Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Harper Collins. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Harper Collins. Pokaż wszystkie posty

lutego 09, 2024

(735) Po tamtej nocy

(735) Po tamtej nocy

Tytuł: Po tamtej nocy

Autor: Karin Slaughter 

Tłum. Piotr Cieślak

Wydawnictwo Harper Collins

Stron 464

Karin Slaughter to dla mnie pisarski pewnik w temacie świetnej, porywającej literatury, która porwie mnie na kilka godzin do swojego świata. Po jej książki zawsze sięgam z ogromną chęcią… i w dodatku nigdy mnie nie zawodzą. „Po tamtej stronie” jest książką należącą do cyklu, a konkretnie jedenastą częścią cyklu ze śledczym Willem Trentem, ale… uwaga… mimo, że rewelacyjnie byłoby czytać tę książkę posiadając znajomość poprzednich tomów – nie przekreślajcie jej, jeśli ich nie znacie. Tym bardziej, że do uniwersum tego świata należy także wcześniejszy cykl „Hrabstwo Grant”, którego postacią jest późniejsza dziewczyna Willa. Znajomość poprzednich książek z tego cyklu, co prawda podnosi dodatkowo walory kwestii fabularnych – szczególnie w zakresie stałych, przewijających się przez cykl postaci jak Will, jego dziewczyna – lekarz medycyny sądowej Sara czy jego partnerka zawodowa Faith, ale nie jest niezbędna do odnalezienia się w fabule. W 2016 roku czytałam ósmą część cyklu o Willu, wcześniej siódmą… i tyle... ale i tak czytało mi się tę książkę świetnie. Choć… muszę przyznać, że darzę powieści Slaughter taką sympatią, że nawet przeszło mi przez myśl, że kiedyś z chęcią przeczytałabym wszystkie części z obu wspomnianych cykli – po kolei. I jestem coraz bliższa realizacji tego pomysłu.

Trzy lata przed główną osią wydarzeń na oddział ratunkowy podczas dyżuru Sary trafia młoda dziewczyna – studentka wydziału medycyny. Jest poturbowana. Mówi, że została zgwałcona. Nie udaje jej się uratować. Sara zdążyła jednak złożyć jej jeszcze obietnicę, że znajdzie sprawcę gwałtu i doprowadzi go do odpowiedzialności. Jak się okazuje, obietnica ma również wymiar osobisty. Sara również została przed laty zgwałcona. Wraz z rozwojem sprawy okazuje się jednak, że te dwie sprawy są powiązane dużo bardziej, a przede wszystkim w realny sposób. Mimo, że gwałciciel Sary został złapany. Wraz ze swoim narzeczonym Willem oraz jego partnerką Faitch zaczynają balansować na granicy prawa, by odkryć co dokładnie wydarzyło się 15 lat wcześniej… czego nie dostrzegła Sara? 

Fabuła wydawała mi się po lekturze pierwszych stron nieco przewidywalna, ale szybko zmieniłam zdanie. Ostatecznie uważam, że momentami była zbyt rozwleczona, a autorka próbowała utrzymać napięcie zbyt długo. Nie mniej, choć oczywiście niektóre wątki można było rozwikłać szybciej, to część zwrotów akcji czy rozwiązań zapierały dech w piersi.  Czytałam z zapartym tchem myśląc „co będzie dalej? No co?”. I zakończenie, choć po części przewidywalne… to jednak i tak w końcowej scenie mnie zaskoczyło. Te wszystkie zaskoczenia to ogromne plusy. Opowiedziana w tej części historia to osobna opowieść. Oczywiście, pojawiają się nawiązania do życia osobistego postaci, luźne nawiązania do spraw z przeszłości – wszystko zostaje jednak wyjaśnione i nie ma problemu z odnalezieniem się w fabule.

To kolejna część cyklu o Willu Trencie, ale autorka przykłada bardzo dużą wagę do kreacji postaci kobiecych. Sara, Faith… to mocne babki, inteligentne. I ja nadal jestem większą fanką Sary niż samego Willa. Will jest trochę zamknięty w sobie, z jednej strony macho… z drugiej ma w sobie dużo zagubienia i złości. Dba o relacje, ale także  często się wycofuje. Mnie nie angażuje tak emocjonalnie, jak postać Sary. Jednocześnie mam wrażenie, że autorka poszła bardzo mocno w stronę kobiecych postaci, ale w pewnym momencie zaczęła przesadzać. Momentami był to manifest odnośnie tego jak kobiety mają źle. Bohaterki (także drugoplanowe) sprowadzają istotę kobiet do tych porzucanych, wykorzystywanych przez mężczyzn. Obiektów, o których mężczyźni myślą jedynie w aspektach seksualnych. Całą grupę mężczyzn stawiają w pozycji potworów, drapieżników. Przez to, że te spostrzeżenia odnośnie mężczyzn padały z ust kilku bohaterek, a nie jednej odniosłam wrażenie występowania pewnego seksizmu względem mężczyzn. Czasami byłam tym zmęczona. Rozumiem jednak, że miało to mieć wymiar społeczny, podkreślający skalę jaką mają nadużycia seksualne... i zdecydowanie Slaughter w tej książce zwraca uwagę na aspekt niechcianego dotyku, podejścia społeczeństwa, częstego obarczania winą ofiar gwałtu, uzależnienia kobiet od mężczyzn pod względem finansowym, przemocy psychicznej oraz fizycznej i tym podobnych zagadnień. 

Slaughter świetnie pisze. Buduje wielowątkowe intrygi i napięcie. Radzi sobie także z kreacją bohaterów, którzy nie są jednowymiarowi. Do tego są charakterystyczni, niestworzeni na jedno kopyto. „Po tamtej nocy” to ciekawa powieść sensacyjna, która jednocześnie spodoba się także fanom całego cyklu, ponieważ rozwija kolejne wątki z życia Sary i Willa dopełniając ich biografie. Autorka zmusza do krytycznego myślenia, nie oferując jedynie łatwej rozrywki w postaci powieści sensacyjnej. Czy sięgną po następne powieści Slaughter? Z pewnością tak!

Moja ocena: 8/10

Książka przekazana do recenzji przez wydawnictwo HarperCollins.

grudnia 03, 2021

(728) Fałszywy świadek

(728) Fałszywy świadek
Tytuł: Fałszywy świadek 
Autor: Karin Slaughter
Wydawnictwo Harper Collins
Stron 480
Opis wydawcy:
Czasem wystarczy jedna chwila, by na zawsze odmienić czyjeś życie.
Leigh Collier ciężko pracowała, żeby zbudować swoje pozornie normalne życie. Jest dobrze opłacaną adwokatką, ma nastoletnią córkę, która świetnie radzi sobie w szkole, nawet jej rozwód przebiega w miarę kulturalnie. O takiej zwyczajności marzyła.
Pewnego dnia na jej biurku lądują akta dobrze sytuowanego młodego mężczyzny oskarżonego o gwałt. Leigh nigdy dotąd nie miała do czynienia ze sprawą takiego kalibru – jeśli ją wygra, jej kariera zawodowa nabierze rozpędu. W trakcie spotkania z oskarżonym uświadamia sobie jednak, że nieprzypadkowo wybrał ją na swojego obrońcę. Leigh zna podejrzanego. Podejrzany zna ją. W dodatku doskonale wie, co zdarzyło się dwadzieścia lat temu i dlaczego Leigh od tamtego czasu ucieka.

Moja opinia:
To nie było moje pierwsze spotkanie z twórczością Karin Slaughter - za mną już dwie części jej czołowego cyklu, o Willu Trencie. Ale tamte książki... mimo, że bardzo dobre - przy tej mogą się schować. Może to kwestia obrania za głównego bohatera kobiety? A może przyczyną mojego zachwytu jest to, że "Fałszywy świadek" był pierwszym thrillerem przeczytanym przeze mnie od dłuższego czasu? Nie wiem. W każdym razie bawiłam się wyśmienicie! I nawet jeśli zastanawiam się, do czego mogłabym się przyczepić w zakresie fabularnym czy kreacji bohaterów... trudno mi coś takiego znaleźć - gdybym jednak coś znalazła - byłby to wynik zwykłego czepialstwa. Sięgając po najnowszą powieść Slaughter oczekiwałam przede wszystkim rozrywki - otrzymałam jednak znacznie więcej - wartką akcję, świetnie zarysowaną fabułę i zgrabne portrety psychologiczne bohaterów. 

Powieść Slaughter jest dla mnie jednocześnie powieścią wyjątkową, ponieważ jest pierwszą czytaną przeze mnie pozycją beletrystyczną, której wydarzenia rozgrywają się w czasie pandemii Covid-19. Slaughter zaczęła ją tworzyć w czasie pandemii, ale w trakcie redakcji - w lutym 2021 roku, pouzupełniała niektóre wątki np. o treści dotyczące szczepień - tak więc możemy się na przykład dowiedzieć, że dany bohater przeszedł Covid czy został już zaszczepiony. Przyznam, że choć żyjemy w realiach pandemii od prawie dwóch lat... czytanie o zakładaniu maseczek, o podejściu bohaterów do obecnej sytuacji - było naprawdę ciekawym doświadczeniem. Smaczku dodatkowo dodawał fakt, że Slaughter daje wgląd w amerykańskie podejście do pandemii - i niektóre związane z tym kwestie społeczne. Dla całej fabuły tej powieści wątek pandemii nie pozostaje bez znaczenia, ponieważ nie tylko dotyka życia głównych bohaterów, ale również wpływa np. na działanie sądów czy skład ławy przysięgłych. Jednocześnie jednak udało się autorce osiągnąć w tym temacie balans i nie przytłoczyć tym, co wielu przytłaczać może. 

Karin Slaugher jest najbardziej znana ze swojego cyklu o Willu Trencie, ale warto zaznaczyć dla tych, którzy za cyklami powieściowymi (jak ja) nie przepadają, że "Fałszywy świadek" jest odrębną, nieprzypisaną do żadnego cyklu i zakończoną powieścią, choć akurat w tym przypadku... odrobinę żałuję, że losy bohaterów nie będą miały kontynuacji. Mimo, że całość została idealnie zakończona, najważniejsze wątki zostały dopowiedziane, a ilość niedopowiedzeń została przez pisarkę ograniczona do zera, bardzo zżyłam się z głównymi bohaterami tej powieści i jestem ciekawa ich dalszych losów. 

"Fałszywy świadek" jest skrupulatnie przemyślanym i opracowanym thrillerem, poruszającym temat karmy, kary za grzechy, morderstw, pedofilii, oszustw, uzależnień i kłamstw - nie brak w nim jednak także odniesień do trudnego okresu dorastania, zmian zachodzących w psychice ludzi, podejścia do kobiet w społeczeństwie, aspektów dotyczących przewodu sądowego w Ameryce. W tym wszystkim, wśród pewnej dawki brutalności, szantażów, zwrotów akcji zapierających dech w piersi (naprawdę... niekiedy podczas lektury musiałam odkładać tę powieść na bok, aby ochłonąć i móc na spokojnie przyswoić to co właśnie się wydarzyło) nie brakuje także scen, na skutek lektury których ciepło rozlewa się po sercu, a na buzi pojawia się uśmiech. 

Na uwagę zasługują kreacje bohaterów - nawet skupiając się na "jasnych" postaciach tej książki, to jest tych po których stronie powinnyśmy stać idąc zgodnie z narracją, należy zauważyć, że nawet oni nie są krystaliczni, a co więcej autorka nie ulega utartym literackim schematom takim jak to, że małżonkowie po rozstaniu muszą zawsze drzeć ze sobą koty. Pozytywne postacie wywoływały we mnie szczerą sympatię i zainteresowanie ich losem, natomiast te negatywne potrafiły wywołać prawdziwą odrazę... Zaskakujące jest to jak zgrabnie autorka zaznajamia nas z bohaterami, niekiedy posługując się w tym celu retrospekcją. Teraźniejszość niekiedy zostaje przeplatana w tej książce przeszłością, jednak w sposób logiczny i nieutrudniający odnalezienia się w całości fabularnej - zresztą tak samo jest z narracją, za sprawą której mamy szanse podczas lektury towarzyszyć różnym bohaterom. 

"Fałszywy świadek" jest świetnym, przemyślanym i dopracowanym thrillerem obfitującym w ciekawe postacie, niebanalne zwroty akcji, które powodują, że buzia otwiera się szeroko, a bicie serca zostaje przyśpieszone. To angażująca, fantastycznie napisana historia, której akcja rozgrywa się w czasach współczesnych, przez co dotyka aktualnych treści i zjawisk społecznych (takich jak pandemia, nauczanie zdalne czy popularność TikToka i Instagrama). Najnowsza powieść Saughter to po prostu czysta rozrywka w najlepszym wydaniu.

czerwca 28, 2017

(629) Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze

(629) Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze

Tytuł: Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze
Autor: Gail Honeyman
Wydawnictwo Harper Collins
Stron 352

Urocza, ciepła, choć nierozkochująca w sobie od pierwszych stron powieść. "Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze" to pozycja, którą bardzo chciałam przeczytać odkąd tylko pojawiła się w zapowiedziach wydawniczych. Wydawnictwo Harper Collins promuje ją jako historię nietuzinkowej kobiety, która skończyła filologię klasyczną, ale w rezultacie jest księgową..., a jej ulubionym zajęciem jest chodzenie po zakupy do Tesco. Samotna, zamknięta w sobie, trochę dziwaczna, nieoglądająca się na to co myślą o niej inni. Pomyślałam sobie: Ha! To książka o tym jak będzie wyglądała moja przyszłość, jeśli pójdę na filologię polską. Opis dał mi (jak się okazuje - złudne) poczucie, że mamy ze sobą wiele wspólnego. Po lekturze tej powieści wiem już, że niezupełnie... ale i tak lektura mnie usatysfakcjonowała. Okazało się, że to nie tylko ciepła i lekka opowieść, ale historia, które posiada głębię..., która z początku jest jednak bardzo skrzętnie zakryta przez pancerz Eleanor. 

Eleanor Oliphant skończyła trzydzieści lat, z wykształcenia jest filologiem klasycznym, jednak pracuje w księgowości. Oszczędza każdego pensa, ciągle nosi ten sam bezrękawnik, je o stałych godzinach, nie rozmawia z kolegami z pracy, uchodzi za dziwaczkę, uwielbia zakupy w Tesco, swoją jedyną roślinę doniczkową. Każdy dzień, miesiąc, tydzień jej życia wygląda tak samo - dzięki temu potrafi wytrwać. Nie potrafi jednak żyć. Trzyma się na uboczu, patrzy na wszystko z ogromnym dystansem i często zachowuje się jakby była nie z tego świata. Nie oglądała bajek, nie je fast food'ów, nawet nie zna ich smaku, nie przywiązuje się do ludzi, jednak co tydzień od lat rozmawia przez telefon ze swoją matką... Jej świat jest do bólu monotonny, poukładany, a ona sama zdaje się być zadowolona z jałowej egzystencji jaką prowadzi. Pewnego dnia widzi jednak przez przypadek występ miejscowego muzyka... uznaje,. że to ten jedyny. Ten, z którym chce spędzić resztę życia. Co więcej: jest gotowa zmienić dla niego swój wygląd i w ogóle... całe życie. Z tym, że on o jej istnieniu nawet nie wie. Na drodze Eleanor pojawia się nieokrzesany informatyk, który chce wyrwać ją z jej pancerza... i pokazać co to tak naprawdę znaczy żyć. 

Nie zdaje sobie jednak sprawy, że za wycofaniem Eleanor i jej ekscentrycznością kryje się coś więcej. Eleanor z początku nie da się lubić - jest dziwna, taka oderwana od świata. Momentami miałam wrażenie, że się po prostu wywyższa, nikt i nic (oprócz zakupów w Tesco i akcji rabatowych) jej nie obchodzi. Z czasem jednak sama Eleanor zaczyna przyznawać przed samą osobą, że ma problem... ze swoją przeszłością, tożsamością, teraźniejszością, samotnością. Kobieta zaczyna powoli zrzucać z siebie pancerz za którym się schroniła przed bólem, bolesnymi wspomnieniami... i kiedy ona zaczyna się otwierać - świat otwiera się na nią. Jest to proces długi, ciężki, bolesny, ale warty każdej łzy, ponieważ tylko on może odmienić życie Eleanor... i otworzyć przed nią lepszą przyszłość. 

Kreacja bohaterki, która początkowo nie budzi sympatii - jest mistrzowska! Jej przemiana stopniowa, niezbyt gwałtowna, prawdziwa, realna... Honeyman udało się z dużą wrażliwością i wnikliwością ukazać kruchość bohaterki, jej odizolowanie, wraz z tego wszystkiego genezą, którą czytelnik poznaje stopniowo wraz z Eleanor. Przez większość czasu trwa w niewiedzy, powieść staje się tajemnicza, a sama bohaterka z takiej przez którą nie mogłam przebrnąć przez pierwsze rozdziały... staje się postacią bliską sercu, godną zapamiętania, której gorąco i wytrwale się kibicuje. W końcu zasługuje na dobro i szczęście. 

"Eleanor Oliphant ma się dobrze" to powieść, które daje mocnego i pozytywnego kopniaka do działania. To zaskakująco dobra proza obyczajowa, w której wbrew pozorom nie ma wątku romansowego - jest za to życie we wszystkich jego odcieniach. W książce Honeyman jest tyle ciepła, pozytywnej energii, że w pewnym momencie naprawdę trudno się od niej oderwać. Tak sobie myślę, że może właśnie to jest sztuką - napisać powieść ciepłą, o ogólnie pozytywnym wydźwięku, która jednak podczas lektury będzie wzruszała. Piękna, ciepła, dobrze napisana, rewelacyjnie dopracowana... historia Oliphant jest po prostu taka prawdziwa - prawdopodobnie właśnie przez to tak ujmująca. 

Moja ocena: 8/10

maja 23, 2017

(624) Tudorowie. Narodziny dynastii.

(624) Tudorowie. Narodziny dynastii.
Tytuł: Tudorowie. Narodziny dynastii.
Autor: Joanna Hickson
Wydawnictwo Harper Collins
Stron 479

Historia, szczególnie Anglii pociąga wielu... mnie także! Nic więc dziwnego, że kiedy tylko zobaczyłam w zapowiedziach wydawnictwa nową serię beletryzowanych powieści historycznych - wiedziałam, że muszę po nią sięgnąć. I tak w moje ręce trafiła powieść Joanny Hickson, "Tudorowie. Narodziny dynastii.". Autorka opisuje w niej jeden z najciekawszych okresów historycznych Anglii. Wojna Dwóch Róż - spór toczący się w XV wieku między rodem Lancasterów i Yorków o władzę, tron... to okres pełen intryg, kłamstw i politycznych zmian. Joanna Hickson zamieściła w swojej książce sporo danych historycznych, które wzbogaciła o ciekawe wątki fabularne - obyczajowe i romansowe. 

Anglia, 1451 rok. Król Henryk VI Lancaster postanawia sprowadzić do Londynu swoich dwóch przyrodnich braci - Jaspera i Edmunda Tudorów, którzy wychowali się z dala od pałacu i dworskich intryg... Lancaster uznaje ich za prawowitych braci i obsypuje zaszczytami. Jasper dostaje w zarząd rodowe włości w Walii, a Edmund bierze za żonę najbogatszą angielską arystokratkę - Małgorzatę. Anglię natomiast zaczyna ogarniać coraz większy chaos . Na skutek dążenia Yorków do objęcia tronu - wybucha Wojna Dwóch Róż. Edmund za swoją wierność i lojalność względem Lancasterów zostaje porwany i zamknięty w więzieniu przez Edwarda Yorka. Tam umiera. 

Jasper natomiast bierze na siebie opiekę nad synem zmarłego Edmunda, Henrykiem. Ma silne poczucie i świadomość, że to w jego rękach i od niego zależy los Tudorów. Kiedy w ciągu wojny, szala zwycięstwa zaczyna przechylać się na stronę Yorków - ludzie zaczynają się bać i pragną zadbać o jak najlepsze dla siebie miejsce w tej nowej rzeczywistości, która nastanie po zakończeniu wojny. Ludzie zmieniają strony, przyjaciele stają się wrogami... Wszyscy, także Jasper są zmuszeni dokładnie przeanalizować każdy swój krok przed jego wykonaniem - nieuwaga może zakończyć się śmiercią. I to właśnie i tej uwadze, którą w tych trudnych czasach posiadał Jasper jest ta powieść... o odwadze i determinacji, dzięki której Tudorowie przetrwali, a co najważniejsze... dzięki której kilka lat później na tronie mógł zasiąść bratanek Jaspera - już jako król Henryk VII, dając tym samym początki jednej z najwspanialszych dynastii, dynastii Tudorów. 

Z powieściami historycznymi, które mają w sobie zawarte prawdziwe fakty historyczne w dość sporej ilości... jest tak, że naprawdę warto je czytać. Mimo, że nie zawsze zachwycają literackim wykonaniem. Nie mniej: zaznajamianie się z jakimś okresem historycznym i związanymi z nim wydarzeniami przez kilkaset stron sprawia, że w naszej głowie tworzy się pewien obraz tych wydarzeń - sytuacje wwiercają się w głowę i po prostu zapadają w pamięć. Tym ważniejsze jest więc, żeby autor przed zasiadaniem do pisania powieści historycznej - dobrze się tego wycinka historii o którym chce opowiedzieć - nauczył. Joannie Hickson to się udało, a "Tudorowie..." przedstawiają naprawdę atrakcyjną treść. 

Jednak nie o samą historię w tej powieści chodzi, a może przede wszystkim o jej ubarwienie i tą całą otoczkę, której podręczniki do nauki historii często nam nie przekazują, a to przecież właśnie te wszystkie dworskie intrygi i spojrzenie zwykłych ludzi na wojnę domową wydają się być najciekawsze. "Tudorowie. Narodziny dynastii" to także historia o obfitująca w międzyludzkie relacje, która pozwala przenieść się w świat XV - wiecznej Anglii. Poznać różnice społeczne, dysproporcje, dworskie życie, jego lichość i zarazem trud związany chociażby z poczuciem, że nikomu do końca nie można ufać, ponieważ szybko okazuje się, że to własny interes jest tym najważniejszym i nadrzędnym. A to wszystko dzięki temu, ze wydarzenia opisane w książce poznajemy w narracji pierwszoosobowej, ale z dwóch perspektyw... zajętej domem i popieką nad rodziną dziewczyny oraz Jaspera, którzy znajduje się w samym środku ważnych historycznych wydarzeń. Ich postacie podczas lektury powieści delikatnie ewaluują, jednak nie są na tyle wyraziste, aby zapisały się w pamięci czytelnika. 

Joanna Hickson już od pierwszych stron rzuca nas w sam wir akcji. Oczywiście dla osób dobrze zaznajomionych z historią wydarzenia opisane w książce Hickson nie będą żadnym zaskoczeniem, ale... otoczka fabularna (a także obyczajowa) stworzona przez Hickson bywa niekiedy naprawdę intrygująca. I choć język powieści nie jest wybitny, a sama książka ma dosyć dużą objętość - to jednak trzeba przyznać, że w tym wszystkim książkę o narodzinach dynastii Tudorów czyta się dobrze, lekko, przyjemnie i przez to szybko. "Tudorowie. Narodziny dynastii" to pozycja ciekawa, choć nie niesamowicie intrygująca. Książka dobra, choć nie zachwycająca. Ciekawe kreacje (wyobrażenie) bohaterów, choć nie wybitne... Bardzo przeciętny język. Książka Hickson to przede wszystkim dobre czytadło, które przede wszystkim ratuje okres historyczny, w którym autorka zdecydowała się umieścić akcję i tym samym wydarzenia z tym związane. Dobra pozycja! Po prostu. 

Moja ocena: 6/10 Dobra!


kwietnia 11, 2017

(615) Córeczka

(615) Córeczka

Tytuł: Córeczka
Autor: Anna Snoekstra
Wydawnictwo Harper Collins
Stron 272

"Córeczka" to powieściowy debiut Anny Snoekstry, która po ukończeniu studiów zaczęła pisać scenariusze do niezależnych produkcji filmowych i teatralnych, a także reżyserować videoklipy. "Córeczka" to zaskakujący thriller, który przyprawia czytelnika o gęsią skórkę, budzi niepokój, silnie angażuje w opowiedzianą historię i porywa. Nie tylko większa niż normalnie czcionka oraz stosunkowa mała ilość stron decyduje o tym, że "Córeczka" jest książką na jeden wieczór. Wartka historia, dynamizm akcji jak i postaci głównej bohaterki sprawia, że spokój czytelnika z każdą kolejną stroną ulega zaburzeniu... Zupełnie wbrew sobie w pewnym momencie miałam cichą nadzieję, że "Córeczka" okaże się po prostu historią obyczajową z dziwnym i trudnym początkiem, ale nic z tego! Anna Snoekstra przez pierwsze strony po prostu mobilizuje siły do finalnego uderzenia. Niezaprzeczalnie świetnego i niesamowicie zaskakującego! "Córeczka" nie jest z początku książką tak zaskakującą i to właśnie zakończenie decyduje o końcowej ocenie... I tu muszę zaznaczyć, że nawet 30 min przed skończeniem lektury "Córeczki" nie wiedziałam, że wywrze na mnie tak wielkie wrażenie. Było super, było ciekawie, było zaskakująco... ale nie było tego efektu "wow!". A pod koniec? Pełny zachwyt, wielkie wow i pełne oderwanie od rzeczywistości – w tak dużym stopniu, że człowiek zamyka się w świecie literatury... a każde wyrwanie z niego: budzi lęk i przestrach. 

Główna bohaterka "Córeczki" kilka lat żyła na ulicy. Gdy pewnego dnia po próbie kradzieży trafia na komisariat przypomina sobie o programie o zaginionych, który kiedyś oglądała. To właśnie wtedy dojrzała swoje podobieństwo do zaginionej przed laty Rebeki Winter. Postanawia przygarnąć sobie jej tożsamość i tym samym uniknąć kary więzienia za błędy młodości. Przejmuje nie tylko jej tożsamość, ale także życie – śpi w jej łóżku, nosi jej rzeczy, przytula się do jej mamy... zaczyna odgrywać rolę kochającej córki i siostry. Jednak to nie zmienia faktu, że tak naprawdę nie wie jak wyglądało życie Rebeki w rzeczywistości – czytelnicy za to będą mieli szansę poznać choć jego małe fragmenty, ale nic nie będzie zapowiadało tak wielkiej i mrożącej krew w żyłach tajemnicy. Główna bohaterka zbyt późno zrozumie, że nie tylko ona jest pozbawioną skrupułów oszustką, a zaginięcie Rebeki ma drugie dno... nim do tego dojdzie będzie musiała poradzić sobie z wieloma trudnościami w celu podtrzymania swojej tożsamości. Z pozoru radości bliźniacy, młodsze rodzeństwo Rebeki (w dniu "powrotu" prawdziwa Rebeka ma 27 lat) powrót zaginionej przed laty siostry przyjmują z lekkim niedowierzaniem. Przyjaciółka Rebeki, Lizzie, która znała ją dobrze jak nikt inny zauważa jej dziwne zachowanie... dziewczyna wydaje jej się inna, ale może to po prostu kwestia tego, że ma do czynienia z dorosłą – prawie trzydziestoletnią kobietą, a nie z niespełna siedemnastolatką, która dla rozrywki kradnie sukienki ze sklepów? Pozostaje jeszcze śledczy Andropolis, któremu sprawa zaginięcia Rebeki od lat nie daje spokoju... 

"Córeczka" nie zachwyciła mnie od pierwszej strony... często miałam wrażenie jakiś nieścisłości, nierealności przedstawionych sytuacji... Pod koniec okazało się jednak, że to wszystko to były zamierzone działania autorki, które tworzyły część misternie skonstruowanej fabuły, a nie były potknięciem – jak przypuszczałam. Akcja debiutu Snoekstry toczy się szybko i intensywnie, a jednak w pewnym momencie miałam wrażenie, że możemy dojść do nieprzewidywalnego happy endu... Nic z tych rzeczy. Tu cisza i spokój jest tylko pozorna. W końcu to thriller - nietypowy, może nie taki "stricte", ale naprawdę dobry!

Thriller z bardzo dobrze zarysowanymi portretami bohaterów. Postacie z jednej strony są takie oczywiste, przewidywalne, czasami banalne, a z czasem okazuje się, że one wszystkie są tak naprawdę bardzo niejednoznaczne i zagadkowe. Czarno – biała nie jest także kreacja głównej bohaterki, która wciela się w Rebekę, ale także samej... prawdziwej Bec. Ich historie czytelnik poznaje dwutorowo, a jednak zagadka dotycząca tego co tak naprawdę stało się z Bec wychodzi na jaw dopiero pod koniec książki, choć nawet temu... towarzyszy niejeden zwrot akcji. Autorka nagle przyśpiesza i zaczyna się szalona jazda! Główna bohaterka, choć z pozoru wydaje się do szpiku zepsuta (zresztą rzeczy, których czytelnik dowiaduje się o niej w trakcie mogłyby tę opinię tylko potwierdzać), bardzo szybko staje się odbiorcy bliska. Czytelnik podczas czytania czuje lęk.. nie tylko o to jak rozwinie się akcja, ale także jak skończy główna bohaterka.

"Córeczka" jest powieścią, która przyprawia o szybsze bicie serce. Jest zaskakująca, budzi delikatny lęk... Anna Snoekstra napisała rewelacyjną książkę, w której bardzo dobrze rozłożyła naciski między tym co było, a tym co dzieje się w książce obecnie. Wywodzi w pole nie tylko główną bohaterkę, ale także samego czytelnika, który w pewnym momencie traci czujność, a kiedy już ją odzyskuje... ciśnienie wzrasta! Thriller Snoekstry posiada nutę zabarwienia psychologicznego, które najwyraźniej ujawnia się pod koniec, jednak także wcześniej (czytelnik orientuje się dopiero po zakończeniu / pod koniec lektury) pojawiają się poszlaki o tym świadczące. Muszę przyznać, że dawno nie czytałam tak dobrego thrillera z rodzinnymi tajemnicami, sekretami, mrocznymi obliczami drugiego człowieka. Anna Snoekstra napisała niesamowicie WYRAZISTĄ książkę, w której nic nie jest mdłe, wszystko ma znaczenie, a ludzkie portrety są barwne i różnorodne. "Córeczka" jest utworem w którym podoba mi się dosłownie wszystko! Zaczyna się dosyć niepozornie, ale potem... prawdziwa petarda

Moja ocena: 9.5/10

lutego 22, 2017

(604) Z każdym oddechem

(604) Z każdym oddechem
Tytuł: Z każdym oddechem
Autor: Maya Banks
Wydawnictwo Harper Collins
Stron 320

"[...] dla miłości żadne poświęcenie nie jest zbyt wielkie."

Maya Banks, "Z każdym oddechem"

Harper Collins to wydawnictwo, które oprócz tego, że wydaje Harlequiny wydaje także lepsze i gorsze powieści obyczajowe, romansy, thrillery, kryminały – czasami także literaturę faktu. Sięgając po każdą ich kolejną powieść nie oczekuję wybitnej literatury, a jedynie kilka godzin dobrej rozrywki, rozluźnienia, ponieważ większość bohaterów wydawanych przez nich powieści jest sztampowa, a fabuła infantylna. Choć nie można odmówić im wydania świetnego "Spotlight"... to jednak w większości bazują na literaturze lekkiej, łatwej i przyjemnej – nie ukrywajmy, że po prostu przeciętnej. Nie mniej w otoczeniu nadmiaru wybitnej literatury i taka czasami jest potrzebna. "Z każdym oddechem" to powieść po którą sięgnęłam praktycznie od razu po tym jak trafiła w moje ręce i przeczytałam ją w kilka godzin. Przyjemna, romantyczna historia, z nutą kryminału i thrillera. Tajemnica z przeszłości, rodzące się uczucie, przyjaźń i miłość – to brzmi trochę lukierkowato i takie także jest, a jednak Maya Banks napisała książkę, w której jest coś ujmującego. A może to po prostu wynika z tego, że jak każdy potrzebuję od czasu do czasu rozluźnienia, a ta powieść mi to zaoferowała? 

Eliza nie zawsze była Elizą. Zmieniła swoje imię i nazwisko, zaczęła wszystko od nowa. Historią jej i obsesyjnie zakochanego w niej mordercy przed dziesięciu lat żył cały kraj. Thomas jednak jest w więzieniu, a ona sama próbuje zapomnieć o swojej przeszłości. Skrzętnie ukrywa ją przed przyjaciółmi, skupia się na pracy. Jej spokój burzy jednak wiadomość o tym, że Thomas mimo wyroku wielokrotnego dożywocia opuszcza więzienia. Dodatkowo arogancki i pewny siebie Wade Sterling nie chce dać jej spokoju, choć oboje wyraźnie działają sobie na nerwy. Są dla siebie obcesowi, niemili, chamscy, a jednak Sterling ciągle jest gdzieś w pobliżu. Co więcej uratował Elizie życie... Ta jednak nawet mu za to nie podziękowało, ponieważ wszystko co robi odbiera jako próbę zrobienia jej na złość (jakkolwiek głupio by to nie brzmiało). Nie da się ukryć, że między nimi iskrzy i tak naprawdę nikt nie potrafi przejrzeć Elizy jak Wade. Także jej zamiarów... 

Maya Banks, autorka znanej w Polsce trylogii erotycznej "Bez tchu" wychodzi naprzeciw czytelnika z prostą, a przy tym wciągającą historią. Tempo akcji stopniowo przyśpiesza, a bohaterowie odkrywają przed czytelnikami nowe fakty ze swojego życia. I tu pojawia się ogromny plus, ponieważ autorka nie trzyma się ściśle jednego bohatera, więc czytelnik ma szansę poznać emocje i myśli zarówno Wade'a jak i Elizy. Pozostaje jednak pytanie czy jest co poznawać... Bohaterem, który bardziej przypadł mi do gustu jest bez wątpienia Wade, ponieważ wydaje się prawdziwszy, choć i jego postać nie do końca... kolokwialnie mówiąc: trzyma się kupy. Jednak Eliza jest cały czas dla mnie zagadką, bo choć potrafię zrozumieć, że z żądnej krwi tygrysicy staje się pod wpływem wspomnień zahukaną myszką... to jednak trudno mi zrozumieć jak to się dzieje, że od lat wyzywa na każdym kroku faceta od dupków, żeby potem nagle stwierdzić, że go kocha, choć nawet nigdy z nim nie rozmawiała (ponieważ ich "rozmowy" ograniczały się do "zejdź mi z oczu" / "nie chcę cię widzieć"/ ew. "spadaj"), ale w końcu kto się czubi... ten się lubi.

"Z każdym oddechem" jest na swój sposób uroczą książką, którą mogłabym nawet nazwać świetną, gdyby nie słaby fundament fabularny. Autorka wrzuca czytelnika w akcję tak bezpardonowo, że przez naprawdę dużą część czasu spędzonego przy lekturze tej książki zastanawiałam się czy to przypadkiem nie jest druga część... I z tego wszystkiego pisząc tę recenzję upewniłam się czy czasami rzeczywiście nią nie jest. Myliłam się. To czwarta część serii, ale poprzednie trzy nie zostały wydane w Polsce. I tym sposobem wszystko wychodzi na jaw... brak podbudowania fabularnego, jakieś sprawy z przeszłości bohaterów (Eliza pracuje agencji ochroniarskiej), które brały się znikąd i zastanawianie się po co w sumie autorce wymyślanie historii wstecz. Historii, która co więcej stanowi ważny element tego tomu... bez znajomości pozostałych tomów wszystko wydaje się być bardzo płytkie, powierzchowne, takie słowa rzucane na wiatr bez żadnego konkretnego powodu. 

Wydawnictwo Harper Collins spłyciło "Z każdym oddechem" przez niewydanie poprzednich części. Książka wydaje się infantylna, ponieważ nie posiada fundamentu w postaci trzech poprzednich tomów. Miłość Elizy i Wade'a jawi się czytelnikowi jako niewiarygodna, a bohaterowie jako głupi. Czytając cały czas miałam wrażenie, że coś mnie ominęło... nie orientowałam się w akcji, w relacjach między bohaterami. "Z każdym oddechem" nie jest książką, którą można czytać bez znajomości poprzednich tomów, a polski rynek wydawniczy nie daje nam innej możliwości. Z tego też powodu uważam, że książka Banks jest dla Polek przegrana. Nie wiem o co chodzi z tym, że poprzednie części nie zostały wydane... może o to, że w tej części jest dużo gorących scen? Jestem przekonana, że gdybym znała poprzednie tomy ta powieść zyskałaby w moich oczach wyższą ocenę. Niestety ktoś nie pomyślał i nie dał możliwości poznania wcześniejszych części, a ja z bólem muszę ocenić ją naprawdę nisko, choć przecież wiem, że jako część całości, jako część historii, którą sama sobie dopowiedziałam na podstawie poszlak... jest świetną fabularnie i emocjonalnie powieścią. Jednak w formie jaką oferuje nam wydawca - zawodzi. 

Moja ocena: 5/10

grudnia 08, 2016

(577) Córka handlarza jedwabiem

(577) Córka handlarza jedwabiem
Tytuł: Córka handlarza jedwabiem
Autor: Dinah Jefferies
Wydawnictwo Harper Collins
Stron 416

"Wielka szkoda, że lęku też nie można po prostu schować."

Dinah Jefferies, "Córka handlarza jedwabiem"'

Dinah Jefferies to autorka znana polskim czytelniczkom za sprawą powieści "Żona plantatora herbaty" wydanej także przez wydawnictwo Harper Collins. Niestety "Córka handlarza jedwabiem" jest przeciętną powieścią należącą do literatury kobiecej. To lekka, nieangażująca i niewymagająca lektura, która niejednokrotnie męczy topornością języka (wina autorki czy tłumacza?), infantylnością głównej bohaterki i samą akcją. Jedynym co potencjalnie ratuje "Córkę handlarza jedwabiem", której akcja rozgrywa się w Wietnamie jest jej osadzenie w ciekawym historycznie okresie. I choć przygotowanie Jefferies do pisania tej powieści (o którym opowiada pod koniec książki) budzi respekt... to jednak jej język i styl pozostawia wiele do życzenia. 

Indochiny Francuskie, 1952 rok. Główna bohaterka powieści Jefferies, Nicole, ma osiemnaście lat, jako pół Francuzce i pół Wietnamce jest jej się coraz trudniej odnaleźć w Wietnamie... nie wiem po której stronie konfliktu ma stanąć. Wybrać Francję czy Wietnam? Lata 50. XX wieku to czas, kiedy trzeba podejmować decyzję... Dziewczyna od zawsze żyła w cieniu swojej starszej siostry Sylvie. Siostrzane relacje ulegają zaostrzeniu, gdy ich ojciec po tym jak rozpoczyna pracę u gubernatora przekazuje firmę starszej córce. Nicole otrzymuje jedynie niewielki sklepik z jedwabiem, w starej i biednej wietnamskiej dzielnicy. Na tle toczącej się wojny między Francuzami a Wietnamczykami Nicole próbuje określić swoją tożsamość. Skłócona z rodziną, przeżywa rozterki... także te sercowe. 

Nicole to postać, która nie zyskuje sympatii przy pierwszym poznaniu. To rozpieszczona dziewczyna, która nie może przeżyć faktu, że ojciec postanawia powierzyć swoją firmę w ręce o pięć lat starszej siostry Nicole, które skończyła szkołę i zawsze wykazywała się wielką odpowiedzialnością w przeciwieństwie do Nicole. Czuje się przez ten fakt pokrzywdzona. Jeszcze fakt, że Nicole jest rozpieszczona czytelnik mógłby znieść..., jednak to niestety nie jej jedyna wada. Jest do tego do bólu dziecinna i infantylna. Zastanawiające pozostaje ,więc jak może się nią zainteresować 32 - letni mężczyzna... Bowiem podczas, gdy nią interesuje się 32 - letni mężczyzna ona sama szuka okazji, żeby zakraść się do pokoju siostry, aby... zobaczyć jej sukienkę na bal. Nicole czuje się jednak nad wyraz dojrzała i jest oburzona tym pod jakim kloszem jest trzymana przez rodzinę. Czując niechęć do swojej siostry, która w dodatku w przeciwieństwie do niej przypomina bardziej Francuzkę niż Wietnamkę, coraz bardziej zatraca się w swoim wyimaginowanym bólu. Krótko mówiąc: przypomina rozkapryszone dziecko. Z czasem ulega to drobnej poprawie... a może po prostu czytelnik już przyzwyczaja się do jej mentalności? 

"Córka handlarza jedwabiem" to książka, która z początku zdobywa uznanie, ponieważ całą lekturę rozpoczyna krótka historia Wietnamu, najważniejsze wydarzenia uporządkowane chronologicznie, poczynając od roku 1797, w którym rozpoczyna się infiltracja francuska. To bardzo dobre wprowadzenie do tej historii, która chociaż po części oddaje niepokoje społeczne i wewnętrzną sytuację w Wietnamie, w latach 50. XX wieku. Historia nie jest jednak naczelnym wątkiem tej powieści, a jedynie jej tłem. Nie mniej autorce udało oddać się atmosferę panującą w tamtym okresie w Wietnamie, a w szczególności wątki społeczne, po które jeśli już sięgała... to z dobrym skutkiem. 

Sama fabuła jest jednak dosyć infantylna. Czytelnik poznaje Nicole na stronie trzynastej, a już jakieś czterdzieści stron dalej jest świadkiem jej pocałunku z mężczyzną, którego jak dotąd widzi po raz trzeci. I znowu wychodzi na jaw fakt, że Nicole jest zdecydowanie słabym ogniwem tej powieści. Niestety dodatkowo głównym. Powieść Dinah Jefferies opowiada o pracy Nicole w sklepie, który trafił pod jej skrzydła, o jej miłosnych dylematach i ciągłych utarczkach z siostrą, poczuciu, że jest tą gorszą, pomijaną córką, poszukiwaniu narodowej tożsamości. Jednak na wierzch wybija się wątek romansowy, który został przez autorkę wprowadzony zbyt szybko, zbyt nachalnie... tak jakby autorka zaczęła troszkę od tyłu. Na plus jednak wychodzi fakt, że autorka przeprowadziła ten wątek od A - Z. Podczas czytania odbiorca nie może się jednak wyzbyć wrażenia, że jest zbyt słodko, zbyt łatwo, a problemy głównej bohaterki... są niekiedy po prostu głupie.

Gwoździem do trumny dla tej powieści jest jednak język. Banalny, niedopracowany, toporny... na poziomie uczennicy szkoły podstawowej. Dodatkowo niektóre dialogi nie wnoszą zupełnie nic do historii, a są sztuczne. Przykładowo: "Mark, ty spotykasz się z moim ojcem, prawda? - wyrzuciła z siebie jednym tchem. - I nie ma to żadnego związku z jedwabiem. Czy wy pracujecie dla Francuzów?"*. Czytelnikowi w oczy od razu rzuca się niepotrzebne wpakowanie do tych zdań zaimków osobów! "ty", "wy"... po co to? Niewiadomą pozostaje jedynie czy jest to "zasługa" autorki czy tłumacza. Całościowo jednak wypada to bardzo słabo. Kolejny przykład: 
"-[..] Powiedz mi, po co ci one? Jesteś chora? 
- No... Często boli mnie głowa i czuję się zmęczona. 
Nicole pokiwała głową ze zrozumieniem."*
I jeden z najlepszych cytatów: "[...] a wtedy on ją pocałował. W usta. Bardzo delikatnie, ale to wystarczyło, by poczuła przebiegający po plecach dreszcz. Zakręciło jej się w głowie i zapragnęła, by zrobił to jeszcze raz. Mark musiał jednak uznać, że ten jeden raz wystarczy, bo uśmiechnął się tylko i poszedł."* Przez język prezentowany przez autorkę (lub/i tłumacza) całość trudno się czyta i w dodatku już od pierwszych stron czytelnikowi trudno jest wpaść w rytm narracji. Proste, krótkie zdania dają wrażenie braku ciągłości... 

"Córka handlarza jedwabiem" nie jest dobrą powieścią, a jedynie przeciętną. Język jakim została napisana (lub przetłumaczona) woła o pomstę do nieba. Nie da się ukryć, że autorka (lub tłumacz) czasami zapominali, w którym roku rozgrywa się akcja i wciskali do tej powieści określenia znane dopiero od kilkunastu lat. Pewna staromodność języka miesza się w niej ze współczesnością... i niekiedy prostactwem. Brak określonego stylu wypowiedzi bohaterów wprowadza w całość chaos. Powieść Dinah Jefferies miała w sobie potencjał, niestety nie został on wykorzystywany. "Córka handlarza jedwabiem" może sprawdzić się jako lekkie czytadło, ale nie musi, ponieważ język jakim została napisana przyprawia o ból głowy. To ciekawa historia, w której jednak nie brak infantylności i banalności. Ciekawa historia, która została zmarnowana za sprawą wykonania. 

*wszystkie cytaty pochodzą z książki Dinah Jefferies, "Córka handlarza jedwabiem"'

                                                                     Moja ocena: 5/10

listopada 03, 2016

(559) Ofiara

(559) Ofiara
Tytuł: Ofiara
Autor: Karin Slaughter
Wydawnictwo Harper Collins
Stron 528

"Nie możesz sobie wmówić, że jest na wakacjach i wróci z piękną opalenizną. To tak nie działa, kiedy kogoś tracisz. Widzisz go na każdym rogu, słyszysz jego głos z drugiego pokoju, chcesz spać, żeby ci się śnił. Nie pierzesz swoich ubrań ani pościeli, żeby ciągle czuć jego zapach."

Karin Slaughter, "Ofiara" 

Karin Slaughter powraca na polski rynek literacki z kolejną świetną pozycją o Willu Trencie. Ósmy ton losów pogubionego w życiu faceta..., a drugi tom, który miałam okazję przeczytać Oba świetne, oba porywające. Karin Slaughter po raz kolejny pokazuje, że wie jak pisze się wciągające kryminały z ciekawymi bohaterami i naprawdę dobrze skonstruowaną intrygą kryminalną. "Ofiara" wciąga i absorbuje uwagę czytelnika na kilka godzin. To lekki choć dobrze napisany thriller z nutą kryminału... Trzyma w napięciu do ostatniej strony i przyprawia o wypieki! Zaskakująca fabuła i duża dawka dreszczyku emocji. To wszystko powoduje, że Slaughter pozostaje królową thrillera. 

Zostaje znalezione ciało martwego policjanta - byłego policjanta, hazardzisty i agresywnego pijaka. GBI zostaje zaangażowane w sprawę, ponieważ zwłoki zostały odkryte w kubie nocnym jednego z najpopularniejszych sportowców. Sportowca, który nie tak dawno był podejrzany o brutalny gwałt, ale duża liczba pieniędzy pozwoliła mu "umyć" od całej sprawy ręce. Przed sądem próbował postawić go właśnie Will Trent. Will, który od tamtego momentu ma w postaci koszykarza zaciekłego, a co najgorsze wpływowego i obłudnego wroga. Sprawa morderstwa komplikuje się jeszcze bardziej, gdy na jaw wychodzi, że w całą sprawę oprócz garstki wpływowych osób jest dodatkowo zamieszana żona Willa, Angie. Angie z którą Will planował się rozwieść. To powoduje zamęt w jego życiu uczuciowym, bowiem piękna pani doktor medycyny sądowej czuje, że nie ma szans z kobietą z którą Will spędził trzydzieści lat swojego życia... 

Pierwsza myśl, która przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o tej książce... to Will. Will jest dla mnie postacią zupełnie zaskakującą, bo kompletnie inaczej wyobrażałam sobie agenta specjalnego. Kiedy myślę "agent specjalny" w mojej głowie pojawia się obraz człowieka niesamowicie wyszkolonego, silnego, sprawnego, który potrafi położyć na łopatki każdego swoją siłą fizyczną jak i intelektualną. Człowieka, który (przynajmniej w literaturze) może być oparciem dla kobiety. Niezłomny. Odważny. Silny. Przyznaję - to może być odrobinę stereotypowe myślenie, ale do tego przyzwyczaiły mnie powieści tego typu, które miałam okazję czytać. Will z książki Slaughter nie różni się tak 100% od tego modelu, ale pod pewnymi względami... z pewnością od niego odbiega. Jest dyslektykiem, wolno kojarzy fakty, zazwyczaj to on jest rozkładany na łopatki i chociaż ma ponad 180 cm to jakoś autorka nie przykłada do tego dużej wagi... Postać Willa kompletnie zaburzyła moje postrzeganie agenta specjalnego, w dodatku to z jaką otwartością MYŚLI o uczuciach, ta jego pewna nieśmiałość, dysleksja... to pozostaje niezmienne. Czytelnik szybko dochodzi tym samym do wniosku, że wszyscy pozostali bohaterowie posiadają silniejszą osobowość od Willa. Taki nieśmiały, dobry... może się stać łatwo więźniem swoich własnych uczuć i marionetką w rękach innych. 

Po drugiej strony barykady mamy kilka kobiecych postaci. Przede wszystkim partnerkę Willa - kobietę zdecydowaną, odważną, a jednak przy tym bardzo wyrozumiałą. Sara stara się być oparciem dla Willa, a jednak szybko zdaje sobie sprawę z tego, że sama tego oparcia potrzebuje. Jest jeszcze Faith - partnerka Trenta, lojalna, dojrzała kobieta. Na scenę także silniej niż w zeszłej części wkracza szefowa Willa. Jednak tą postacią, która zostaje odkryta o wiele silniej niż w poprzedniej części jest żona agenta - poznajemy dużą część jej tajemnic, niezdrową relację łączącą ją z Willem. Mogę śmiało napisać, że Karin Slaughter poczyniła duży progres w temacie galerii postaci. 

Karin Slaughter stworzyła powieść z ciekawymi, nietuzinkowymi postaciami, które niejednokrotnie zmieniały swoje oblicze. To powieść z nutką tajemnicy, bez wielkich wprowadzeń i wstępów. Jak się pewno domyślacie patrząc na zarys relacji Sary i Will'a nie brak w tej książce wątku miłosnego. To prawda. Jest to jednak wątek dosyć znikomy, żeby nie powiedzieć, że ubogi. Nie on jest najważniejszy, nie on dominuje. Mimo to.... jest bardzo przyjemny. Stanowi dobre uzupełnienie całości tej historii i bez wątpienia nadaje jej ludzkiego oblicza. Choć relacje Sary i Willa budzą niekiedy w czytelniku irytację i prowokują myśl: jak tak różne osoby mogą być ze sobą?

"Ofiara" to świetny thriller, która wciąga, ciekawi i niejednokrotnie zaskakuje. Nie ukrywam, że cały czas nie mogę rozszyfrować uczuć jakimi darzę głównego bohatera, ponieważ swoją zachowawczością (uargumentowaną jednak przez autorkę jego trudną przeszłością) czasami mnie od siebie odrzuca. Nie mniej jest z pewnością przez to postacią nietuzinkową - w szczególności jeśli patrzeć na profesję, którą wykonuje. Jednak czemu tu się dziwić... faceci po prostu są w większości dziwni, nieracjonalni i poplątani, a Karin Slaughter udało się to w pełni oddać. "Ofiara" stanowi tak dobrą rozrywkę, że jestem pewna, że będę kontynuowała przygodę z thrillerami Slaughter - książkami lekkimi, ale jednak zawierającymi ciekawe wątki kryminalne i obyczajowe.

Moja ocena: 8/10

września 29, 2016

(541) Naśladowca

(541) Naśladowca
Tytuł: Naśladowca
Autor: Erica Spindler
Wydawnictwo Harper Collins
Stron 480

"Kryminały to damski gatunek, w którym kobiety, znużone dawaniem życia, bawią się w wirtualne zadawanie śmierci. Kryminał, czyli zemsta matek…" 

Eric Emmanuel Schmitt (z książki "Małe zbrodnie małżeńskie")

Erica Spindler to poczytna autorka thrillerów i kryminałów. W Polsce zostało wydanych ponad 20 powieści jej autorstwa, a jednak "Naśladowca" jest pierwszą książką Spindler, którą miałam okazję przeczytać. To zgrabnie napisany, szybki i ciekawy kryminał, który wciąga i porywa do świata zbrodni i poszukiwania sprawcy. Nie jest przewidywalny, choć z drugiej strony... autorka nie naprowadza w żaden konkretny sposób czytelnika ani nie daje mu możliwości całkowitego rozwiązania sprawy. Wada czy zaleta? Spindler stworzyła porywający i zostawiający w napięciu kryminał, który przyprawia czytelnika o wypieki. W dodatku nie zaniedbała wątków obyczajowych. 

Pięć lat temu, w miasteczku Illinois zostały zamordowane trzy dziewczynki. Jedynym co je łączyło to miejsce śmierci (własne sypialnia), wiek i sposób śmierci. Morderca nie został schwytany. Sprawa stała się natomiast obsesją detektyw Kitt Lundgren... Dochodzenie w sprawie Mordercy Śpiących Aniołków utknęło w miejscu i miała niewyobrażalny wpływ na karierę Lundgren... a raczej jej zawieszenie. Duże znaczenie ma także kryzys, który Lundgren wtedy przechodziła - śmierć córki, alkohol i idące za tym problemy małżeńskie doprowadziły do jej załamania.

Pięć lat później morderca wraca i kontynuuje swoje mordercze działania. Tym razem jednak jego postępowanie czymś się różni... drobnym elementem, a jednak dającym nadzieję na rozwiązanie sprawy. Śledztwo ma poprowadzić młoda i diabelnie ambitna, detektyw Riggio. Morderca jednak postanawia trochę namieszać w policyjnym dochodzeniu... i nawiązuje kontakt z detektyw Lundgren, wymagając, aby to ona była odpowiedzialna za śledztwo. Tym samym Kitt Lundgren wraca do gry. Gry z niebezpiecznym mordercą, który obserwuje każdy jej ruch... i jak się wydaje - wie o niej wszystko. W pewnym momencie podejrzanym staje się każdy. 

Książka Erici Spindler jest mocna nie tylko pod względem intrygi kryminalnej, ale także pod względem tła obyczajowego. Relacje detektyw Riggio z jej rodziną oraz także, o wiele ważniejsze relacje Kitt Lundgren z otoczeniem po tym jak wyszła z psychicznego dołka... i alkoholizmu. Praca dodaje jej skrzydeł, a jednak morderca bezlitośnie wykorzystuje wszystkie jej słabości, całą wiedzę, którą posiada na jej temat. Niejednokrotnie uderza w jej najczulsze punkty... wykorzystuje jej traumę związaną ze śmiercią jej córki oraz odejściem męża. Spindler przedstawia problemy życiowe Lundgren z dużą dawką przenikliwością, jej próbę pogodzenia ze światem i rzeczywistością w której przyszło jej żyć. To nadaje tej powieści ogromnej dawki realności. 

"Naśladowca" to powieść z silnie zarysowanymi portretami psychologicznymi bohaterów. To ogromny plus. Wątki kryminalne przeplatają się z obyczajowymi... w dobrej i odpowiedniej dla całości dawce. Język nie zachwyca, a więc "Naśladowcę" należy traktować przede wszystkim jako ciekawe i wciągające czytadło. Napisane na dobrym, acz kolwiek nie zaskakującym poziomie. Nie oczekiwałam jednak od tej powieści wybitnych doznań literackich, a dobrej rozrywki. Erica Spindler wie jak stopniować nazwę i tym samym jej powieść okazuje się być świetnym, wciągającym kryminałem. Mam pewne zastrzeżenie odnośnie ostatecznego rozwiązania zagadki, które nie ma zbyt mocnego ugruntowania w całości powieści, ale mogę śmiało powiedzieć, że mnie usatysfakcjonowało i zaskoczyło. 

Erica Spindler to autorka, której autorstwa przeczytam jeszcze z pewnością nie jedną powieść. To idealna propozycja na oderwanie od świata. Oderwanie od świata, a nie rozluźnienie... bowiem napięcie przy jej czytaniu gwarantowane. To powieść, która bez wątpienia porywa. Dobrze napisana, z ciekawymi zwrotami akcji, dobrze stopniowaną akcją. Niepłytka i niebanalna. W całość została wpleciona dosyć spora dawka wątków obyczajowych, które jednak ku mojej dużej uldze nie zostały potraktowane po macoszemu. "Naśladowca" jest powieścią, która mogłaby zostać bardziej dopracowana, której poziom językowy mógłby zostać podniesiony... ale w gruncie rzeczy to rewelacyjny thriller, który dostarcza dreszczyku emocji. 

Moja ocena: 8/10 Rewelacyjny!

sierpnia 02, 2016

(520) Zapach lawendy

(520) Zapach lawendy
Tytuł: Zapach Lawendy
Autorzy: Nina Harrington & Lynne Graham & Amanda Browning
Wydawnictwo Harper Collins
Stron 415

Bardzo sporadycznie sięgam po typowe romanse, powieści, których głównym wątkiem jest wątek romantyczny. Jednak na fali chwilowych upałów postanowiłam zrobić wyjątek i sięgnąć po powieść z założenia: lekką, łatwą i przyjemną. Padło niestety dość niefortunnie na "Zapach lawendy". Trzy autorki, trzy historie zawarte w trzech minipowieściach. Miało być lekko, ale nie nudno. Łatwo, ale nie banalnie. Przyjemnie, ale nie przewidywalnie, a przez to męcząco. Niestety Nina Harrington, Lynne Graham i Amanda Browning stworzyły powieści, które nie uwodzą ani klimatem, ani fabułą, ani bohaterami. Ot, lekkie czytadła typu harlequin. Może to przez znikomą długość tych historii i brak miejsca na rozwinięcie wątków? A może przez wychodzenia z założenia, że książki – powieści, których akcja toczy się na południu Francji obronią się same? Nie oszukujmy się jednak, jest wiele lepszych powieści – czy nawet ich zbiorów. Lekka nie oznacza nieciekawa.


Pierwsza powieść zawarta w zbiorze to "Słoneczne lato" Niny Harrington, które opowiada o Elli i Sebastienie, którzy są diametralnie różni. Oni sami i jeden dom. Dla niej to ucieczka od niezawsze ciekawej rzeczywistości, a dla niego powrót do przykrych wspomnień... i jak się pewnie już domyślacie między nimi wybucha uczucie, a oni sami przekonują się, że czasami lepiej podążać drogą z drugą osobą. Przewidywalne, banalne, ale momentami dosyć ciekawe.. niestety zabrakło mi większego rozwinięcia tej historii. A bohaterowie? Delikatna kobieta i mężczyzna dosyć poturbowany przez los. Zestaw bardzo często spotykany, a niestety Harrington nie wprowadziła w to niczego nowego.

"Miodowy miesiąc w Prowansji" Lynne Graham to z kolei opowieść o Billie. Jej miłosna historia znalazła swój happy end, a przynajmniej tak jej się wydaje. Po tym jak wyszła za mąż, za swojego szefa, którego od dawna darzyła uczuciem liczy na to, że teraz w jej życiu nastaną już tylko jasne dni. Niestety już podczas miesiąca miodowego w Prowansji przestaje być tak kolorowo jak dotąd, a między małżonkami dochodzi do kłótni. Tu już niestety nawet opis jest zajawką tego, że będzie niezbyt kolorowo... i pasjonująco.

I ostatnia minipowieść – moim zdaniem najciekawsza z zawartych w tym tomie, czyli "Na południu Francji" Amandy Browning. Sofie to kobieta, która zawsze kochała swojego męża. Niestety jej szczęśliwą egzystencję zburzyła wiadomość o jego romansie. Kompromitujące zdjęcia rozsypały jej życie jak domek z kart. W reakcji na to zniknęła bez śladu. Po latach Lucas ją odnajduje i proponuje wspólny wyjazd... aby zamknąć na zawsze tamten rozdział i pójść przed siebie. Wycieczka do malowniczo położonego zamku we Francji może jednak przynieść inne odpowiedzi niż te, których spodziewali się bohaterowie...Tu nawet czasami na mojej twarzy pojawiał się uśmiech...

Są książki, które nic nie wnoszą do naszego życia... oprócz ew. chwili niezbyt ciekawej rozrywki. "Zapach lawendy" to właśnie taki zbiór, który nie ma nawet czym irytować, bo jest zbyt przewidywalny... i po prostu nijaki. Jest mi zupełnie obojętny. Nie mam jednak wątpliwości co do tego, że nie jest to książka na którą warto poświęcić czas. Jeśli poszukujecie jakiejś lekkiej, przyjemnej lektury istnieją bez wątpienia książki czy też zbiory opowiadań/ mini powieści lepszych niż "Zapach lawendy". Powieści zawarte w tym zbiorze miały potencjał, miały dobry grunt pod dobre, chwytające za serce minipowieści. Niestety wykonanie okazało się dosyć miałkie... poczynając od języka po kreację bohaterów i zwroty akcji. Powieści zawarte w tym zbiorze mają lepsze i gorsze momenty. Niestety zdecydowanie przeważają te gorsze.


Moja ocena: 4/10