serce, napisana z humorem i polotem, ale także dużą dozą powagi i szacunku, ponieważ akcja dotyczy okresu po II wojnie światowej, a także jej samej. Nie musi Was jednak odstraszać w żaden sposób jej umiejscowienie w czasie. Tak naprawdę przez większość akcji jej fabuła rozgrywa się na jednej z wysepek, wśród ludzi pełnych dobroci i życzliwości... i zamienia się w piękną, uniwersalną baśń niezanurzoną w czasoprzestrzeni.

To przepiękna powieść epistolarna, która przywraca wiarę w ludzi i opowiada pięknie o wojnie... Wzrusza, a jednocześnie krzepi. Przytoczone w tej fabularnej opowieści przez autorki fakty dotyczące okupacji Wysp Normadzkich (niekiedy druzgoczące, często bolesne), wzbudzają łzy - zawsze wywołują emocje, ale bohaterowie tej powieści mają sposób na odczarowanie tych pokładów zła, nienawiści i bólu - zanurzają się w przyjaźni, którą się darzą, miłością, którą chcą obdarować innych... i klasycznej literaturze, która okazuje się być remedium na całe zło. 

"Stowarzyszenie..." to także urocza, ale nieprzesłodzona opowieść miłosna. Jej bohaterowie są barwni, to postacie nieegoistyczni, prawdziwe, zmagające się z różnymi lękami, ale jednocześnie posiadający nadzieję i wiarę w lepsze jutro... To książka przed którym czytaniem nie wzdragają się nawet mężczyźni. Rozgrzewa zatwardziałe serducha, a jednocześnie równie często jak wzruszenie... wywołuje na twarzy uśmiech. Naprawdę niesamowita, lekka, a przy tym tak inteligentna i poruszająca pozycja. Wrócę do niej z pewnością! 

PS. Już w kwietniu w kinach pojawi się film na podstawie tej powieści - Guernsey. :)

Moja ocena: 10/10 (w kategorii książek lekkich i przyjemnych :))) 

Tytuł: Carrie
Autor: Stephen King
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Stron 208

Carrie White jest inna niż jej rówieśnicy. Nie chodzi na prywatki, nie interesują się nią chłopcy, stanowi obiekt kpin i docinków. Matka – religijna fanatyczka – za wszelką cenę usiłuje uchronić ją przed grzechem. Pewnego razu Carrie się jednak buntuje i idzie na szkolny bal. Gdy tam pada ofiarą okrutnego żartu, rozpętuje się piekło... dziewczyna jest telekinetką o olbrzymiej mocy, której postanawia użyć, by zemścić się na prześladowcach. Ci, którzy ją dręczyli, gorzko tego pożałują.

Moja krótka opinia: 
To moje pierwsze spotkanie z prozą King, do którego doszło, ponieważ byłam swego czasu zafascynowana ekranizacją tej pozycji. Ciekawe i udane. Bardzo delikatna i lekka literatura grozy - bardzo ciekawie napisana (została wzbogacona wycinkami z gazet, relacjami świadków, fragmentami książek za sprawą których poznajemy historię Carrie) oraz posiadająca - moim zdaniem - wymiar ważny przede wszystkim społecznie. To świetna powieść psychologiczna, ponieważ Carrie, która posiadając moc telekinezy doprowadza do zagłady i śmierci wielu osób... była po prostu zagubioną nastolatką, wychowywaną przez ortodoksyjną matkę. Pragnęła czuć się kochana, a była odrzucana i szykanowana - zarówno przez rówieśników jak i matkę. To inni doprowadzili w pewnym sensie do przemiany Carrie i zła, które uczyniła... 

Znałam film, więc fabuła nie była dla mnie zaskoczeniem (zresztą nie będzie nawet dla czytelnika znającego tą historię, ponieważ autor troszkę wyprzedza główne wydarzenia...), ale i tak poznawałam tę historię z wypiekami na twarzy! Krótka,  niezwykle treściwa i wciągająca powieść. King nadał jej pewne cechy autentyczności... i odwalił kawał świetnej roboty. To powieść o braku akceptacji, zagubionej nastolatce, paskudnej młodzieży, która potrafi zmienić życie drugiego człowieka w piekło....Tym razem jednak źle wybrali, bowiem Carrie potrafiła zamienić w piekło także ich życie. Niezmiennie (zarówno w filmie jak i książce) zachwyca mnie postać Sue, dynamicznej bohaterki, która potrafi przyznać się do błędu, darzyć współczuciem Carrie... 

King w swojej debiutanckiej powieści zachwyca i tworzy coś zapadającego w pamięć. Po "Carrie" jestem już pewna, że chcę poznać inne książki Kinga. Oczywiście - ta powieść nie wciska ze strachu w fotel, jej fenomen polega na czymś zupełnie innym niż uczucie grozy - jednak i tego mi w niej nie brakowało. Świetnie napisana, mądra, genialnie przez autora przemyślana. i naprawdę poruszająca historia o tym jak podli, a zarazem krusi potrafimy być. 

Moja ocena: 8/10

kwietnia 09, 2015

(349) Tam, gdzie nie czuć już lęku

(349) Tam, gdzie nie czuć już lęku
Tytuł: Tam, gdzie nie czuć już lęku
Autor: Monika Held
Wydawnictwo Świat Książki
Stron 304

„Gdzie tkwi haczyk? Jąka się, utyka, ma sto lat?
Czterdzieści pięć i jest chorowity.
A gdzie haczyk?
Był w Auschwitz”
Monika Held, „Tam, gdzie nie czuć już lęku”

Bardzo sporadycznie zdarza się, żebym po przeczytaniu jakiejś książki miała najzwyczajniejszego w świecie czytelniczego kaca. Bardzo rzadko zdarza się, żebym po przeczytaniu jakiejś książki nie była w stanie przeczytać ani jednej strony innej książki. Bardzo rzadko zdarza się, żebym miała awersję do książek. Bardzo rzadko zdarza się, żeby przeczytanie bardzo dobrej książki spowodowało, że nie będę w stanie sięgnąć po żadną inną przez dwa tygodnie po jej przeczytaniu. Bardzo rzadko zdarza się, żebym po przeczytaniu tak dobrej książki zwlekała z jej recenzją. Bardzo rzadko zdarza się, że wydawałoby się zwykła książka powoduje, że wylewam z siebie łzy... niezdolna sięgnąć po inną książkę. Ale „Tam, gdzie nie czuć już lęku” to książki podczas której czytania zachowywałam się irracjonalnie. Książka po której przeczytaniu działo się ze mną to wszystko co powyżej. A w dodatku książka, która spowodowała, że po jej przeczytaniu tematowi II wojny światowej, Auschwitz, obozów zagłady... mówię stanowczo nie. Na mojej twarzy pojawia się lekki uśmiech na myśl, że po skończeniu „Tam, gdzie nie czuć już lęku” zamierzałam sięgnąć po „Dymy nad Birkenau”. Niedoczekanie moje... „Dymy nad Birkenau” leżą na półce i się kurzą, bo „Tam, gdzie nie czuć już lęku” to książka, która mnie po prostu... zmiażdżyła. Niesamowita, jeśli można tak o niej powiedzieć.

Spotykają się przypadkiem pewnego dnia... Lena jest tłumaczką. Pewnego dnia na sali korytarza sądowego spotyka pewnego mężczyznę z Wiednia. Henry jest facetem po przejściach... i nie mam tu na myśli jedynie rozbitej rodziny, ale także to, że przeżył Auschwitz. Jest bohaterem. Z pozoru nie łączy ich zupełnie nic. Ona marzy o sielankowych wakacjach nad morzem południowym, a on cały czas rozpamiętuje każdą chwilę przeżytą w Auschwitz. Pielęgnuje w sobie każde najmniejsze wspomnienie. To powoduje między nimi wiele sporów... a raczej niemożność przekazania drugiej osobie obrazów, dźwięków, doświadczeń, uczuć – wspomnień. Bo jeśli udałoby się pokonać im tą granicę... może wtedy Henry doznałby spokoju, oczyszczenia? A może podróż po miejscach, ludziach, wspomnieniach ułatwi im życie? Miłość niespokojna, miłość trudna...

Będę szczera. Oczywiście, że oczekiwałam niełatwej lektury. Ale nie oczekiwałam literatury tak porażającej... oczekiwałam raczej historii miłosnej z tragedią w tle. A jednak w książce Moniki Held każde zdanie przyprawia o gęsią skórkę i poraża. Pomimo tego jej przeczytanie zajęłoby mi naprawdę mało czasu... gdyby nie to, że gdybym jej sobie nie dawkowała to chyba bym oszalała. Wspomnienia 45 – letniego mężczyzny z czasu, który spędził w Auschwitz. Miał pracę „bezpieczną” - wypisanie aktów zgonów, a jednak pomimo tego widział co się działo wokół niego... chciał widzieć co się dzieje wokół niego. Chciał przeżyć i zostać świadkiem. Udało mu się. Ale za jaką cenę? Za cenę nieprzespanych nocy i trudnego życia... bo od Auschwitz nie da się uwolnić „ot, tak”. Zresztą tak samo jak od tej książki...

Po przeczytaniu książki Moniki Held długo zastanawiałam się nad tym co powoduje, że ta książka ma tak mocny wydźwięk. I doszłam do wniosku, że jednym z tych czynników jest Auschwitz, pokręcona postać głównego bohatera, pewne bezwarunkowe oddanie Leny, ale także sama konstrukcja. Dialogi bez myślników. Zdania z których większość nie jest wielokrotnie złożona. To wszystko powoduje, że „Tam, gdzie nie czuć lęku” jest książką przebijającą się przez natłok codziennych spraw. Książką, która nie pozwala o sobie zapomnieć. Książką, która niepokoi. A wreszcie książką, która nie daje spać...

Historia miłości Henry'ego i Leny jest trudna i skomplikowana. Ja sama nieraz zastanawiałam się jakim cudem jeszcze są razem. Lena jako kobieta atrakcyjna, zabawna, przedsiębiorcza i przede wszystkim z wielką pasją podchodząca do życia bez wątpienia szybko znalazłaby innego partnera, A jednak przy Henry'm trzymała ją miłość... miłość silniejsza od wszystkiego. Jednak jest to także zasługa Henry'ego, który znalazł dla niej miejsce w swoim sercu obok swoich przyjaciół z obozu, którzy czytelnik mógłby sobie nieraz pomyśleć są dla niego najważniejsi.Widać to szczególnie podczas ich wspólnej podróży... pięknej dla Henry'ego, wykańczającej dla Leny. To historia miłości, która jakby się wydawało nie miała prawa zaistnieć... a co dopiero przetrwać. 

"Tam, gdzie nie czuć już lęku" to genialnie napisana, zapadająca w pamięć książka. Tak. O tej książce nie da się zapomnieć. A przynajmniej ja nie potrafię... Może przez to, że tyle nie czytam konkretne książki nie władają moimi snami. Ta zawładnęła. Opisane z niezwykłą szczerością wydarzenia z Auschwitz, ukazanie trudnej miłości, zagubienia i koszmarów, które panują nad ludźmi. Monika Held pisze zaskakująco poprzez swoją moc. Stworzyła powieść wciągającą, a przy tym porażającą. Myślę, że nie ma odpowiednich słów, żeby oddać siłę i wartościowość tej książki. Majstersztyk - chciałoby się rzec. Genialna, piękna.... i mądra. 

Moja ocena: 9+/10 Wybitna z plusem!

Za możliwość przeczytania powieści "Tam, gdzie nie czuć już lęku" serdecznie dziękuję Wydawnictwu Świat Książki!

stycznia 05, 2012

(111) Zmrok

(111) Zmrok
Tytuł: Zmrok
Autor: Harvard Lampoon
Wydawnictwo Świat Książki
Stron 160
Napisane z tyłu:
Belle Goose ma jeden cel w życiu- znależć wampira, który by ją ukąsił. Kiedy poznaje ekscentrycznego i zabójczo przystojenego Edwarda Mullena, w którym natychmiast się zakochuje, jest pewna, że jej plan się powiedzie. Gdyby nie jeden feler- Edward nie jest wampirem...
Ta kapitalna parodia 'Zmierzchu' powstała w redakcji najstarszego na świecie pisma satyrycznego "The Harvard Lampoon", którego honorowymi członkami byli m.in. Winston Churchill, Kurt Vonnegut, John Cleese i Dan Aykrotd.

Moja recenzja:
Chociaż jestem fanką Zmierzchu, to i tak byłam bardzo ciekawa tej książki. Opis na okładce głosi, że jest to kapitalna parodia Zmierzchu, więc chciałam się  trochę pośmiać. Przeczytałam dużo bardzo niepozytywnych ocen tej książki, ale chciałam przekonać się na własnej skórze jak to naprawdę jest z tą książką, no i przekonałam się....

,,Najlepszy lek na bezsenność to...Zmrok. Zaśniecie momentalnie!"

Hasło powyżej zostało wymyślone przeze mnie, z trudem dobrnęłam do końca tej książki. To była dla mnie po prostu męczarnia. "Zmrok" nawet mnie nie bawił, poczucie humoru autora jest po prostu denne. 

Belle i Edwart poznają się w szkole, gdy dziewczyna przyjeżdża do nowego miasta. I oboje są siebie warci, oboje są idiotyczni. Poznają siebie, a dziewczyna cały czas wierzy, że Edwart jest wampirem, ale nic nie jest tak oczywiste jak się wydaje. 

Bohaterowie "Zmroku" są jednolici, praktycznie niczym się nie wyróżniają. Autor po prostu przepisał "Zmierzch" i poprzekręcał pewne fakty. Ale nawet to mógł zrobić w wielkim stylu, ale o czym tu marzyć, to po prostu niemożliwe.

Od samego początku nie podobała mi się jako parodia Zmierzchu, więc zaczęłam wtedy traktować to jako zupełnie odrębną historię z wątkami ze Zmierzchu. Ale i to nie wiele mi pomogło. Ta książka była dla mnie po prostu stratą czasu. 

Choć nie myślałam, że można napisać taką denną książkę, ale myliłam się. Pomimo tego jestem z siebie dumna, że dobrnęłam do końca tej katorgi. W opisie jest wszystko co powinnyście wiedzieć, więcej zdradzać nie chcę.


Nie polecam jej, jest po prostu beznadziejna, bez sensu, nużąca i działa jak środek usypiający. Także jeśli macie problem ze snem, to ona go usunie. Z ciekawości: Czemu nie? Ale nie liczcie na wielką książkę. To najgorsza książka jaką przeczytałam. 

Zdecydowanie nie polecam!

Okładka bardzo nawiązuje do Zmierzchu, to jest jedyne co mi się podoba. 

Moja ocena: 1/10 Beznadziejna!

grudnia 29, 2011

(106) Wiadomość w butelce

(106) Wiadomość w butelce
Tytuł: Wiadomość w butelce
Autor: Valerie Zenatti
Wydawnictwo Świat Książki
Stron 174
Napisane z tyłu:
Dzieli ich wszystko: pochodzenie, narodowośc, a przedewszystkim długoletnia wojna. A jednak pewien list w butelce sprawia, że Tal- siedemnastoletnia Żydówka, i muzłumanin Naim pokonują wrogość. Nie znająć sie piszą do siebie listy maile, rozmawiają na gg. Marzą o świecie bez podziałów, sterotypów i ograniczeń. Z czasem ta internetowa przyjaźń zmienia sie w miłóść, choć nie wiadomo, czy kiedykolwiek będą mogli się spotkać...


Moja recenzja:
Autorka jest Francuzką pochodzenia żydowskiego. Chyba to spowodowało, że napisała świetną książkę o Żydówce i muzułmaninie. Myślałam, że będzie to naiwna książka, a tak naprawdę jest to długa rozmowa dwóch młodych ludzi na temat wojny i życia.W dodatku inteligentna rozmowa.
Tal jest Żydówką i mieszka w Jerozolimie, żyje marzeniami o tym, że nastanie pokój między nimi a Strefą Gazy. Po zamachu, który wydarzył się niedaleko niej, zaczyna pisać. A potem wkłada to co napisała do butelki, a jej brat, który jest żołnierzem zanosi to do Strefy Gazy. Wiadomość w butelce odnajduje Naim.

Naim jest muzułmaninem, który marzy o tym, żeby nastał pokój. Żyje tak jak jego cały naród w zamknięciu, otoczony strażnikami. Nie ma dnia w którym by nie podejrzewał, że będzie to ostatni dzień jego życia. Marzy o pokoju, ale już nie wierzy, że to może się naprawdę stać.
Rozmawiają ze sobą przez pół roku, ich rozmowy pomagają im. Oboje marzą o tym samym, a to ich łączy. Opowiadają sobie o tym co robili wczoraj i o tym co wydarzyło się parę lat temu, ich więź staje się coraz silniejsza. I u niej i u niego codziennie przez wojnę giną ludzie, także niewinni.

Polubiłam ich rodziców, ponieważ nie wierzą w stereotypy i mają własne zdanie. Nie pochwalają tego, że przeciwnicy mordują ludzi, ale wiedzą, że ich lud sam nie jest lepszy. Ale nie wiadomo kto to zaczął? Uczą swoje dzieci tolerancji dla innych ludzi.
Główni bohaterowie żyją w dwóch różnych światach, a pomimo tego rozumieją się. Poszukują kontaktu ze sobą, choć wiedzą, że w prawie stu procentach pozostanie to tylko internetowa znajomość, nigdy się nie spotkają. Ale nagle zaczynają czuć do siebie coś więcej...

Różnią się także charakterami i życiem, bo wbrew pozorom Tal żyje sobie jak w siódmym niebie, a Naim... no cóż nie ma takiego życia. Dzięki tej książce można poznać także realia życia, jakie panują w tych miejscach. Podoba mi się bardzo w głównych bohaterach, to, że nie boją się pisać tego co myślą.
Przysiadłam do tej książki wieczorem, a potem było można do mnie mówić, krzyczeć, ale ja i tak nie słyszałam, byłam za bardzo zaabsorbowana tą powieścią. Na okładce jest napis "Romeo i Julia dziś!", nie wiem czy tak rzeczywiście jest, bo nie czytałam "Romeo i Julii ". Ale wiem, że jest to cudowna książka, którą mogę polecić każdemu z czystym sumieniem.


Naprawdę nie oczekiwałam, że będzie to tak absorbująca i wciągająca książka. Tak naprawdę są to listy, maile i ich rozmowy na czacie. Czasami zdarzają się rozdziały z ich przemyśleniami. "Wiadomość w butelce" to naprawdę nie jest zwykła książka! Jeśli natraficie na nią to bierzcie ją bez zastanowienia, myślę, że nie będziecie żałować.

Okładka ogólnie jest taka sobie, ale duży plus za to, że dziewczyna na okładce jest rzeczywiście podobna do tej opisywanej :)

Moja ocena: 10/10