Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolnośląskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolnośląskie. Pokaż wszystkie posty

listopada 30, 2019

(716) Trzy nie do końca udane pierwsze razy - Nesbo, Knapp i Masterton

(716) Trzy nie do końca udane pierwsze razy - Nesbo, Knapp i Masterton
Pierwszy raz... z nowym pisarzem. Cielesny kontakt z jego książką, mentalny z językiem i słowami - takich "razów" się nie zapomina. To one w dużej mierze decydują o tym jak dalej rozwinie się nasza znajomość, a raczej czy w ogóle będzie ona kontynuowana. Tak więc w moim życiu pojawili się trzej nowi panowie - Jo Nesbo, Radek Knapp oraz Graham Masterton. Przyznaję - nie poznałam ich w tej najlepszej literackiej formie ani też w największych gabarytach. Każda z tych książek nie miała bowiem więcej niż 200 stron. Tak więc dziś będzie wyjątkowo krótko - krótko o krótkich niewypałach. Na pierwszy ogień pójdzie Jo Nesbo… 

Tytuł: Krew na śniegu 
Autor: Jo Nesbo 
Wydawnictwo Dolnośląskie 
Stron 164

Jedna z moich koleżanek w gimnazjum szaleńczo zaczytywała się w powieściach Nesbo - ja pozostawałam na nie obojętna. Na półce co prawda znalazła się jedna czy dwie pozycje tego autora, ale nie chciałam wchodzić w nową serię - a tym samym zapoznawać się z żadną z książek, wchodzących w skład cyklu o  Harrym Hole'u. Wizyta w antykwariacie i wydane trzy złote sprawiły, że w moje ręce wpadła powieść "Krew na śniegu" - zupełnie inny bohater, krótka historia... jednak nie coś idealnego na "pierwszy raz". Największą zaletą tej powieści Nesbo jest bowiem jej zakończenie - zaskakujące, świetne, a przez to ratujące tę powieść. To właśnie te kilka ostatnich stron sprawia, że nie żałuję, że nie odłożyłam tej książki w połowie... tak jak mi to przeszło przez myśl. (Szczerze mówiąc... już po kilkunastu stronach chciałam ją puścić dalej w świat). 

Główny bohater "Krwi na śniegu", Olav jest płatnym mordercą - bez rodziny, przyjaciół i nadziei na ich posiadanie. Jest dobry w swoim fachu, jednak posiada pewne zahamowania. Jednym z nich jest bez wątpienia to, że zakochał się od pierwszego wejrzenia w kobiecie, którą miał zabić. Kobiecie, która dodatkowo jest żoną jego szefa, od którego dostał zlecenie na to konkretne morderstwo. 

Nesbo napisał nieskomplikowaną historię, która jest (poza ścisłym zakończeniem powieści) bardzo przewidywalna. Językowo? To lekkie czytadło. Ot, takie do przeczytania w jeden wieczór. Autor gdzieś próbował się pokusić o głębsze przybliżenie sylwetki Olava - trochę próbował zabawić się w psychologa, ale to nie wyszło. Sama postać Olava także nie zyskała mojej sympatii. Gdyby nie to, że jest płatnym mordercą... stwierdziłabym, że to takie przysłowiowe "ciepłe kluchy". Z drugiej strony on sam jako narrator pierwszoosobowy to przyznawał. Wskazywał na to, że nie pasuje do końca do profilu płatnego mordercy - delikatność ścierała się w nim z posturą i fizycznymi możliwościami oraz oczekiwaniami formułowanymi przez innych. Jest zarazem mało bystrym bohaterem, przez to bardzo charakterystycznym, a jednak takim, z którym na dłuższą metę nie da się wytrzymać zbyt długo. 

"Krew na śniegu" nie zraziła mnie do Nesbo - podświadomie czułam, że nie będzie to historia na tyle angażująca jak te z cyklu o Harrym. Jednak... "Krew na śniegu" to nic więcej niż czytadło. To historia, w której zawarte zostało trochę intrygi, akcji, romansu, a autor pokusił się także o mały rys psychologiczny bohatera, który wyjaśnia motywy jego postępowania. Nie mniej - "Krew na śniegu" nie jest książką, którą polecam. To akceptowalna historia, z ciekawym zaskoczeniem, które ratuje całość, jednak to za mało, żeby poświęcić jej chociaż o krztę więcej uwagi... Czy wrócę do Nesbo? W przyszłości na pewno, jednak sięgnę wtedy po coś bardziej sprawdzonego, co da mi szansę na odczucie większej czytelniczej satysfakcji. 

Moja ocena: 5/10

Tytuł: Instrukcja obsługi Polski
Autor: Radek Knapp
Wydawnictwo Carta Blanca
Stron 126

Radek Knapp jest Polakiem, który od 12. roku życia mieszka w Austrii. Jest znany wśród polskich czytelników przede wszystkim jako autor, zekranizowanej powieści "Lekcje Pana Kuki". "Instrukcja obsługi Polski" to coś na kształt reportażu, przeczytanego przeze mnie z czystej ciekawości i nieprzesądzający niczego w temacie pt. Czytać "Lekcje Pana Kuki" czy jednak nie czytać? Byłam ciekawa spojrzenia osoby, w pewien sposób związanej z Polską, a jednak od niej oddalonej - co uzna za ważne i szczególnie interesujące? Nie tylko w temacie zabytków, jedzenia, ale przede wszystkim polskiej mentalności. To na pewno pozycja napisana z dużym dystansem ze strony autora, a także sporą dawką ironii, która pozwala autorowi opowiedzieć z przymrużeniem oka o stereotypach dotyczących Polaków, Polsce przed transformacją, w jej czasie, a także po niej. Nie jest to jednak zdecydowanie dobra i warta uwagi pozycja. 

To zbiór felietoników, które dla polskiego czytelnika nie będą ciekawe. A dla niemieckojęzycznego? Uważam, że mogą być dosyć krzywdzące, niesprawiedliwe... dla odbioru Polski i Polaków, bo niewiele jest w tej książce poważnych i wartościowych treści. Chciałabym, żeby turyści przyjeżdżający do nas z krajów niemieckojęzycznych nie natykali przed podróżą na takie pozycje. Bo problem z tą pozycją jest jeden i to bardzo duży: Polacy będą zmęczeni tym ciągłym naśmiewaniem się z sytuacji, które znamy jak np. elektryk, który prowadzi Polskę ku wolności... - z czytania o sytuacjach, w których nie ma nic zaskakującego ani odkrywczego, a obcokrajowiec, który natrafi na tę pozycję - będzie przez ponad 120 stron czytał jedynie o przywarach Polaków... i summa summarum - również nie wyciągnie nic wartościowego z tej pozycji, chyba że bardzo zafałszowany obraz Polski i jej mieszkańców. Brakuje w tej książce dziennikarskiego zacięcia i przede wszystkim faktografii! To nie są wartościowe treści o polskiej kulturze czy mentalności. To krótkie, niewnoszące nic nowego felietoniki? Zapiski? 

Wiadomo - jak każdy naród mamy swoje stereotypy (prawdziwe lub nie), które nas dotyczą. Jednak przedstawianie zbiorowości tylko w taki sposób, w dodatku przez autora - Polaka - jest żenujące. Tym bardziej, że nie stoi za tym nawet dobry warsztat pisarski... przez większość czasu miałam wrażenie, że autor usiadł i napisał tę książkę w kilka godzin - bez żadnego planu i większego namysłu. Nie ma w niej nic odkrywczego, jest płytka, słabo napisana, a humor autora i przekonania do mnie zupełnie nie trafiły. Umieszczanie tej książki w księgarniach na półce "reportaż" jest dla niej wielką nobilitacją, ale dla pozycji z nią sąsiadujących obrazą. Zdecydowanie nie polecam. 

Moja ocena: 3/10

Tytuł: Szatańskie włosy
Autor: Graham Masterton
Wydawnictwo Albatros 
Stron 176

Z tą powieścią sytuacja jest dosyć specyficzna, bo doskonale wiedziałam (tu akurat zrobiłam research), że jest to jedna z najgorszych powieści Mastertona - nie oczekiwałam po niej niczego wielkiego i nic takiego również nie otrzymałam. To dosyć tandetna, infantylna powieść - horror, która może przerazić jedynie dziesięcio-, jedenastolatków. Jednak ten tkwiący w niej kicz, to było coś co akurat tamtego upalnego dnia, kiedy ją czytałam... było mi potrzebne. Bo to właśnie taka lektura do czytania na plaży, a nie w okresie Halloween, kiedy chcemy poczuć dreszczyk emocji. Jest w niej tak dużo absurdów, że na myśl o tym na mojej buzi pojawia się uśmiech. Uwaga: szatańskie włosy atakują. 

Kelly, główna bohaterka "Szatańskie włosów" jest uczennicą w salonie fryzjerskim słynnego stylisty. Do jednych z jej zadań należy oczywiście sprzątanie włosów i znoszenie toreb z nimi do piwnicy. Pewnego dnia zaczynają się ruszać, przybierać dziwne kształty,. Pewnego dnia także na jej ramieniu pojawiają się kolorowe włosy, których nie jest w stanie się w żaden sposób pozbyć. Nikt nie potrafi jej odpowiedzieć na pytanie skąd się wzięły... Kelly zaczyna podejrzewać u siebie jakąś chorobę. ale lekarze także nie potrafią jej pomóc. To nie koniec "dziwności" w jej życiu. W zagadkowych okolicznościach zaczynają ginąć osoby, które w jakiś sposób były związane z jej szefem, a ona sama nabiera nadludzkiej wręcz siły... Poznaje także nowego chłopaka, który jest gotowy pomóc zmierzyć jej się z demonami wkraczającymi w jej życie. 

To nie jest bardzo zły horro. Sam pomysł na fabułę, wątek "władcy much" był dosyć intrygujący, tylko potem jakoś zrobiło się tak bardzo absurdalnie, a przez to kiczowato. Ale... nawet czasami udało się autorowi wprowadzić nutę napięcia i niepokoju. Co prawda - im dalej w las, tym było gorzej, ale to było 176 stron niezłej (a może raczej nietragicznej?) rozrywki, która nie została o dziwo zdominowana przez wątek miłosny - za co autorowi należy się plus. Sama fabuła była przewidywalna, ale Masterton niekiedy na tyle dobrze wykreował klimat tej powieści, że nie rzucało się to tak bardzo w oczy. (No i można było poczuć niekiedy włosy w przełyku... od ogromu włosów w książce).

"Szatańskie włosy" są baaaardzo prostą książką, która u dorosłego czytelnika, który przeczytał choć jeden dobry horror lub obejrzał chociaż taki film nie wywoła gęsiej skórki. To zdecydowanie nie jest jedna z tych powieści, po których przeczytaniu będziemy bali się pójść sami do toalety. Także... na spokojnie - można czytać w każdych warunkach. W "Szatańskich włosach" mamy jednak do czynienia z tym rodzajem kiczu, który może być odrobinę fascynujący. Oczywiście - to nie jest pozycja, do której kiedykolwiek wrócę, jednak w tej całej otoczce kiczu, olbrzymiej prostoty - na pewien sposób... podobała mi się. Nie traktuję jej jako złej powieści Mastertona, ale jako dobrą młodzieżówkę - bo to jedynie wśród młodych czytelników może znaleźć poklask i uznanie. Dla mnie jest bardzo przeciętna... choć... jest w niej coś ujmującego. 

Moja ocena: 5/10

listopada 17, 2017

(669) Otello. Ten nowy.

(669) Otello. Ten nowy.
Tytuł: Otello. Ten nowy.
Autor: Tracy Chevalier
Wydawnictwo Dolnośląskie
Stron 232

Opis wydawcy:
Lata siedemdziesiąte. Dyplomata z Ghany przeprowadza się z rodziną na przedmieścia Waszyngtonu. Jego syn, jedenastoletni Osei, już pierwsze godnia w nowej szkole zaprzyjaźnia się z najpopularniejszą uczennicą.
Znajomość szkolnej gwiazdy i jedynego czarnoskórego ucznia
nie wszystkim przypada do gustu…
Przejmująca opowieść o zazdrości, przyjaźni i dyskryminacji
napisana przez autorkę Dziewczyny z perłą.


Moja opinia:
Bardzo krótka, ale treściwa i poruszająca proza inspirowana dramatem Szekspira, "Otello"... odczytanym na nowo i uniwersalnie przez autorkę bestsellerowej "Dziewczyny z perłą". Przyznaję, że przed lekturą tej powieści nie znałam tej sztuki Szekspira, a akurat ta powieść, jej wydanie (miałam okazję przeczytać z tej serii np. także "Zimową opowieść", "Kupca weneckiego") nie zawiera żadnego wprowadzenia do projektu w ramach, którego powstała (stworzonego z okazji 400. rocznicy śmierci Szekspira) ani do samego pierwowzoru, jak to mieliśmy do czynienia w "Zimowej opowieści", gdzie na początku został przedstawiony zarys dzieła Szekspira. Czytałam tę powieść bez znajomości "Otello" (potem oczywiście braki nadrobiłam) i już wtedy czułam, że autorka próbowała na siłę podciągnąć swój pomysł na fabułę do "Otello" Szekspira. Czułam przez to podczas lektury pewne zgrzyty. Nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ autorka postawiła sobie poprzeczkę naprawdę wysoko. Nie wyszła z tej próby bez szwanku, ale stworzyła naprawdę ciekawą, otwierają oczy i nastrajającą pesymistycznie powieść, która trzyma w napięciu. 

Do fabuły "Makbeta", "Romea i Julii" czy też "Hamleta" nikogo wprowadzać nie trzeba, jednak 'Otello" jest stosunkowo mało znaną na gruncie polskim sztuką, więc ja w przeciwieństwie do autorki i wydawcy o małe wprowadzenie się pokuszę. "Otello" opowiada historię Maura Otello (najczęściej przedstawianego jako czarnoskóry mężcyzna), który żeni się z córką weneckiego senatora, piękną Desdemoną. Demoniczny i zły Jago, rozczarowany swym losem, niemogący patrzeć na szczęście innych ludzi postanawia popsuć ich relacje. Podsuwa Otello myśl o zdradzie Desdemony - zupełnie bezpodstawne, ale w swych działaniach jest na tyle wytrwały, że budzi w Otello zazdrość, co przekłada się wyraźnie na relacje zakochanych... Co dalej? Jak to u Szekspira...
To wielkie dzieło o zazdrości i chęci zemsty.

Tracy Chavelier mogła pójść po najmniejszej linii oporu i przepisać sztukę Szekspira, jedynie ją uwspółcześniając. Otrzymalibyśmy wtedy bardzo ciekawą historię o intrygach, burzycielskiej sile zazdrości, braku zaufania w związku. Mogła stworzyć jak Szekspir parę małżonków, wprowadzić na karty swej powieści tego "trzeciego", który próbuje zburzyć ich szczęście. To byłoby stosunkowo łatwe, mniej wymagające i spotkałoby się z większą aprobatą czytelników. Chevelier jednak nie poszła po najmniejszej linii oporu, a bohaterami swojej powieści uczyniła szóstoklasistów. Spotkałam się z opinią, że przez to stworzyła książkę young adult, a nawet very young adult. Nic z tego! Oczywiście młodzież może się w niej odnaleźć, jednak ta pozycja posiada w sobie taką głębię, że także dla dorosłych czytelników jej lektura będzieciekawym doświadczeniem. Sam opis przywodzi na myśl powieść dla młodzieży, ale bynajmniej nie o to w niej chodzi. 

Osei, czyli odpowiednik Otello to jedenastoletni, czarny chłopak, który po raz kolejny zmienia szkołę. Trafia do nowego środowiska, w którym że jest skazany na swego rodzaju towarzyszką porażkę, ponieważ nie dość, że jest "nowy", to jeszcze do tego "czarny". Ameryka, lata 70. to jeszcze czas rażących dyskryminacji i ogromnego rasizmu, buntów uczniów, nauczycieli i rodziców białych dzieci, gdy do jakiejś białej szkoły trafiali czarnoskórzy uczniowie. "Ten nowy" przedstawia jeden dzień z życia amerykańskiej szkoły, ale dzień bardzo obfity w emocje. Osei jest dyskryminowany na każdym kroku, gdy dotknie białą koleżankę jest od razu posądzany o to, że za chwilę się na nią rzuci, zgwałci itd. Jest podejrzewany o wszystko co złego się dzieje, a kiedy panuje względny spokój... i tak wszystkie spojrzenia są skierowanego na niego jako niebezpiecznego, nieokrzesanego dzikusa. Nauczyciele z góry zakładają, że jest mniej inteligentny od innych uczniów, że oczekuje jakiś specjalnych przywilejów. Wszystko to bezpodstawne oskarżenia, oparte na stereotypach i strachu przed "innością".

Uczniowie na jego pojawienie reaguję w większości z pewnymi obawami i w tych młodych chłopakach (i dziewczynkach), jeszcze dzieciakach rodzi się myśl, że muszą bronić swojej białości, swoich kobiet, swoich koleżanek. Osei spotyka się z ogromnym wykluczeniem, napiętnowaniem - zarówno ze strony dorosłych jak i dzieci. W ten sposób Tracy Chavelier inspirując się sztuką Szekspira stworzyła powieść uniwersalną na jeszcze jednej płaszczyźnie. Niekoniecznie wpasowałabym ją do nurtu young adult, ponieważ jest momentami naprawdę brutalna, czasami wręcz karykaturalna. Ktoś może powiedzieć, że niektóre zachowania dzieci są wyolbrzymione, jednak Chavelier opisuje świat z perspektywy dziecka, a nie rodzica, który w każdym dziecku widzi dobro, niewinność, świat zabawek i dziecięcych marzeń.

"Ten nowy" to oprócz interesującej powieści inspirowanej Szekspirem, książka otwierającą oczy. Ukazującą jak okrutne i paskudne potrafią być dzieci. Jak potrafią krzywdzić drugie dziecko, być sadystyczne i uprzedzone względem rówieśników. Powieść Chavelier, jej fabuła, bohaterowie posiadają karykaturalne rysy, niektóre sytuacje zostają przedstawione w sposób wręcz groteskowy, ale zrozumiały dla dojrzałego czytelnika. To z jednej strony świat widziany z perspektywy i poziomu dziecka, a jednocześnie wspaniałe studium dla obserwacji dorosłego czytelniku, który dojrzy w tej powieści o wiele więcej. Dorosły świat, jego uprzedzenia i problemy zminimalizowane do poziomu szkolnego, ukazany za sprawą młodszych umysłów. Nagle oddanie piórnika z perspektywy dziecka, staje się dla czytelnika zrozumiałe, ponieważ to tragedie wieku szkolnego, ale metafora zachowań dorosłych.  Pierwsze miłości, przyjaźnie..., jednak bohaterowie autorki "Dziewczyny z perłą" mają w sobie bardzo niewiele dziecięcej beztroski. Potrafią być okrutni i bezlitośni. To bardzo ciekawa i godna uwagi powieść do przeczytania w jeden wieczór, ale zmuszająca do myślenia, otwierająca oczy, pod pewnymi względami bulwersująca... ogromnie intrygująca i trzymająca w napięciu. Jedna z ciekawszych fabularnie powieści jakie miałam okazję w ostatnim czasie przeczytać. 

Moja ocena: 8+/10

kwietnia 27, 2017

(619) Maestro

(619) Maestro

Tytuł: Maestro
Autor: Geir Tangen
Wydawnictwo Dolnośląskie
Stron 320
"Maestro" to niepokojący, mroczny kryminał. Literacki debiut Geira Tangena, który najpierw wydał go samodzielnie, a potem... wydawcy już sami zaczęli się odzywać. Obecnie powieść Tangena wydaje największy norweski wydawca. Czas spędzony podczas lektury "Maestra" był wyprawą w norweskie klimaty, humor i kontaktem ze specyficznymi bohaterami, którzy przez przypadki, niesprzyjające okoliczności... stają przed znakiem zapytania dotyczącym swoich dalszych losów. W "Maestro" brak sielankowości – jest precyzja, ostrość i wciągająca kryminalna intryga z literackimi nawiązaniami. 

Do dziennikarza Viljara Gudmundssona trafia niepokojąca wiadomość. Niepokojąca wiadomość, która zapowiada wydarzenia, które bezpośrednio uderzą w życie Gudmundssona. Związane nie tylko z jego przeszłością, ale także błędami młodości. W wiadomości znajduje się informacja, że nadawca chce wykonać wyrok sprawiedliwości na osobie, której nie dosięgnął wymiar sprawiedliwości... Zostają znalezione zwłoki kobiety. Viljar otrzymuje kolejne wiadomości, dochodzi do kolejnych morderstw, a każda wiadomość zakończona jest tajemniczym kodem, który prowadzi bohatera w świat literatury... Nadawca to bezwzględny morderca czy może po prostu pogubiony człowiek, który za główny cel życia obrał sobie wymierzanie sprawiedliwości? 

"Maestro" to nieprzypadkowy tytuł. Morderca odgrywa rzetelnie i bardzo skrupulatnie zaplanowany koncert, którego fragmenty zostały ułożone na podstawie kryminalnych powieści... Nie zabraknie w tym swoistej klasyki norweskiego kryminału, czyli np. Jo Nesbo. Nie da się jednak ukryć, że wątek literatury w "Maestro" jest dosyć marginalny i jedynie delikatnie "podkręca" jej zawartość. Nie mniej czytelnicy, którzy są dobrze zaznajomieni z norweskimi kryminałami... dochodząc wraz z bohaterami powieści Tangena do rozwiązania zagadki będą odczuwali niemałą satysfakcję i przyjemność (choć czasami okaże się, że znają ich fabułę lepiej niż Tangen).

To już chyba tak jest, że w powieściach kryminalnych ważną (ba! wręcz kluczową) rolę pełnią śledczy, którzy zajmują się rozwiązaniem zagadki. Tym samym także w tej książce postać śledczego przyciąga spojrzenie i każe skupić na sobie spojrzenie. W tej roli Tangen osadził kobietę, która nie dość, że musi uporać się z niesfornym kolegom, który podważa każde jej polecenia to jeszcze musi sobie poradzić z Viljarem, któremu nie do końca ufa... Wbrew temu bardzo często używanego schematu bowiem... między Viljarem a Lottą nie dochodzi do bliskiej współpracy, aby rozwiązać sprawę. Viljar nawet do pewnego momentu nie przykłada dużej uwagi do tej sprawy. Zamyka się w sobie, swoim mieszkaniu, własnym świecie i choć Lotta czasami chcąc nie chcąc z tego zamknięcia go wyrywa – nigdy nie grają na tych samych falach. 

"Trafiają się dni z kiepską karmą, dni, kiedy każda podjęta decyzja prowadzi człowieka ku upadkowi. Wyrwanie się z tej spirali wydaje się niemożliwością, bo wszystko co powiesz lub zrobisz, pociąga dalej na dno."

Geir Tangen, "Maestro"

"Maestro" to książka specyficzna pod względem swojego klimatu. Bardzo mroczna, ale mroczna w inny... nietuzinkowy sposób. Mroku nie powodują działania mordercy, a niewiadoma dotycząca przeszłości głównego bohatera. Jego problemy emocjonalne i psychiczne. Powieść Tangena nie wbija w fotel, nie powoduje ciarek, ale wprowadza w stan dziwnego otępienia i niepokoju, a więc bez wątpienia wpływa na czytelnika. Bohaterowie jego powieści to ludzie, którzy od razu kojarzą się z zagrożeniem i brakiem poczucia bezpieczeństwa. I może właśnie dlatego ta książka wywołuje w czytelniku takie emocje. Drobną wadą pozostaje także brak ścisłości, realności w opisywaniu wydarzeń chociażby na miejscu zbrodni... to powoduje zgrzyty podczas lektury. Autor tłumaczy się z tego pod koniec książki tłumacząc, że beletrystyka rządzi się własnymi prawami... mimo to: lekki niesmak pozostał.

Fabuła "Maestro" nie porywa, a jednak naprawdę angażuje czytelnika w czytaną treść. Tangenowi brakuje jeszcze trochę lekkości, aby czytelnik mógł po słowach po prostu się prześlizgiwać. Gdzieś zabrakło płynności, czegoś było za dużo, czegoś za mało. Historia Viljira i tajemniczego mordercy to mimo to ciekawa, dobrze napisana i skonstruowana książka. Czy to była odprężająca lektura? Z pewnością nie! Ale czy zaskakująca... hm... wszystko zależy od poziomu zaznajomienia się z literaturą kryminalną. Pogubiony główny bohater, znajdująca się na lekkim życiowym zakręcie śledcza... w powieści Tangena dużo jest mroku, ale czy dzięki temu ta powieść zyskuje? Niekoniecznie. Poprawna, ciekawa, dobra... do przeczytania w jeden wieczór. Prozie np. Baldacciego ("W pułapce pamięci" i "Ostatnia mila") nie dorównuje. 

Moja ocena: 7/10 

czerwca 20, 2016

(502) Kupiec wenecki. Nazywam się Shylock

(502) Kupiec wenecki. Nazywam się Shylock
Tytuł: Kupiec wenecki. Shylock się nazywam.
Autor: Howard Jacobson
Wydawnictwo Dolnośląskie
Stron 326

"Tak działa mechanizm oczernienia. Ofiara przyswaja poglądy oprawcy. "Skoro tak wyglądam, widocznie taki jestem"."

Howard Jacobson, "Kupiec wenecki. Shylock się nazywam"

Po genialnej aranżacji dramatu Szekspira "Zimowa opowieść", której dokonała Jeanette Winterson w powieści "Przepaść z czasu" z wypiekami na twarzy sięgnęłam po kolejną powieść z tej serii, powstałej z okazji 400. rocznicy śmierci Szekspira. Największy dramaturg wszech czasów i współcześni pisarze mający za zadanie stworzyć własne aranżacje jego dzieł. Drugi "przearanżowany" dramat to "Kupiec wenecki". Zadania podjął się Howard Jacobson i w ten oto sposób powstał utwór "Shylock się nazywam". Książka bardzo dobra, napisana ciekawym językiem, bardzo często niepokojąca... i niestety czasami przytłaczająca. Howard Jacobson chciał stworzyć wariację na temat współczesnego Żyda, sensu bycia ojcem i miłosiernym człowiekiem. Niestety z jego powieści wybrzmiewa stereotypowy obraz Żyda..., a przy tym obraz niesamowicie gorzki. To jedna z tych powieści, których sensu nie mogę do końca uchwycić..., bo autor chciał za dużo? 

Pewnego dnia kolekcjoner sztuki Simon Strulovitch jest na cmentarzu świadkiem rozmowy Shylocka ze swoją zmarłą żoną. Mężczyzna pod wpływem impulsu postanawia zaprosić Shylocka do domu. Impulsu wynikłego z potrzeby porozmawiania z drugim człowiekiem... o chorej żonie, którą musi się opiekować, o córce, która wkracza w dorosłe życie, o wierze, byciu Żydem, miłosiernym człowiekiem. Potrzebuje kogoś bezkompromisowego i szczerego. Shylock okazuje się być pod tym względem osobą idealną, ponieważ tego co nie powie... to da wyraźnie do zrozumienia. Shylock zmaga się ze śmiercią żony, ucieczką córki w domu. Z pozoru mają podobne problemy... różni ich jednak podejście do życia i świata oraz punkt życiowy w którym obecnie się znajdują. Czy ta dwójka znajdzie wspólny język? I jak skończą się ich historie?

Howard Jacobson przedstawił główne postacie jako postacie względem siebie antagonistyczne. Tym samym czytelnik ma szansę poznać dwie różne postawy ojca, męża, Żyda... i człowieka, a idąc jeszcze dalej różne postawy córek, dorastających dzieci, zepsutych gwiazdek i ludzi samotnych. Strulovitch i Shylock w swoich dysputach poruszają się bardzo daleko w skutek czego podczas czytania niejeden pomyśli, że wydarzenia przedstawione w książce są absurdalne i głupie. Howard Jacobson na pewno stworzył powieść, która przez dorabianie motywów psychologicznych czy jakiejś filozofii każdemu czynowi bohaterów traci. A jednak autor tak poprowadził akcję, tak ją w pewnym momencie "udziwnił", że czytelnik chce czytać dalej, żeby przekonać się jak ta z jednej strony bardzo skomplikowana, a z drugiej niezwykle prosta historia się zakończy... Czy Jacobson dochodzi czasami do absurdu? Bez wątpienia!

"Nazywam się Shylock" to powieść momentami bardzo ciężka, przytłaczająca, a nawet nużąca. Mimo to nietuzinkowy klimat i tempo narracji zasługują na uwagę, bo dzięki temu ta powieść jest "inna". Najważniejszym elementem tego utworu są rozmowy Strulovitcha z Shylockiem na temat wiary i życia ogółem, które choć z początku bardzo ciekawe... z czasem zaczynają jednak nużyć. Howard Jacobson lubi poruszać w swoich powieściach temat tożsamości żydowskiej (np. "Kwestia Finkera"), tak też czyni w tej powieści. Próbował to jednak okrasić humorem, który nie do końca przypadł mi do gustu. Brak mu pewnej lekkości...

Czuję pewien przesyt, a jednocześnie pewny głód. "Nazywam się Shylock" miało być świetną powieścią o tożsamości żydowskiej, a to wyszło tylko po części. Autor wskazuje między innymi na jakiś wewnętrzny przymus w kwestii obrzezania, czy tego, że ród powinien przetrwać, ale dobrze tego nie argumentuje. Książka Jacobsona jest przykładem powieści w której pewne kwestie zostały wyolbrzymione, przekoloryzowane... ze szkodą dla niej. Obraz żydowski ukazany w tej powieści nie do końca mnie przekonuje. Wydaje mi się, że społeczeństwo poszło do przodu... i judaizm nie jest obecnie już czymś piętnowanym, a Żyd nie jest uważany za tego złego (pomijam tu oczywiście ludzi bardzo zacofanych). Howard Jacabson jednak o tych wszystkich uprzedzeniach przypomina... niepotrzebnie.

"Nazywam się Shylock" to powieść niejednolita, posiadająca bardzo dobre jak i bardzo słabe punkty. Ogółem wariacja Jacobsona na temat "Kupca weneckiego" jest ciekawa, ale nie porywająca. Brakuje mi w niej ujednolicenie i pewnego wygładzenia. Howard Jacobson stworzył powieść, która miała zadatki na genialną, ale niestety podczas jej spisywania po drodze podwinęła mu się noga. Jest przez to odrobinę przegadana, choć cały czas intrygująca. Niestety nie zawsze rozmowy Shylocka i Strulovitcha, jak i wydarzenia wokół nich były porywające... "Nazywam się Shylock" to powieść gorzka, a przy tym niekiedy absurdalna ze względu na dysonans do którego dochodzi na skutek tego, że z jednej strony autor pisze o rzeczach ważnych, a z drugiej kpi ze wszystkiego. Autor zasługuje jednak na brawa ze względu na niezwykle dopracowany język jakim się posługuje i nietuzinkową  (a przy tym bardzo dobrą) kreację bohaterów. Moje uczucia wobec tej powieści są bardzo mieszane, niekoniecznie dobre jak widzicie. Chciałabym jednak dać jej w przyszłości jeszcze jedną szansę... może wtedy odbiorę ją inaczej? Dzisiaj jednak jestem lekko rozczarowana... 

Moja ocena: 7-/10 

lutego 07, 2016

(440) Zimowa opowieść. Przepaść czasu.

(440) Zimowa opowieść. Przepaść czasu.
Tytuł: Zimowa opowieść. Przepaść czasu.
Seria: Projekt Szekspir
Wydawnictwo Dolnośląskie
Stron 312

"Przebaczenie to takie słowo jak tygrys - są na jego temat pewne materiały filmowe i potwierdzono jego istnienie, ale niewielu z nas widziało go z bliska, w naturalnym środowisku, i niewielu poznało go takim, jaki jest." 

Jeanette Winterson, "Zimowa opowieść. Przepaść czasu"

"Zimowa opowieść. Przepaść czasu" to pierwsza książka wydana w ramach akcji do której z okazji 400. rocznicy śmierci Williama Szekspira zaprosił bestsellerowych pisarzy, brytyjski wydawca Hogarth Press. Będą to powieści inspirowane twórczością Szekspira. Pierwszą książką z serii jest "Przepaść czasu" autorstwa Jeanette Winterson inspirowana "Zimową opowieścią" Szekspira.  "Przepaść czasu" to powieść, której czytanie było dla mnie niesamowitą ucztą literacką i niesamowitym przeżyciem. Mroczny klimat, płynący spokój, poetycki język, pewne odrealnienie, niedopowiedzenia, wydarzenia rozdzierające serce... wrażenie jakby się śniło... to wszystko powoduje, że powieść Jeanette Winterson pozostanie na długo w mojej pamięci. Co więcej...bez wątpienia sięgnę po inne powieści tej Pani. 

Powieść Wintereson rozpoczyna się przedstawieniem oryginalnej historii Szekspira. To był dla mnie ogromny plus tym bardziej, że akurat "Zimowej opowieści" Szekspira nie czytałam. Potem czytelnik przenosi się do "Nowej aranżacji" i zaczyna się coś zupełnie niesamowitego... już od pierwszych słów. Jeanette Winterson posługuje się niesamowitym językiem. W jej powieść z jednej strony wszystko jest takie spokojne... a z drugiej strony niesamowicie gwałtowne. To z tego spokoju płynie największa moc. Spokój i klimat niesamowitej mroczności, która momentami zapiera czytelnikowi dech w piersi. A niby Jeanette Winterson przedstawia zwykłą historię... 

Leo jest bogatym bankierem, ma żonę MiMi (uznaną piosenkarkę) i małego syna Mila. Dotąd był szczęśliwy... Wszystko zmienia się gdy MiMi spodziewa się dziecka, którego on nie chciał. Podejrzewa żonę o romans ze swoim najlepszym przyjacielem Kseno. Jest przekonany, że to on jest dzieckiem, którego kobieta się spodziewa. Myśl, że żona i najlepszy przyjaciel go zdradzają doprowadza go do obłędu. Faktem, który podkręca jego złość jest fakt, że Ci mają ze sobą świetny kontakt, a on sam za młodu... miał romans z Ksenem. Jego obsesja prowadzi do tragicznych wydarzeń, które odmienią życie wszystkich bohaterów. Droga do przebaczenia jest długa, kręta i stroma. Nie chcę Wam przybliżać jeszcze bardziej fabuły... Wszyscy, którzy znają sztukę Szekspira dalszego ciągu z pewnością się domyślą. Dla mnie ważniejsze jest pokazanie Wam dzisiaj jak to wszystko zostało przez Winterson przedstawione.

Bohaterowie stworzenie przez Winterson są bohaterami z krwi i kości. Niezwykle wyrazistymi i namiętnymi. Biją od nich emocje i to one w olbrzymiej części nimi kierują. Czytelnikowi bardzo łatwo jest odnieść bohaterów powieści Winterson do postaci z utworu Szekspira. Wszystko za sprawą zgrabnego zabiegu autorki. Tak więc... Zamiast Leontesa mamy Leo, Hermiona została mianowana MiMi, Poliksenes - Kseno itd. "Przepaść czasu" jest przekładem "Zimowej opowieści" na współczesne czasy i ich realia. "Przekładem świetnym", dopracowanym i niesamowitym pod względem klimatu, języka.

Cała fabuła została przemyślana i bardzo dobrze dopracowana. Trudno mi mówić o udziale w fabule autorki, bowiem... widać jej wyrazistą inspirację dziełem Szekspira. Mimo to choć domyślałam się jak ta historia może się dalej potoczyć dzięki poznaniu tego jak przedstawia się "Oryginał" (może byłoby lepiej gdyby znajdował się na końcu, a nie na początku?) przeżywałam losy bohaterów, trzymałam za nich kciuki i przede wszystkim nie mogłam się doczekać jak dalej potoczy się ich historia. Jakie drogi wybiorą, jak autorka zakończy historię przez siebie napisaną... jak to wszystko wytłumaczy? 

Tym co najbardziej przyciągnęło moją uwagę w tej powieści jest jej klimat. Klimat mroczny. Momentami tak mroczny, że aż duszący... Mimo to jest to powieść dosyć spokojna... powolna agonia? Autorka czasami zadaje nam celne pchnięcia... pchnięcia tak celne, że łzy nabiegają do oczu, napięcie wzrasta... by za chwilę mieć ochotę krzyczeć lub po prostu odetchnąć z ulgą. Akcja powieści Jeanette Winterson nie jest zaskakująco szybka... i w tej sytuacji jest to niewątpliwym atutem. Stopniowo wzrastające napięcie, oczekiwania na to co przewidziała dla swoich bohaterów autorka, niepokój z tym związanym. "Przepaść czasu" to książka napisana pięknym, wyrafinowanym językiem, którą najlepiej czytać w odosobnieniu... wtedy uderza w czytelnika najmocniej treścią jak i swoim ukrytym przekazem. 

"Świat trwa, niezależnie od radości i rozpaczy, od szczęścia jednej kobiety czy straty jednego mężczyzny."

Jeanette Winterson, "Zimowa opowieść. Przepaść czasu"

"Przepaść czasu" to wybitna powieść inspirowana dziełem Szekspira o tym co zazdrość może zrobić z człowiekiem. Powieść, której czytanie zapiera momentami dech w piersiach. Dzieło Jeanette Winterson nie jest lekką, łatwą i przyjemną powieścią do czytania przed snem. To powieść z niesamowicie silnymi kreacjami bohaterów. Powieść podczas czytania, której łzy zbierają w oczach, a serce się rozdziera. Powieść niesamowita przez emocje, które przekazuje. To książka misternie napisana i przede wszystkim niesamowicie dopracowana. O takich pozycjach długo nie można zapomnieć... Język autorki jest odważny. Nie boi się mówić o społecznych bolączkach współczesnego świata. Tym samym przypomina o tym jak wiele negatywnych uczuć czai się w ludziach. Przypomina jednak także o tym, że te negatywne uczucie można wyprzeć przez te pozytywne. Nie ukrywa jednak, że to trudne... "Przepaść czasu" to poruszająca, niesamowicie mądra, i nietuzinkowa powieść o której długo nie zapomnę. Kopalnia wiedzy o życiu i pięknych cytatów na jego temat... 

Za możliwość przeczytania "Przepaści czasu" serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat!

czerwca 09, 2015

(364) Ocalona

(364) Ocalona
Tytuł: Ocalona
Autor: Aprilynne Pike
Wydawnictwo Dolnośląskie
Stron 328

„Wtedy zrozumiałam, że za chwilę zginiemy. W tym samym momencie mój strach rozpłynął się, poczułam wszechogarniający spokój.”
Aprilynne Pike, „Ocalona”

„Ocalona” nie jest moim pierwszym spotkaniem z twórczością Aprilynne Pike. Moje wcześniejsza styczność z tą autorką miała miejsce przy okazji czytania książki „Skrzydła Laurel”. Choć miało to miejsce kilka lat temu pamiętam, że wywarła na mnie pozytywne wrażenie... jednak „Ocalona” wywarła na mnie wrażenie jeszcze pozytywniejsze. Styl autorki jest taki sam, ale fabuła lepsza i bardziej dopracowana. No i trzeba przyznać, że „Ocalona” spodoba się także starszej młodzieży. Nie ma w niej w końcu wróżek, a są za to pościgi, tajemnice i akcja. To książka zupełnie inna, ale posiadająca taki sam urok z jakim spotkałam się podczas czytania „Skrzydeł Laurel”.

Tytułową ocaloną jest Tavia, która w katastrofie lotniczej straciła rodziców. Na ponad dwustu pasażerów ona jedyna przeżyła. Cud mówią wszyscy. Jednak Tavia nie wyszła z tego wydarzenia bez szwanku – poharatana spędziła wiele tygodni w szpitalu, rehabilitacja towarzyszy jej na co dzień. Przeżyła, ale ledwo. Oprócz ran fizycznych odniosła także rany psychiczne. Z tego powodu uczęszcza na psychoterapię do doktor Elizabeth. Mieszka u dalekiej rodziny i próbuje przywrócić swoje życie do normy. Zakochuje się w przystojnym Bensonie i kiedy wydaje jej się, że za chwilę wszystko wróci do normy, choć w nowym miejscu i wśród nowych ludzi zaczyna jej się ukazywać chłopak widmo. Czegoś od niej chce... pytanie tylko czy ma pokojowe zamiary czy wręcz przeciwnie. Wokół dziewczyny zaczynają się dziać rzeczy niezwykłe i nie do zrozumienia dla zwykłego śmiertelnika. Tavia zaczyna podejrzewać, że nie wszystko jest takie jakie jej się na początku wydawało. A jak się później okaże przeszłość kryje niejedną tajemnicę. Nie zdaje sobie jednak nadal sprawy z tego, że świat chyli się ku upadkowi, któremu może zapobiec porzucenie Bensona. A dziewczyna nie chce tracić jedynej (jak jej się zdaje) ważnej rzeczy w jej życiu. Zaczyna się niebezpieczna gra, a wygranym może być tylko jeden.

Aprilynne Pike zaskoczyła mnie kreacją bohaterów – wyraźną, a zarazem tajemniczą, a jednak pozwalającą co nieco przypuszczać, powątpiewać. Nie wiadomo kto jest czarnym bohaterem, a kto dobrym i nieskazitelnym do ostatniej strony... Książka pani Pike w ogóle mnie zaskakiwała! Ale zacznijmy od głównej bohaterki... Tavia jest odważną, a nie heroiczną bohaterką. Jest odważna, ale posiada także swoje własne lęki. Podczas książki przechodziła przemianę, która wynikała bardzo naturalnie ze zdarzeń. Nie ma w jej postaci nic naciąganego i tym mnie ujęła. Ma chwile lepsze i gorsze... I ma chwile na miłosne amory, o których za chwilę będzie trochę więcej. Poznajemy ją jako zagubioną, a próbującą się odnaleźć dziewczynę, a kiedy kończymy czytać „Ocaloną” jesteśmy po prostu dumni. Jednak inne postacie także są niczego sobie... każda postać pojawiająca się w tej powieści wnosi coś do niej.

Od kiedy tylko poznałam chłopaka widmo – Quinna bałam się, że autorka zaserwuje nam trójkącik i pytanie nurtujące główną bohaterkę „Którego mam wybrać?”, a ja po prostu nie lubię takich rzeczy. Spotkała mnie jednak miłe zaskoczenie, bo autorka niczego takiego na tacy nam nie podała. To wszystko potem jakoś samo stało się klarowne... Oczywiście. Aspekt miłości w tej książce jest ważny bez wątpienia, a jednak jest on jej pewnym elementem. Pojawiają się uczucia bohaterki, miłość bohaterów, ale nie jestem tym przesiąknięta każda strona. Jakoś dla mnie o wiele bardziej od wątku miłości był dostrzegalny wątek ucieczki oraz tajemnicy, którą owiana jest każda strona tej powieści.

„Ocalona” to książka podczas czytania której może okazać się przydatne analizowanie każdego zdania i każdego nawet nieistotnego dla czytelnika w pierwszej chwili wydarzenia. Powód jest prosty. Kiedy dochodzicie do ostatniej strony tej powieści okazuje się, że wszystko składa się w piękną, przejrzystą całość. Trzeba być tylko uważnym czytelnikiem. Zresztą... jak tak teraz o tym myślę to chętnie przeczytałabym tą książkę jeszcze raz, z tą wiedzą, którą posiadam już teraz. Odkryłabym tą książkę jeszcze raz. Na nowo. Kiedyś zresztą z pewnością to zrobię! Tym bardziej, że mnie osobiście ta książka zaskakiwała i to bardzo! A odkrywanie z Tavią tajemnic było przyjemnością. Owianą oczywiście nutką lęku o bohaterkę. Co jest w stu procentach zrozumiałe, kiedy jest w trakcie ucieczki... a nie wie przed kim tak naprawdę ucieka.

Aprilynne Pike posługuje się lekkim językiem. Przez to połknęłam jej książkę w okamgnieniu. Dodatkowym plusem jest fakt, że naprawdę postarała się o wciągającą i nieprzewidywalną fabułę. Dzięki „Ocalonej” miałam możliwość poznać autorkę w wydaniu zupełnie innym. Mniej dziewczęcym niż w wypadku „Skrzydeł”, a jednak obie serie mają w sobie urok. Tylko, że na chwilę obecną to właśnie ta wpada bardziej w moje czytelnicze gusta... Jest akcja! I za to bardzo autorkę cenię. Cenię ją także za tą, że stworzyła książkę dla czytelników lubujących się w romantycznych historiach, jak i fanów przygód i fantastyki. Przez to znacznie zwiększyła grono odbiorców swojej książki. Zdobyła i mnie.

„Ocalona” autorka Aprilynne Pike to rewelacyjna książka, którą czyta się w oka mgnieniu. Można znaleźć w niej dużo akcji, tajemnic, ale znajdzie się tez co nieco dla fanów miłosnych historii. Wszystko wyważone i podane w odpowiednich proporcjach. Odkryłam panią Pike na nowo i chcę to odkrywanie kontynuować. Rozpoczęła swoją nową serię w baaaaaardzo dobrym stylu. A jednak mogła to zrobić w stylu jeszcze lepszym. Myślę jednak, że kolejna część tej serii pt.: „Uprowadzona” jest jeszcze lepsza. Mam nadzieję, że to dopiero preludium... Mam nadzieję, że autorka będzie potrafiła mnie zaskoczyć i porwać do świata jak i sytuacji przez siebie wykreowanych jeszcze mocniej, jeszcze lepiej. A na razie...

Moja ocena: 8*/10 Rewelacyjna! (* oznacza baaaaaardzo mocną ósemkę, nawet taki mały plusik... ;) )

Za możliwość poznania autorki w zupełnie innym wydaniu serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat!

czerwca 06, 2015

(363) Każdego dnia

(363) Każdego dnia
Tytuł: Każdego dnia
Autor: David Levithan
Wydawnictwo Dolnośląskie
Stron 264

"[...] nadzieja zabarwiona nutą wątpliwości, ta wątpliwość, pod którą czai się nadzieja." 
David Levithan, "Każdego dnia"


 „Wow!” to pierwsze co przychodzi mi namyśl, kiedy przez moją głowę przewija się tytuł książki Davida Levithana. „Każdego dnia” to powieść, która mnie bardzo pozytywnie zaskoczyła. Nie spodziewałam się tego, że będę mogła zachwycać się w najbliższym czasie nad jakąś młodzieżówka. W tym wypadku to realne. „Każdego dnia” to świetna książka, która oderwała mnie od prawdziwego świata na kilka godzinek. Krótka, ale treściwa i żwawa. Jednak jest to przede wszystkim książka niesamowita... przez historię, którą opowiada. Jednak jest przy tym momentami boleśnie prawdziwa. Mimo to te wszystkie słowa są zbędne, kiedy wystarczy tylko jedno słowo na opisanie tej książki... „piękna”. Powieść Davida Levithana jest po prostu piękna.

Szesnastoletni A każdego dnia bez uprzedzenia budzi się w innym miejscu, innym ciele. Każdego dnia jest kimś innym. Jednego dnia chłopak, drugiego dziewczyna, homoseksualista, mistrz futbolu, modnisia... to tylko niektóre jego wcielenia. Przez lata A nabrał wprawy. Nauczył się jak ma żyć w ciałach innych mi nie zrobić nikomu krzywdy. Ustalił zasady, których powinien przestrzegać. A nie może się angażować, rzucać w oczy, mieszać w życiu innych osób. Dostosowuje się do zasad... aż do dnia kiedy budzi się w ciele Justina i poznaje jego dziewczynę, Rhiannon. Od tego dnia zasady przestają się liczyć. A znalazł kogoś kto staje się do niego ważny. A chce, żeby to Rhiannon stała się stałym elementem jego życia. Ale czy można kochać kogoś kto codziennie jest kimś innym? A zmienia ciała, życia każdego dnia. Jednak miłość jaką obdarował tą dziewczynę pozostaje niezmienna.

Autor od razu rzuca nas na głęboką wodę. Dzięki temu zabiegowi od pierwszej strony związałam się z postacią głównego bohatera. Postacią, którą bardzo polubiłam. A jest postacią niesamowicie pozytywną. Nie jest żadnym „macho”, jest za to chłopakiem, który wie czego pragnie od życie. Chłopakiem, który potrafi doceniać najmniejsze przyjemności płynące z dnia codziennego. To przez jego życie, a raczej ciągłe zmiany w nim zachodzące. Brak stabilności, który powoduje, że cieszy się ze zwykłego posiadania adresu e-mail. To zarazem bohater niesamowicie mądry i dojrzały. Jest także postacią, która potrafi kochać całym sobą. Przez wydarzenia, których jest świadkiem uczy się żyć w różnych relacjach, na różnym poziomach. A jednak nigdy nie nauczy się żyć z tą samą osobą przez cały czas... budzić się przy niej i zasypiać.

David Levithan miał świetny pomysł na książkę. W dodatku pomysł, który potrafił wykorzystać w pełni. Ta książka od pierwszej strony miała potencjał, a panu Levithan'owi udało się go wykorzystać. Autor potrafi zaskakiwać. Nie rozwodzi się nad niepotrzebnymi elementami. Pisze jasno i przekazuje czytelnikowi to co chce. Ta książka jest kwintesencją tego co dobre w literaturze młodzieżowej. Znajdziemy tu akcję, miłość, ale także problemy dnia codziennego. „Każdego dnia” to książka poruszająca i momentami wzruszająca. No i trzeba przyznać, że przy tym wszystkim jest bardzo wciągająca i urzekająca. Duży wpływ na to mają także barwne, ale realne postacie. Postacie, które mają wady... i lęki. Nawet A nie jest superbohaterem. To chłopak, którego od urodzenia spotkał nietypowy los, a jednak zwykły nastolatek.

Pomimo dużej ilości plusów, które posiada ta książka jeden przeważa... Fabuła. Fakt, że każdego dnia A znajduje się w innym ciele jest jakby osią wydarzeń w tej książce. Jak już napisałam wcześniej A ciągle znajduje się w ciele kogoś innego... a jednak osoba w której ciele się znajduje ma zawsze tyle samo lat co on. To, że raz jest w ciele homoseksualisty, raz w ciele dziewczyny pełnej seksapilu i innych postaci pozwala mu spojrzeć na życie ludzi z różnych perspektyw. A jak jemu to także i nam, jako czytelnikom. Pan Levithan daje nam tym samym możliwość spojrzenia na świat z różnych perspektyw, różnych płaszczyzn. I tu pojawia się kolejny plus postaci A... Jego cięte, ale jakże trafne riposty przewijające się przez jego głowę, które niejeden raz wywołały na mojej twarzy uśmiech. Są w końcu bardzo spostrzegawcze... i powiedzmy sobie szczerze: prawdziwe.

Relacja A i Rhiannon jak pewnie się domyślacie jest bardzo skomplikowana. Jednak jest ona z jednej strony niezwykle skomplikowana, a z drugiej niezwykle przejrzysta i... prosta. Prosta, bo oparta na prawdziwym uczuciu. Skomplikowana, ponieważ A każdego dnia wygląda inaczej. Wewnątrz jest taki sam, ale nie oszukujmy się... w tym wypadku wygląd także ma znaczenie. Nie jest to relacja banalna i wzbudzająca mdłości. To relacja oparta na wzajemnym zaufaniu, koleżeństwie i przyjaźni. Jednak to także relacja pełna miłości. Pięknej miłości, choć skomplikowanej. Ale czy jeśli coś jest skomplikowane to nie może być piękne?

„Każdego dnia” to powieść o które mogłabym pisać długo i dużo. Piękna... choć w pewnym sensie prosta. Ale to chyba właśnie ta  prostota jest w niej tak urzekająca. Wciągająca i zaskakująca. Autor zaskakiwał mnie kolejnymi „przeobrażeniami” A. Podczas lektury tej książki David Levithan zaskakiwał mnie, a swoją książka niejednokrotnie wzruszał... To powieść, która pokazuje, że każdy z nas jest inny. Inny, ale wyjątkowy na swój własny sposób. „Każdego dnia” to także książka, która na długo pozostanie w mojej pamięci... jest niesamowita... po prostu niezwykła. To wspaniałe, wyróżniające się działo wśród ogromnej ilości książek młodzieżowych. Aż dziwne, że autorowi udało się pomieścić tyle wartościowej treści w powieści posiadającej tak mało stron. Dobra... przyznam Wam się. Ta książka po prostu powaliła mnie na kolana. A młodzieżówkom tak często to się w moim wypadku nie udaje.  Nie pozostaje mi więc nic innego jak tylko Was gorąco zachęcić do jej przeczytania!

Moja ocena: 10/10 Arcydzieło!

Za możliwość poznania tej niesamowitej historii serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat!

czerwca 05, 2015

(362) Paragraf 5

(362) Paragraf 5
Tytuł: Paragraf 5
Seria: Paragraf 5 (#1)
Autor: Kristen Simmons
Wydawnictwo Dolnośląskie
Stron 312

"[...] Jesteś jedynym stałym elementem mojego życia. kiedy wszystko się rozwaliło, tylko ty mi zostałaś."
Kristen Simmons, "Paragraf 5"

Przez długi czas nie sięgałam po antyutopie. Ta przerwa trwała aż do momentu kiedy w moje ręce trafiła książka Kristen Simmons pod tytułem: "Paragraf 5". Książka, która bez wątpienia nie jest idealna... Książka, którą niejeden raz miałam za sprawą głównej bohaterki wyrzucić przez okno. A jednak pomimo tego książka, którą przez większość czasu czytałam z dużą dawką przyjemności. Książka, której czytanie zajęło mi bardzo mało czasu.  Książka może trochę przewidywalną, a jednak ciekawą i interesującą. Dzieło Kristen Simmons nie jest arcydziełem, ale jest za to bardzo dobrą książką, która niejedną osobę oczaruje i naprawdę wciągnie. Myślę, że i mnie odrobinę zauroczyła... a zresztą za chwilę poznacie w pełni moje wrażenia.

Ale zacznijmy od początku... Ameryka. Przyszłość. W świecie po Wojnie zaszły niewyobrażalne zmiany. Metropolie przeobraziły się w opuszczone miasta. Świetność takich miast jak Nowy Jork czy Waszyngton jest jedynie mglistym wspomnieniem. Z ulic znikła policja, teraz znajdują się na niej tylko żołnierze. Ameryka stała się państwem prawa... prawa tak absurdalnego, że staje się bezprawiem. Nie ma już także mandatów. Są aresztowania i procesy... za czytanie nieodpowiednich książek, wychodzenie z domu po zmroku czy za bycie nieślubnym dzieckiem. Najgorsze jest jednak to, że osoby, które zostały aresztowane prawie nigdy nie wracają. Znikają bez śladu. 
Siedemnastoletnia Ember radzi sobie jednak w tej nieciekawej rzeczywistości. Pomimo nerwów związanych ze swoją buntowniczą mamą, która nie godzi się na negatywne zmiany zachodzące w Ameryce. Przez trzy lata, które minęły od Wojny nauczyła się zachowywać tak, żeby nie wyróżniać się z tłumu. Dziewczyna dobrze zdaje sobie sprawę z tego, że w takich sytuacjach najlepiej być po prostu niewidzialnym. Mimo bycia niewidzialnym potrafi zdobyć jedzenie, kartki na odzież, przechodzić bez problemu inspekcje wojskowe. Jednak jak się okazuje przed najgorszym nawet bycie niewidzialną nie może jej uratować. Pewnego dnia przed jej drzwiami stają żołnierze. Mają nakaz aresztować ją oraz jej mamę za pogwałcenie paragrafu piątego. Jednak od aresztowania jeszcze gorszy jest fakt, że jednym z dokonujących jego żołnierzy jest bardzo bliski przyjaciel Ember z dawnych czasów, Chase. Dziewczyna zostaje rozdzielona z matką i zabrana do ośrodka, w którym dopiero tam dostrzega cały obraz powstałego okrucieństwa.

"Paragraf 5" nie jest książką, do której potrzeba geniusza, żeby domyślił się co wydarzy się dalej. Jest odrobinę przewidywalna, a jednak to mi nie odbierało przyjemności czytania. Potrzebowałam trochę relaksu i od książki pani Simmons go otrzymałam. Przyznaję, że "Paragraf 5" wciąga... i to nawet bardzo! Fakt, faktem, że akcja nie zatrzymuje się ani na chwilę. Jest w niej dużo zwrotów i nie toczy się tylko i wyłącznie w jednym kierunku. Całości dopełniają naprawdę zgrabne dialogi, które pod żadnym względem nie są przecukrzone. Owszem pojawia się wątek miłosny... ale daleko mu do etapu migdalenia się. Więc co powoduje, że pomimo tych plusów mam tak mieszane uczucia wobec tej książki? 

Główna bohaterka. Niejednokrotnie w swoich recenzjach zaznaczałam już, że nie lubię bohaterek idealnych, bez skazy... Ale nie lubię też bohaterek, które są egoistkami. A Ember niestety zalicza się do tej drugiej grupy. To przykre. Ember ma siedemnaście lat, zero empatii i jest gotowa poświęcić życie innych dla swojej wygody, dla swoich celów. Nieważne, że chodzi o powrotne złączenie swoich losów z losami mamy. To jeszcze potrafiłabym zrozumieć. Jednak nie potrafię zrozumieć faktu, że nie waha się ani chwili... szantażuje, zostawia, wydaje osądy bez namysłu. To irytujące. Oczywiście jak możecie się domyślać z czasem doświadcza przemiany: staje się odpowiedzialna i dojrzała, dorosła. Nie potrafi zrozumieć Chase'a. Tego co go trapi, aspektów, które go trapią. Jest bezlitosna, rani innych. Oczywiście nie jest nam przedstawiana przez autorkę jako skończona jędza, a raczej jego rozważna, młoda dziewczyna, pokrzywdzona przez czasy w których przyszło jej żyć. Ale ja ją niestety odebrałam negatywnie...Cały czas mam jednak nadzieję, że początek jej przemiany pod koniec tej części rzuci światło, a co za tym idzie rozbłyśnie z całą mocą w kolejnej części. 

Bardzo sporadycznie zdarza się, żeby losy bohaterów drugoplanowych zainteresowały mnie bardziej od losów głównej bohaterki, a jednak tak było w tym przypadku. Chętnie spojrzałabym na tą historię z innej perspektywy. Ale, ale... Ta książka z tej perspektywy z której została ukazana także ma swoje plusy. A chyba największym jest Chase i jego cięte riposty oraz nuta tajemnicy, którą jest owiana cała powieść. I muszę się nawet przyznać do tego, że czułam momentami dreszczyk emocji podczas czytania. Może to spowodowało, że przeczytałam ją w naprawdę szybkim tempie? A nawet ze strony na stronę podobało mi się coraz bardziej! Autorka stworzyła świat, który budzi w człowieku swego rodzaju trwogę. To świat bezlitosny... 

Kristen Simmons napisała bardzo dobrą książkę do której w sumie nie mam większych zastrzeżeń pomijając postać głównej bohaterki. Niby główna postać to rzecz bardzo ważna, a jednak mam wrażenie plusy i minusy tej książki powodują że w rezultacie "Paragraf 5" wychodzi na plus. Autorka wykreowała bardzo rzeczywisty świat. To wizja przyszłości, która nie jest wzięta z kosmosu. To książka po prostu realniejsza od innych. I właśnie za tą jej realność i za to, że mnie wciągnęła, a autorka swoim lekkim piórem zachęciła do czytania dostaje ode mnie 7+/10. I wiecie co? Jestem bardzo ciekawa następnej części!

Moja ocena: 7+/10 Bardzo dobra z plusem!

Za możliwość przeczytania książki "Paragraf 5" serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat!

lutego 04, 2015

(330) Wołanie kukułki

(330) Wołanie kukułki
Tytuł: Wołanie kukułki
Cykl: Cormoran Strike
Autor: Robert Galbraith (#1)
Wydawnictwo Dolnośląskie
Stron 452
Kryminałom i mi jakoś zawsze było nie po drodze. Oczywiście, że od czasu do czasu zdarzało mi się jakiś przeczytać, ale nie ukrywajmy... nie działo się to zbyt często. Ostatnio to się jednak zmieniło na lepsze. Jakoś tak się polubiliśmy i z tej sympatii przeczytałam książkę „Wołanie kukułki” autorstwa Roberta Galbraitha. A raczej autorstwa J. K. Rowling piszącej pod tym pseudonimem. Hm... tu nasuwa się pytanie... po co ten pseudonim skoro i tak wiadomo o kogo chodzi? Choć... muszę przyznać, że podczas czytania, a nawet zasiadając do komputera, żeby napisać tą recenzję o tym... zapomniałam. W każdym razie było to moje pierwsze spotkanie z tą autorką ( pomijając oczywiście Harrego Pottera) – spotkanie owocne, przyjemne i zachęcające do sięgnięcia po następną część pt. „Jedwabnik”.

Cormorana Strike po rozstaniu ze swoją charakterną narzeczoną, kiedy ma już dosyć wszystkiego spotyka kolejne niemiłe zaskoczenie, kiedy w jego drzwiach staje kobieta o imieniu Robin, wysłana do niego przez Agencję Rozwiązań Tymczasowych. Na tym nie koniec zaskoczeń, bowiem potem do drzwi biura detektywa puka brat jego dawnego przyjaciela. Niespodziewany gość chce, żeby Cormoran zajął się sprawą śmierci jego siostry – supermodelki Luli Landry. Prywatny detektyw przystaje na propozycję tym bardziej, że wisi nad nim niezapłacony czynsz. Ta sprawa to dla niego szansa na rozpoczęcie życia od nowa po rozstaniu z kobietą swojego życia, zlikwidowania swoich długów oraz osiągnięcia spokoju. Ale Strike jest weteranem wojny w Afganistanie..., a to rzuciło cień na całe jego życie.

Robin z kolei jest dziewczyną, która dopiero szuka swojego miejsca w świecie pracy. Po przeprowadzce z chłopakiem staje się tzw. „tymczasowym rozwiązaniem” w ten sposób trafiając do Strike'a. Ich współpraca układa się z początku bardzo oschle... A wszystko przez to, że Cormoran nie dostrzega potencjału swojej nowej – tymczasowej sekretarki. Na szczęście dość szybko ulega to zmianie. Młoda kobieta jest spostrzegawcza i inteligentna, a co za tym idzie... mało brakuje jej do tego, aby dorównać swojemu mentorowi. Jej ambicje nie podobają się jednak jej partnerowi, ale trzeba mieć nadzieję, że to jej nie złamie...

Sama zagadka kryminalna jest ciekawa i zaskakująca. Policja uznaje, że Lula popełniła morderstwo, a jej brat twardo obstaje za tym, że to było zabójstwo... Detektyw ma twardy orzech do zgryzienia. I jeszcze jedno... zwroty akcji, ciekawi bohaterowie... J.K. Rowling wie jak pisać! I choć wejście detektywa w świat wyższych sfer jest tematem już trochę obrobionym to jednak pomimo tego postać głównego bohatera to wszystko rekompensuje. Czy wiedziałam kto zabił już na samym początku? Nie! I choć ja nie mam zbytnej wprawy to jednak uważam, że rozwiązanie zagadki jeśli chodzi o tą książkę bez wątpienia takie łatwe nie jest. „Wołanie kukułki” to książka, której strony przewracałam automatycznie... Wciągający świat i plastyczny język autorki. Tak by brzmiała krótka charakterystyka tej książki. To jednak także niezwykle ciepła powieść. Cormoran Strike jest skomplikowaną osobowością (chyba jak każdy detektyw w książkach... ups), a przy tym wszystkim postacią, którą ze strony na stronę lubi się coraz bardziej.

Robert Galbraith stworzył naprawdę świetny kryminał, który przeczytałam w mgnieniu oka. Czas spędzony z prywatnym detektywem Cormoranem był przyjemnością. Jego relacje z Robin oraz trafne dialogi bohaterów dodawały smaczku całej książce. Nie ma w tej książce wielkich romansów, ale jest za to naprawdę dobry wątek kryminalny. Zakończenie nie jest „oczywistą oczywistością”. Choć chyba wolałabym, żeby morderstwo dotyczyło osoby innej niż wielkiej sławy, bo to temat już trochę oklepany. Pomimo tego wejście w świat wyższych sfer i ich humorów bez wątpienia dodało smaczku całej książce. Autor(ka) ma naprawdę lekkie, wykształcone pióro.

„Wołanie kukułki” to książka, która wcale mnie nie zaskoczyła pod jednym względem. Wiedziałam, że będzie dobra i się nie myliłam ;) A musicie przyznać, że taki brak zaskoczenia jest akurat czymś bardzo miłym. J.K. Rowling stworzyła książkę ciekawą od początku do końca – w dodatku ze świetnymi bohaterami. Dobry wątek kryminalny to największy plus tej książki, a do tego dochodzą jeszcze świetne dialogi, które nie są głupie. Warto też dodać, że dzięki autorce dowiadujemy się dużo na temat samego detektywa - nie jest on tylko "robotem" w tej historii. "Wołanie kukułki" to przede wszystkim książka, która mnie niesamowicie wciągnęła - po prostu porwała. Ta książka ma klimat. Więc jeśli szukacie naprawdę dobrego kryminału to nie zostaje mi nic innego jak tylko Wam serdecznie polecić tę powieść! 

Moja ocena: 8/10 Rewelacyjna!

Za możliwość poznania prywatnego detektywa Cormorana Strike'a serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat!

stycznia 06, 2015

(323) Studnia wieczności

(323) Studnia wieczności
Tytuł: Studnia wieczności
Seria: Magiczny krąg (#3)
Autor: Libba Bray
Wydawnictwo Dolnośląskie
Stron 760

"Niezgoda nie musi stanowić przeszkody. Z różnic można czerpać siłę.” Libba Bray "Studnia wieczności"

"Magiczny krąg" to seria, którą chciałam przeczytać od kiedy tylko pojawiła się na rynku wydawniczym. Potem nadarzyła się okazja. Recenzję "Mrocznego sekretu" i "Zbuntowanych aniołów"  mogliście przeczytać już jakiś czas temu. Teraz przyszedł czas na trzecią i ostatnią część serii - w recenzowaniu. Czy "Studnia wieczności" trzyma poziom poprzednich części? Tak! Czy dobrze się ją czytało? Tak! A muszę jeszcze dodać w tym miejscu, że jej objętość w niczym nie przeszkadza, a autorka ani przez chwilę krótko mówiąc nie przynudza... Ale warto zacząć od początku, a więc to było tak...

Minął już prawie rok odkąd szesnastoletnia Gemma Doyle trafiła do Akademii Spence. Dla dziewczyny był to rok pełny przygód (nie tylko tych przyjemnych), ale także rok pełny nowych wyzwań i doświadczeń. Krótko mówiąc - dużo się działo. I teraz nie będzie inaczej. Gemma myślała, że po pokonaniu Kirke ona i jej bliscy będą mogli w końcu odpocząć i odetchnąć z ulgą. Niestety, myliła się. Zanosi się na to, że to dopiero początek, a nowe wyzwania dopiero na nią czekają. A do ostatecznego starcia droga jeszcze długa. Dziewczyna chciałaby się teraz zająć tylko przygotowaniami do debiutu na londyńskich salonach. Nie będzie jej to jednak dane. Nad głową dziewczyny zbierają się czarne chmury. Obawy o jej magiczne zdolności, tajemnicze wizje, których nie potrafi sobie wyjaśnić i niepokój w sercu związany ze zniknięciem Kartika. Dziewczyna nie może sobie pozwolić na pomyłki i błędne ruchy. Każdy jej błąd może kosztować życie jakąś bliską dla niej osobę. Dla Gemmy zapowiada się trudny okres w życiu... 

Wiktoriańska Anglia to coś co kocham! A Libba Bray znowu mi tego dostarczyła. Rozwodziłam się już o tym w recenzjach poprzednich części, ale i przy tej nie mogę tego pominąć. Tym bardziej, że autorka o tej wiktoriańskiej Anglii nie zapomina i teraz. Autorka pisze niezwykle zgrabnie i pięknie oddaje klimat. To wszystko nadaje tej książce smaczku i powoduje, że wyróżnia się na tle innych. I muszę przyznać, że będzie mi tego bardzo brakować. Tym bardziej, że nie każda książka ma tak pięknie wykreowany czas i miejsce akcji. Choć trzeba przyznać, że tą część można uznać za najbardziej mroczną z całej trylogii. Gęsia skórka pojawiła się nie raz, nie dwa. Na szczęście i z tym autorka nie przesadziła. Szkoda tylko, że to już koniec...

Postać Gemmy Doyle to postać, która polubiłam już od pierwszej części tej serii. Dojrzała, wyważona - czyli bohaterka taką, którą lubię. W tej części jednak panna Doyle przechodzi lekką transformację... W pewnym momencie staje się bezbronna jak baranek, a z drugiej strony coraz silniejsza psychicznie. Miałam wrażenie, że główna bohaterka staje się rozważną kobietą, która wie, że nie może wierzyć w każde wypowiedziane słowo. W bohaterkę, która nie wierzy bezgranicznie w zapewnienia ludzi. ale zdaje się także na swój instynkt i przeczucia. Dziewczyna zaczyna rozumieć, od słów ważniejsze są czyny, a że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Stanie przed trudnym wyborem komu zaufać, a komu nie. Przyjaciółki Gemmy w poprzednich seriach mnie lekko... cóż... irytowały. Jednak ona była zawsze ponad to (choć muszę przyznać, że momentami im ulegała). W tej części Gemma staje się indywidualnością i pokazuje, że ma własny rozum, którego nie boi się używać. I jak tu jej nie lubić? ;)

Przydałoby się także wspomnieć paroma słowami na temat fabuły i akcji, Zrobię to z przyjemnością! Tym bardziej, że autorka i w tej kwestii nie zniża poziomu. (Z tej autorki to chodzący ideał, prawda?) Co wydaje się dość trudne tym bardziej, że to już ostatnia - finałowa część. No i spójrzmy prawdzie w oczy - to prawdziwa cegła. Cegła wyważonej akcji oraz ciekawej ani na chwilę nie obniżającej poziomu fabuły. Autorka pisze genialne i ma bardzo fajne pomysły. Nie przynudza, nie denerwuje. A co najważniejsze, że nie przeciąga pewnych wątków za długo. Wie kiedy nadchodzi odpowiedni moment, żeby powiedzieć "dość" i ładnie zgrabnie zakończyć pewien wątek. To wszystko powoduje, że jestem w pełni usatysfakcjonowana tą książką. 

"Studnia wieczności" to ostatnia część serii "Magiczny krąg". Pięknie wydana tak jak poprzednie dużo obiecuje i obietnicy dotrzymuje. Wartka akcja, ciekawa fabuła, sympatyczna, a przede wszystkim mądra główna bohaterka. Libba Bray kończy swoją serię w mistrzowskim stylu, a co najważniejsze w mojej ukochanej wiktoriańskiej Anglii, "Studnia wieczność" to powieść bardzo klimatyczna i nastrojowa. Pokazuje przyjaźń, mądrość i dojrzewanie... wchodzenie w dorosłość. I choć problemy głównej bohaterki nie pokrywają się z problemami każdej z nas to jednak jestem pewna, że każda z nas coś porywającego w tej książce znajdzie. Nie pozostaje mi więc nic innego jak tylko serdecznie polecić Wam całą serię, jeśli jej jeszcze nie czytaliście. Mam bowiem cichą nadzieję, że osób, które pierwsze tomy już poznały zachęcać nie muszę. Mi teraz pozostaje tylko poznać inne książki tej autorki... 

PS. Choć żal mi się żegnać z tą serią to jednak jestem zadowolona, że autorka wiedziała w którym momencie ma skończyć. Przez to wszystko jest pięknie skondensowane i dostajemy trzy książki na naprawdę wysokim poziomie. A nie mamy kolejnej serii, które wlecze się bez sensu...

Moja ocena: 10/10 Arcydzieło!

Za możliwość poznania ostatniej części losów sympatycznej Gemmy Doyle serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat!

lutego 15, 2014

(285) Magia krwi

(285) Magia krwi
Tytuł: Magia krwi
Seria: Magia krwi (#1)
Autor: Tessa Gratton
Wydawnictwo Dolnośląskie
Stron 392

Która z dziewczynek nie marzyła nigdy o tym, żeby zostać czarodziejką? Przypuszczam, że kilka się znajdzie... Osobiście miałam moment kiedy byłam zafascynowana czarodziejkami, a jednak nie było to moje marzenie. Tessa Gratton chciała zostać czarodziejką i jej marzenie rzuciło cień na jej dorosłe życie. Nie została czarodziejką, a jednak napisała mroczną książkę pełną tajemnic, magii i niebezpieczeństw... Tylko czy aby w dobrym stylu spełniła po części to swoje dziecięce marzenie? 

Drusilla Kennicot po tragicznej śmierci rodziców dostaje tajemniczą przesyłkę z księgą z... zaklęciami i listem od nieznanego jej Diakona. Autor listu sugeruje, że zaklęcia zawarte w książce spisał dla niej tata. Trudno jej jednak w to uwierzyć po tym wszystkim co się wydarzyło. Dziewczyna postanawia podzielić się zdobytą wiedzą ze swoim bratem i Rees'em oraz nowo poznanym przyjacielem Nick'iem, który szybko zajmuje w jej sercu ważne miejsce. Okazuje się jednak, że nie tylko oni wiedzą o magii. Josephine chce mieć dostęp do grobu ich taty. Czy tym młodym ludziom uda się obronić jego grób? A wreszcie czy uda im się uratować? Kto stoi za śmiercią ich rodziców? Czy Silla i Nick będą razem pomimo problemów? 

Od czasu do czasu jestem skłonna skusić się na przeczytanie książki, gdzie świat realny miesza się ze światem magii. Tym razem padło na książkę w sumie w Polsce jeszcze mało znaną, ale za to interesującą, posiadającą intrygującą okładkę. Więc jak mogłam się nie skusić? Miałam ochotę przeczytać coś lekkiego, co wciągnie mnie na kilka godzin. Trafiłam na właściwą książkę - ciekawą, porywającą, lekką, a jednak nie zachwycającą... 

Pomysł bardzo ciekawy. Ta książka ma klimat i to jej trzeba oddać. Jest napisana tak z dwóch perspektyw. Jedna część to to co dzieje się tu i teraz. Druga część to pamiętnik pisany na początku dwudziestego wieku. I muszę z przykrością przyznać, że ta druga część jest napisana o wiele lepiej. Jest jej niestety o wiele mniej. Pierwsza jest po prostu momentami dziwna, sztuczna... 

Tessa Gratton wprowadziła do swojej książki wątek romantyczny. I po co?! Bez sensu. Ta książka jest świetna - naprawdę. Świetna do momentu kiedy autorka zaczyna się bawić w miłostki. Autorka nadała tej książce mroczny klimat, ale niestety dopiero pod koniec nauczyła się panować nad związkiem głównych bohaterów. Ich kłótnie były bezsensowne, głupie, drętwe, sztuczne, a wreszcie dziwne... Nick i Drusilla byli momentami strasznie dziecinni, a już chwilę później byli zadziwiająco dojrzali. Te zmiany były zupełnie niepotrzebne. A ich sprzeczki były nie na miejscu. W tej książce obiekt uczuć głównej bohaterki nie jest szarmancki, dojrzały itd... Może to jest zaleta tej książki? Zwykli bohaterowie, ludzkie słabości, a jednak trochę magii? Już sama nie wiem co mam o tym myśleć. Ta książka wywołuje wielki zamęt i tyle. 

Jak już wspomniałam wcześniej klimat jest niesamowity, mroczny, tajemniczy. Bohaterowie jednak czasami to psują swoją sztucznością. Autorka powinna ich jeszcze trochę dopracować. Bo jak dotychczas niestety budzą momentami jedynie moje rozdrażnienie. Nie lubię sztuczności. Chcę żeby książka porwała mnie do swojego świata, a jeśli wydaje mi się on dziwny - sztuczny to przecież mnie nie porwie, prawda? Ale przecież ta książka ma także plusy! Ciekawa fabuła, szybka akcja, ciągłość przyczynowo skutkowa, a trafiają się przecież także ciekawe, intrygujące postacie jak np. Josephine i macocha Nicka. A nawet postacie godne uznania jak np. Drusilla, która swoją dojrzałością, pewnością i wytrwałością budzi prawdziwe uznanie i dumę. 

"Magia krwi" to debiut literacki Tessy Gratton - japonki z pochodzenia. Kobiety, która chciała być paleontologiem lub czarodziejką, a została pisarką z pożytkiem dla 21 krajów, w których została przetłumaczona jej powieść. Tak! Z pożytkiem! Pomimo wpadek z tymczasową sztucznością w książce autorce udało się stworzyć naprawdę ciekawą, wciągającą książkę. Pojawiają się niestety niedoróbki. Ale w końcu nic nie jest idealne... Dzieło stworzone przez p.Gratton to książka pełna tajemnic, mroczna, z nutą romantyczności - małą, a jednak... Jednak przy tym wszystkim jest to także książka momentami bardzo smutna i pokazująca, że warto walczyć o szczęście do ostatniej chwili... dawać z siebie wszystko! Mam cichą nadzieję, że następna część będzie bardziej dopracowana pod względem dialogów, a jednak tak samo ciekawa...

Moja ocena: 7/10 Bardzo dobra!

Za książkę serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat!

lipca 30, 2013

(268) Syrena

(268) Syrena
Tytuł: Syrena
Trylogia Syreny (#1)
Autor: Tricia Rayburn
Wydawnictwo Dolnośląskie
Stron 360
Opis Wydawcy:
Dla Vanessy i Justine Sands miały to być zwyczajne wakacje w miasteczku Winter Harbor. Jednak któregoś dnia, po burzliwej kłótni, Justine udaje się nad urwisko, by poskakać do wody, a nazajutrz fale wyrzucają jej ciało na brzeg, Vanessa nie ma wątpliwości, że to coś więcej niż nieszczęśliwy wypadek. Wkrótce następuje seria tragicznych zdarzeń - przerażeni mieszkańcy nadmorskiego miasteczka znajdują na plaży ciała mężczyzn z twarzami zastygłymi w szerokim uśmiechu… Czy to, co odkryje Vanessa, może oznaczać koniec jej wakacyjnej miłości, a nawet życia, jakie dotąd wiodła?


Moja recenzja:
Syreny... według "Katalogu stworzeń fantastycznych" - "Stwory morskie obdarzone ogromną siłą uwodzenia; półkobiety i półryby. Swym urzekającym głosem doprowadzają do szaleństwa marynarzy, którzy podobno nawet skaczą za burtę, by znaleźć się u ich boku".* Tytuł książki "Syrena" z jednej strony zachęcił mnie do przeczytania tej książki, a z drugiej zniechęcił. W końcu tytuł jest bardzo przewidywalny. O czym więc jest ta książka? Oczywiście o syrenach. Zagadką jednak jak na razie nadal pozostaje dla Was to w jakim aspekcie zostały przedstawione w dziele p.Tricii Rayburn. 

Wakacje to czas wyjazdów, przygód, miłosnych historii, ale także czas... tragedii. Rodzina Vanessy wyjechała na wakacje jak co roku do miejscowości Winter Harbor. Chcieliodpocząć od zgiełku miasta, spotkać się ze starymi znajomymi. Jednak te wakacje zaczęły się inaczej. Nagle całą miejscowość obiegła wiadomość o tragicznej śmierci nastolatki. Siostra Vanessy - Justine pojawiła się nagle na okładkach wszystkich gazet. Zginęła w odmętach wody prawdopodobnie popełniając samobójstwo. Ale czy na pewno? A może ktoś jej w tym pomógł? Dziewczyna postanawiła rozwikłać zagadkę śmierci swojej siostry.

Główna bohaterka była cichą, nieśmiałą dziewczyną. Jej siostra była jej zupełnym przeciwieństwem. Przechodziła na ulicy, a wszyscy się za nią oglądali. Ale czy na pewno tak było? Może prawda jest zupełnie inna? Gra pozorów? Kiedy Justine zginęła nikt nie mógł w to uwierzyć. Szczególnie Vanessa. Postanawiła pomimo wszystkich swoich obaw wrócić do Winter Harbor i dowiedzieć się co tak naprawdę się wydarzyło. Dlaczego? Bo siostra była najważniejszą osobą w jej życiu, bo ją kochała, bo była jej najlepszą przyjaciółką, bo przy niej czuła się bezpieczna - potrzebna, bo w niej miała zawsze oparcie. Tracąc siostrę straciła cząstkę siebie.

"Najlepszy sposób na opanowanie lęku przed ciemnością to udawać, że jest naprawdę jasno"

Dla Vanessy te wakacje miały być inne niż wszystkie poprzednie. Wakacyjna miłość - to nie były jej jedyne problemy. Musiała rozwikłać zagadkę. Zaczynała jako zwykła dziewczyna, a kończyła jako... osoba o wiele doroślejsza, rozsądniejsza, ambitniejsza, pewniejsza siebie.
Zaczęła inaczej patrzeć na świat - zmieniła się, a otoczenia wraz z nią. A może to właśnie otoczenie i sytuacja w jakiej się znalazła tak naprawdę ją zmieniło?

Główną bohaterkę zaczęłam darzyć sympatią. Jest taka "normalna", "zwykła" - nie wybrzydza, nie wymyśla, nie sprawia kłopotów. Jest poukładana, spokojna, cicha, nieśmiała. W sumie jak każda bohaterka książki paranormal romance... Ale ja ku swojemu własnemu zaskoczeniu nie zaliczam pod prawie żadnym względem "Syreny" do tej kategorii. Pojawia się wątek kryminalny, ale dużo tu także miłości. Ciekawa, a przy tym prosta - taka jest właśnie ta książka. I choć wątek "kryminalny" przeważa to jednak ten wątek miłosny jest ciepły, spokojny, party na zaufaniu.

Czytałam na temat tej książki mnóstwo pozytywnych opinii, a pomimo tego cały czas coś mnie zatrzymywało przed jej lekturą. Może ta syrena w tytule mnie odstraszała? Z pewnością. Bałam się, że ta książka będzie do bólu przewidywalna. Jednak pomimo tego, że momentami była troszkę przewidywalna to jednak spędziłam przy niej bardzo miło czas. To taka książka po którą kiedy już raz sięgniesz to potem trudno ją choć na chwilę odłożyć na bok.

Klimat powieści jest mroczny i tajemniczy. A syreny (które oczywiście występują w tej książce) są zupełnie inne. Takie ludzkie, a przy tym jednak takie nieziemskie - odległe. Autorce udało się nie zrobić z tej książki komedii - i bardzo dobrze! Bardzo łatwo było mi utożsamić się z główną bohaterką, po części także przez narrację pierwszoosobową i prosty, lecz ciekawy język autorki.

Tricia Rayburn stworzyła bez wątpienia ciekawą, wielowątkową powieść. Nie idzie po najprostszej linii oporu, a wręcz na odwrót. Kombinuje, miesza, a jednak pomimo tego w tym wszystkim jest porządek. Przez co "Syrena" staje się lekturą wartościową, ciekawą, momentami nawet pouczającą. Przyznaję, że bardzo mnie zaskoczyła. Nie oczekiwałam po niej tak dojrzałej książki. Jak widać pozory mylą. "Syrena" to idealna książka na wakacje. Dla chwili odprężenia, zapomnienia, po prostu dla mile spędzonego czasu. Największa szansa, że spodoba się młodzieży. Polecam Wam ją serdecznie! To nie jest kolejny pusty "paranormal romance".

Okładka we mnie osobiście budzi lekki niepokój ;)


Moja ocena: 7+/10 Bardzo dobra z plusikiem!

Za książkę serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat!


*Cytat pochodzi z książki "Katalog stworzeń fantastycznych" str. 96 wyd. Papilon 2007 r.
*Cytat pochodzi z książki "Syrena" Tricia Rayburn wyd. Dolnośląskie 2010 r.

kwietnia 28, 2013

(249) Zbuntowane anioły

(249) Zbuntowane anioły
Tytuł: Zbuntowane anioły
Trylogia Magiczny Krąg (#2)
Autor: Libba Bray
Wydawnictwo Dolnośląskie
Stron 488
Moja recenzja: 
Niedawno skończyłam czytać pierwszą część trylogii Magiczny krąg pt. "Mroczny sekret". Byłam zachwycona, więc szybko zaczęłam czytać drugą część "Zbuntowane anioły". Przy jej czytaniu było dużo radości, przyjemności, satysfakcji ale także... irytacji. Irytacji z wielu powodów. Jednak z pewnością nie były to uwagi dotyczące samej książki, a bohaterów, którzy mnie wyjątkowo irytowali. Autorka po raz kolejny zaserwowała czytelników porcję dobrej literatury. W tej części pojawiło się jednak jeszcze więcej wiktoriańskiej Anglii. I to jest zdecydowany plus tej powieści!


Gemma razem ze swoim przyjaciółkami wyjeżdża na Boże Narodzenie do Londynu. Ann pomimo swojej niskiej pozycji społecznej także wyjeżdża na podbój londyńskich bali. Felicity zgadza się wziąć ją do siebie na święta. Robi to jednak z potrzeby serca czy po to, że utrzeć nosa swoim rodzicom? U boku Gemmy pojawia się przystojny młodzieniec Simon Middleton. A jednak jej serce cały czas zaczyna szybciej bić przy boku Kartika. Tylko, że związek z tym drugim jest niemożliwy. Simon to dobra partia, ale czy nie za dobra dla Gemmy? 

Felicyty co chwilę zmienia swoje oblicza. Raz jest milutka jak aniołek, a już po chwili zachowuje sie jak diabełek. Jaka naprawdę jest ta dziewczyna? Co skrywa w swym sercu? Czy Gemma może na niej polegać? Obawiam się, że nie. W końcu ta dziewczyna robi wszystko dla swojego interesu. Ann postanawia kłamać. Udaje, że jest rodziną księcia Rosji. Jednak w Londynie nic nie ma prawa się ukryć, prawda? Tym bardziej wśród wyższych stref. Czy i tym razem tak będzie? 

Wielkimi krokami zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Choinka, przygotowywanie potraw, prezenty... Czas zgody nastał. Jednak dla Gemmy jest to kolejny czas poszukiwania, rozwiązywania zagadek. Czy sobie z tym poradzi? Szesnastoletnia dziewczyna może polegać tylko na sobie. Okłamuje swoich najbliższych, a jej ojciec nie radzi sobie ze śmiercią jej matki. Czy dla tej dziewczyny jeszcze wszystko może wrócić do normy? Czy przeżyje sielankowe święta? Nie! Dla Gemmy jest to bardzo trudny czas. Musi robić dobrą minę do złej gry. Nienawidzę tego uczucia, więc domyślam się, że dla bohaterki musiało to być bardzo trudne. 

Dziewczyny przenoszą się rzadziej niż w pierwszej części do Międzyświata. A tam czeka na nich Pippa. Jej relacja z Gemmą jest dosyć skomplikowana, za to jej relacja z Felicity kwitnie. Biedna Ann jest zdana na Felicity, więc robi wszystko to co ona. 
Dla Gemmy najważniejszym celem jest ponowne zapieczętowanie magii, jednak jej przyjaciółki chcą zachować tą magię dla siebie i wykorzystać dla swoich własnych celów. To było bardzo irytujące! A Gemma niestety momentami im ulegała. W momencie kiedy tego nie robiła one od razu miały dla niej o to pretensje i wzbudzały w niej poczucie winy. Wydaje mi się, że lepiej, żeby główna bohaterka nie miała w nich wrogów. Autorka stworzyła naprawdę sympatyczną główną bohaterkę, która jednak niestety czasami zmieniała swoje oblicza. Odnosiłam wrażenie, że czasami próbowała ją wybielić, a już po chwili robiła z niej "dzikuskę". Po co to wszystko? 

Aby zapieczętować magię Gemma musi rozwiązać nie jedną zagadkę, a tych zagadek jeszcze więcej przysparza jej Nell - pacjentka szpitala psychiatrycznego. Dziewczyna nie wie czy może jej ufać, jednak coś jej mówi, że tak. Oparcie znajduje także w pannie Moore, swojej byłej nauczycielce plastyki z Akademii Spence. Zdradza jej wiele tajemnic magii, zakonu i jej samej. Ale czy to aby właściwe posunięcie? Może lepiej czasami milczeć i zachować pewne sprawy dla siebie?

Kirke poszukuje najwyższej kapłani, którą jak się okazuje jest Gemma. Dziewczyna w końcu będzie się musiała z nią zmierzyć, ale czy kiedy to nadejdzie będzie gotowa i w pełni sił do starcia? Czy będzie potrafiła to wszystko rozegrać zwycięsko dla siebie? Odnosiłam wrażenie, że momentami się lekko gubiła w tym wszystkim. Nie zawsze potrafiła wybrać co jest priorytetem w jej życiu i czym ma się zająć najpierw. Muszę przyznać, że czasami źle wybierała... W tych sytuacjach bardzo mnie irytowała. W końcu z jednej strony była pewna tego co ma zrobić, a z drugiej strony odsuwała to na bok dla przyziemnych rzeczy, które zdecydowanie nie były tak ważne.

W tej części jest jeszcze więcej tajemnic niż w pierwszej, ale także o wiele więcej wiktoriańskiej Anglii, którą uwielbiam! W życiu Gemmy jak zwykle dużo się dzieje. Musi zapieczętować magię i nad nią zapanować, a przy tym wszystkim musi walczyć o swoje prawo do niej i dopilnować, aby nie wpadła w niepowołane ręce, tym bardziej, że wiele osób chce na niej położyć swoje łapska.

Simon jest przystojny, ale brakuje mu tej klasy i bystrości na którą tak liczy Gemma.
Kartik to zupełnie inna bajka..., a jednak pomimo tego wie, że jest jej przyjacielem i, że może na nim polegać w każdej chwili. Przy Simonie nie ma tej pewności. W końcu jakby się zachował, gdyby poznał prawdę? W tej części na szczęście było o wiele więcej Kartika. Odgrywa w tej powieści ważną rolę, a jednak jakby nadal było go za mało... mam nadzieję, że w następnej części będzie go jeszcze więcej.

Gemma bez wątpienia nie jest głupiutką bohaterką, ale jej przyjaciółki! To już zupełnie inny temat. Są momentami takie głupie, mało inteligentne, nierozsądne, beztroskie, interesuje je tylko zabawa. A Gemma musi się tylko co chwilę martwić czy nie zrobię jej wstydu. Boi się momentami, że zostanie z nimi połączona, że one zrobią coś złego, a ją od razu w to mieszają. Bardzo mnie to denerwowało, pewnie też dlatego, że sama kiedyś znajdowałam się w podobnej roli jak Gemma w tej przyjaźni. Szczerze mówiąc po cichu liczę na to, że ta ich przyjaźń w końcu się skończy.

Libba Bray w tej części postanowiła pokazać jeszcze więcej wiktoriańskiej Anglii. Zobrazowała wszystkie układy, niegodziwości pojawiające się podczas wielkich balów w Londynie. Jak powinny zachowywać się prawdziwe damy. A jak zazwyczaj zachowują się normalnie? Nieczyste zagrywki, plotki, niszczenie reputacji. Tak wyglądają prawdziwe bale z "prawdziwymi" damami. Dziewczynom momentami jest się bardzo trudno w tym odnaleźć. A mi te sceny z wielkich przyjęć sprawiały bardzo dużo przyjemności.

W tej części było o wiele mniej magii, a co za tym idzie fantastyki. Nie wiem tylko czy to dobrze czy źle. Jednak przez to książka często traciła ten dreszczyk emocji, a przez to stawała się powieścią obyczajową. I szczerze mówiąc wolę tą drugą wersję. Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić uciekającej damy w jednej z tych wielkich sukien z gorsetem, a autorka coś takiego nam zaserwowała. To zdecydowanie minus tej książki. Miałam wrażenie, że autorka momentami robiła z tego cyrk.

"Zbuntowane anioły" to książka w której akcja raz pędzi jak z bicza strzelił, a potem się uspokaja i mało jej brakuje do tego, żeby zupełnie stanąć. Mam mieszane uczucia co do tej serii. Odniosłam wrażenie, że autorka jednak lepiej czuje się, gdy akcja toczy się w Akademii Spence. Leciutko obniżyła poziom tej serii w tej części. Pomimo tego przyjemnie czytało mi się tą książkę. Autorka posługuje się z pewnością łatwym językiem, z którym przyjemnie mi się obcowało.
Pomimo tych wszystkich minusów "Magiczny krąg" to jedna z moich ulubionych serii, którą czyta się w zastraszającym tempie. Serdecznie polecam pomimo tych małych uwag :)

Okładka jest śliczna!

Moja ocena: 9/10 Wybitna!

Za książkę serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat!