Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SQN. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SQN. Pokaż wszystkie posty

lutego 02, 2019

(701) Dygot

(701) Dygot
Tytuł: Dygot
Autor: Jakub Małecki
Wydawnictwo SQN
Stron 316
Opis wydawcy:
Naznaczona wstrząsającą tajemnicą ballada o pięknie i okrucieństwie polskiej prowincji. Porywające obsesje, niszczące namiętności i groza przemijania. Uciekająca przed Armią Czerwoną Niemka przeklina Jana Łabendowicza, który odmówił jej pomocy. Wkrótce jego żona rodzi odmieńca - chłopca o skórze białej jak śnieg. A wiejska społeczność nie akceptuje wybryków natury... Córeczkę Bronka Geldy ściga klątwa Cyganki. W wieku kilku lat dziewczynka zostaje ciężko poparzona w wyniku wybuchu granatu. Na losy Geldów i Łabendowiczów wpływają nie tylko kolejne dziejowe zawirowania i przepowiednie, lecz przede wszystkim osobiste słabości i obsesje. Drogi obu rodzin przecinają się w zaskakujący i niespodziewany sposób. Na dobre zespaja je uczucie dwojga odmieńców, introwertycznego albinosa i okaleczonej w płomieniach dziewczyny. Po kilkudziesięciu latach mroczną tajemnicę rodzinną mimowolnie rozwikła ich jedyny syn Sebastian - utracjusz i aferzysta, który postanawia wykorzystać możliwości, jakie daje Poznań, kipiąca życiem metropolia. 

Moja opinia: 
Nie zamierzam pisać recenzji "Dygotu" pod presją wszystkich "achów" i "ochów", zachwytów krążących wokół książek Jakuba Małeckiego. Zbyt wyraźne jest dla mnie bowiem wspomnienie pewnej wizyty w Tesco... sprzed 6 lat. Rok 2012/2013. Podchodzę do półek z książkami w Tesco... 29,99 zł, 39,99 zł, 24,99 zł... drogo, drogo i jeszcze raz drogo. Aż nagle widzę... 3,67 zł i dwadzieścia egzemplarzy "Dżosefa" (wydanego po raz pierwszy w 2011 roku) Jakuba Małeckiego. Niecałe cztery złote za nowiutką książkę? Kusząca propozycja. Przeczytałam opis - troszkę dziwny. Sprawdziłam opinie w internecie… przeważały te negatywne. Odłożyłam książkę na półkę i już więcej do niej nie wróciłam. Potem rok 2015, premiera "Dygotu", w świecie blogerów książkowych robi się głośno, padają porównania do Myśliwskiego i Tokarczuk, a powieści Małeckiego stają się wyznacznikiem świetnej jakości polskiej literatury. I w momencie kiedy "Dżosef" zostaje wznowiony (ja trochę żałuję, że nie zakupiłam go wtedy przed laty) zaczyna zbierać same pozytywne opinie. Wakacje w Turcji, w przerwach w trakcie pisania pracy zaliczeniowej na studia sięgam po "Dygot" - jak na razie najbardziej znaną powieść Małeckiego... i przeżywam dziwne literacko chwile, ale nie odmieniające mojego życia. 

Jest w tej powieści coś, co sprawia, że czyta się ją z wypiekami na twarzy - nie przeczę. Uwodzi swoją dziwnością i zawikłaniem, nietuzinkowością, która faktycznie może przywodzić na myśl prozę Olgi Tokarczuk. Jednak zdecydowanie nie jest to powieść, która pokazuje zacofanie występujące obecnie na polskiej wsi. Wydarzenia, które spotykają bohatera powieści Małeckiego spotykają bowiem bohatera krótko po wojnie (swoją drogą... mężczyzna z okładki, jego jasna cera i wieniec przez długi czas nasuwał mi na myśl, że fabuła powieści jest w jakiś sposób związana ze światem mody). Oczywiście - istnieją nadal zacofane obszary Polski, jednak odczytywanie "Dygotu" jednopłaszczyznowo jest krzywdzące zarówno dla powieści jak i naszego sposobu postrzegania świata. Tytułowy "dygot" wywołuje może nie sama książka - niesprawiedliwość, słabość, zło, nierówność, bieda i nieszczęście w niej ukazane, co raczej poczucie, przekonanie, że takie rzeczy się zdarzają, że tacy ludzie nas otaczają - tak pokrzywdzeni przez los. Tkwi we mnie jednak gdzieś silne przekonanie, że świat / życie nie jest tak brudny i straszny jak to pokazał Małecki. I oczywiście dochodzi do sytuacji, w których nieszczęścia spadają lawinowo na ludzi (a właśnie z takimi mamy do czynienia w "Dygocie"), jednak są to przypadki osamotnione. Może właśnie tego zabrakło w tej książki? Może to właśnie tak potęguje ten dygot, te emocje związane z książką Małeckiego? Ten płomień zła, zabobonności i uprzedzeń, który rzadko kiedy jest gaszony zwykłą codziennością, chwilami prostego szczęścia jak zjedzenie posiłku z bliską osobą. 

Małecki ma naprawdę dobre pióro. Widać w nim lekkość pisania, a także dobry warsztat stylistyczny. Widoczne zróżnicowanie językowe między latami wojennymi, a na przykład współczesnością pozwala lepiej wczuć się w rozgrywające się w książce wydarzenia - lepiej przyjąć emocjonalny bagaż, który za sobą niosą. Autor "Dygotu" bez wątpienia świetnie poradził sobie z scharakteryzowaniem i ukazaniem sylwetek bohaterów. Nie zabrakło także zgrabnego przedstawienia ich mentalności, która w tej powieści odgrywa kluczową rolę. Autorowi w kolejnych częściach powieści (okresach czasowych) udało się ukazać nie tyle zmieniający się świat, co zmieniających się ludzi, ich zmieniający się światopogląd oraz podejście do życia, a także wartości kierującym ich życiem. I chociaż Ci zmieniający się ludzie wraz z biegiem czasu tracą poczucie honoru, sprawiedliwości, w obrębie jednej rodziny degradują się, to jednak tracą także przywiązanie do zabobonów i cygańskich wróżb, które przestają oddziaływać tak silnie na ich życie. 

Bohaterowie Małeckiego w większości nie zasługują na uznanie - ich życie determinuje strach i niepewność jutra. Motorem napędzającym ich życie są obawy. Nie marzenia, aspiracje, ale właśnie lęki. Z tych lęków rodzą się problemy... nierozsądne wybory i życiowe tragedie. To tacy ludzie, którzy wiadomo, że przyciągają zło, a potem wpadają w pętlę niepowodzeń - po jednym przekonani o kolejnym zbliżającym się niepowodzeniu - sami do niego zmierzają. Tym samym "Dygot" staje się powieścią złożoną z ludzkich cierpień i niepowodzeń - czasami wynikających z braku akceptacji, czasami z własnej nieudolności - nie mniej: Małecki stworzył powieść o dramacie ludzkiego losu, niekiedy aż przedramatyzowanym.

Intrygująca fabuła w połączeniu z ciekawym zawikłaniem akcji od czasów II wojny światowej po współczesność sprawia, że powieść Małeckiego czyta się naprawdę dobrze - to angażująca i wciągająca historia, która niekiedy przywodzi na myśl prozę Olgi Tokarczuk, ze względu na zawarcie w niej odrobinę realizmu magiczny. To zdecydowanie ciekawa, wyróżniająca się na tle innych (współczesnych) polskich książek lektura. Saga rodzinna, może momentami odrobinę niedopracowana, ale pokazująca jak wiele złego może spotkać człowieka... a może, że nie istnieje "żywot idealny"? "Dygot" to zdecydowanie świetna, wyróżniająca się na polskim rynku wydawniczym książka, jednak jednocześnie... nie jest to powieść na skalę Tokarczuk. Nie da się jednak ukryć, że Małecki jest jedną z ciekawszych postaci na polskiej scenie literackim, jeśli mamy mówić o ambitnej prozie polskiej. Nadal przyćmiewają go inni pisarze jak Tokarczyk czy Myśliwski, ale wiele wskazuje na to, że z czasem jego pozycja może ulec jeszcze większemu wzmocnieniu.

Za książkę serdecznie dziękuję księgarni megaksiazki.pl :) 


października 31, 2015

(403) Wariaci czy pozytywni zapaleńcy? Słów kilka o "Busem przez świat. Ameryka za 8 dolarów"

(403) Wariaci czy pozytywni zapaleńcy? Słów kilka o "Busem przez świat. Ameryka za 8 dolarów"
Tytuł: Busem przez świat. Ameryka za 8 dolarów.
Cykl: Busem przez świat. (#2)
Autor: Karol Lewandowski
Wydawnictwo SQN
Stron 334

"Młodość powinnam minąć na podróżowaniu. Dlaczego? Bo później zabraknie na nie czasu."

Karol Lewandowski, "Busem przez świat. Ameryka za 8 dolarów"

Jedni mówią o tym, że chcieliby podróżować, zrobić coś szalonego, zwiedzić Amerykę... Jedni o tym mówią, a drudzy to robią. Jak się pewnie domyślacie autor "Busem przez świat. Ameryka za 8 dolarów" wraz z grupką swoich znajomych należy bez wątpienia do tej drugiej grupy. W dodatku sposób na realizację swoich marzeń wybrali dosyć nietuzinkowy... odrestaurować stary bus? Zdobyć w zaskakująco szybkim tempie wizy i inne potrzebne dokumenty? Przemierzyć Amerykę wydając codziennie nie więcej niż 8 dolarów? Zebrać zgraną grupkę i się nawzajem nie pozabijać żyjąc na bardzo małej przestrzeni starego busa? Nie ma problemu! No właśnie, że problem jest... Stąd też pytanie: wariaci czy pozytywni zapaleńcy? Mimo wszystko obstaję przy tej drugiej wersji. 

"Ameryka za 8 dolarów" to kolejna podróż pana Karola Lewandowskiego jednak już w składzie innym niż podczas pierwszej wyprawy o której możemy przeczytać w "Busem przez świat" (moja recenzja). Nie zapominajmy o tym, że choć ich wyprawy to wyprawy jak z marzeń to jednak ich bohaterowie żyją w realnym świecie w którym muszą się uczyć, pracować i mają wiele zobowiązań. Mimo tego i ekipa wyprawy do Ameryki jest grupką niezwykle sympatyczną (a przynajmniej tak ich przedstawia autor). Karol - pomysłodawca i organizator, Alex  - jedyna dziewczyna w ekipie, Paziu - zapalony myśliwiec, Zysiek - autor bloga o piwie i Wuja - zapalony ornitolog. Jak widzicie to bardzo różnorodna grupa, ale na szczęście mimo sprzeczek zazwyczaj potrafią wypracować kompromis.

Na hasło "Ameryka za 8 dolarów" większość osób stwierdzi "niemożliwe", I te osoby będą mieć po części rację. Bohaterom tej książki podróżniczej rzeczywiście udaje się zwiedzić Amerykę za 8 dolarów dziennie, jednak jest to możliwe jedynie ze względu na życzliwość, którą okazują im ludzie. Czy to przez ich bloga, czy przez kontakty z poprzednich podróży czy też przez ich dosyć ekstrawagancki środek transportu. Widzicie... ważny jest fakt, żeby nie podchodzić do tej książki z zamiarem: O! Dowiem się jak wydawać podczas podróży po Ameryce maksymalnie 8 dolarów dziennie. Z takim podejściem nie wyniesiecie z tej książki nic dobrego... no może poza małym bonusikiem, ale o tym na końcu.

Uczestnicy tej podróży spotykają się z niezwykłą serdecznością ludzi, poznają wielu ciekawych ludzi na każdym kroku spotykają się z tym jak ludzie potrafią być pomocni. W swojej podróży nie są sami. Cały czas wiele, naprawdę wiele ludzi trzyma kciuki za powodzenie ich podróży, chociaż nie wszyscy wierzą, że uda im się dokonać tego co sobie założyli. Co więcej idea ich wypraw staje się coraz bliższa nam wszystkim. Kto wie? Może za kilka lat ktoś z Was pojedzie na wyprawę Busem przez świat. Blog projektu cały czas działa... i czeka na ochotników na wyprawy, nawet na te które odbędą się za kilka lat. Myślę, że biorąc pod uwagę dystanse szczególnie mechanicy zawsze mile widziani ;)

Ale wróćmy do tematu głównego... czyli książki. Karol Lewandowski opisuje przygotowania i samą wyprawę po Ameryce. Jak zwykle - dużo się działo! Czasami są to opowieści krótkie i zwięzłe, bowiem nie jest to dziennik podróży, a raczej taki pamiętnik. Stąd też mamy możliwość poznać przede wszystkim te wydarzenia, które mogą nas najbardziej zainteresować. Żeby to jednak była książka rzetelna autor umieszcza w niej także mapy, porady dla podróżników, spisy tego co biorą w podróż, jakie dokumenty muszą załatwić (warto jednak pamiętać, że w tym zachodzą delikatne zmiany!) no i oczywiście w książce pojawiają się zdjęcia, co jest niesamowicie przyjemnym dodatkiem.

Tak. Uczestnicy podróży przez Amerykę to bez wątpienia po prostu pozytywni zapaleńcy. A Karol Lewandowski to postać, która potrafi w dodatku dobrze pisać o tym co wciela w życie. "Busem przez świat" to naprawdę dobra książka zachęcająca do podróżowania. Na całe szczęście nie jest to tylko obraz rozmów, tego co zobaczyli, ale także jest to obraz paru faktów, w tym wypadku uwarunkowań pojawiających się w Ameryce. Ale, ale... największym atutem tej publikacji jest fakt, że pokazuje jak wiele można zyskać będąc uśmiechniętym, serdecznym i otwartym! Uczestnicy wyprawy przez Amerykę mają w sobie niezwykły entuzjazm i zapał (a to najważniejsze) - pokazują, że nawet te najbardziej nierealne marzenia trzeba starać się wcielać w życie... uśmiech w tym pomaga. Wiecie... w końcu dla chcącego nic trudnego! ;)

PS. Zapewniam Was, że podczas lektury tej książki uśmiechniecie się niejednokrotnie!

Moja ocena: 7+/10 Bardzo dobra z plusem!

Za możliwość poznania książki obrazującej kolejną wyprawę sympatycznego Busa i jego załogi (Bus tu jednak chyba najważniejszy ;) ) serdecznie dziękuję Wydawnictwu SQN!

kwietnia 30, 2015

(354) Odłamki

(354) Odłamki
Tytuł: Odłamki
Autor: Ismet Prcić
Wydawnictwo SQN
Stron 432

"Zaczęło się od polityków, którzy w telewizji kłócili się, mówiąc o swojej narodowości i konstytucyjnych prawach. Każdy z nich twierdził, że to właśnie jego nacja jest zagrożona. " 
Ismet Prcić, "Odłamki"

Powyższy cytat pochodzący z książki pt. "Odłamki", której autorem jest Ismet Prcić mógłby być wstępem do referatu na temat wojny domowej w Bośni. Tematu omijanego podczas nauczania w szkole na lekcjach historii. Tak więc słowem wstępu... Konflikt w Bośni toczył się w latach 1992-1995. Jest uznawany za najbardziej krwawy konflikt w historii po zakończeniu II wojny światowej. Zginęło ponad 100 tys. osób... Uchodźcami zostało ok. 1,8 miliona ludzi. Konflikt zapoczątkowany przez narastające od wielu lat antagonizmy na terenie Bośni oraz oddzielenie się Bośni i Hercegowiny od Jugosławii zaważył na życiu milionów osób... jedną z nich był Ismet Prcić - uchodźca. 

Książka pana Ismeta to odłamki wspomnień... okruchy... Ismet - główny bohater książki jest postacią kochającą teatr. Chce kochać, umawiać się na randki, spotykać się z przyjaciółmi. Jednak na takie rzeczy w rozdartej wojną, spowodowanej konfliktem etnicznym Bośni nie ma miejsca. Po ciężkich przeżyciach chłopak zostawia swoją rodzinę w Bośni, a sam zostaje uchodźcą. Próbuje zacząć nowy etap swojego życie w Ameryce, ale to okazuje się o wiele trudniejsze niż myślał. Jednocześnie toczy się historia Mustafa - młodego żołnierza, który na codziennie ma do czynienia z okrucieństwem wojny, śmiercią. Znajduje się w epicentrum wydarzeń mających miejsce w Bośni. Ismet i Mustafa są zupełnie inni, a jednak przez wojnę ich losy zaczynają się niebezpiecznie splatać. O kim jest ta historia? O Ismecie czy Mustafie? 

Niepokój - to właśnie czułam przed sięgnięciem po tą książkę. Piękna okładka, intrygujący opis, a przy tym wszystkim trudny temat,.. wojna. Ale, ale... wojna nie jest tematem wiodącym tej książki. Jest swego rodzaju osią, a jednak to cała otoczka jest najważniejsza. Mamy tu szkielet osiowy i obwodowy... i to właśnie ten obwodowy jest tym ważniejszym. Zachowania ludzi w obliczu niebezpieczeństwa, konflikty w rodzinie, a przede wszystkim dojrzewanie. Autor tej książki jest zarazem jej głównym bohaterem - to swego rodzaju terapia. To czyni tę książkę jeszcze bardziej niesamowitą. Punktem kulminacyjnym tej powieści nie jest przyjazd Ismeta do Ameryki, ale jest nim mianowicie podróż, którą musiał do tego momentu w swoim życiu odbyć... I mam tu oczywiście na myśli nie tylko podróż fizyczną, ale także mentalną w głąb siebie. Książka o poszukiwaniu samego siebie w trudnych czasach, o wyborach i niepokojach. Obraz społeczeństwa podczas wojny - to wszystko możemy w niej znaleźć. 

"Odłamki" to książka w której nie ma zasad... A "ciąg chronologiczny" to banał - autor w ogóle nie uznaje w swojej książce czegoś takiego. Pomimo tego (co zaskakujące) nie ma w niej chaosu. Czyli mamy już pierwszy punkt przemawiający za oryginalnością: brak chronologii. Drugim punktem przemawiającym za powód do wybrania właśnie tej powieści wśród innych książek znajdujących się na rynku wydawniczym jest... język, którym została napisana. Bez cenzury, szczerze, prosto, momentami potocznie. Tak właśnie pisze autor. A może pisał? W końcu to książka w dużej mierze oparta na jego poprawionych dziennikach. To we mnie po prostu... uderzyło. Dotknęło najczulszych punktów, bo ta szczerość autora hipnotyzuje. Hipnotyzuje, przyciąga jak magnes i nie pozwala się od siebie oderwać. A trzecim (choć z pewnością nie ostatnim, ale ostatnim na którym w dużym stopniu się skupię) czynnikiem jest fakt, że książka pana Ismeta jest po prostu... nienormalna. Jest prowokacyjna - jest wołaniem: "Patrzcie ludzie co robi wojna!". 

Nienormalna - oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nie jest taka jak inne. Tak jak byłam przekonana na początku o autentyczności każdej sytuacji, każdego słowa... tak potem zaczęłam w to z każdą stroną coraz bardziej wątpić. To tylko motywowało mnie do czytania! Miałam nadzieję, że pod koniec co nieco się wyjaśni i miałam rację. "Odłamki" nie są powieścią sensacyjną, nie porywają akcją, ale porywają każdym słowem. Ta powieść porywa po prostu każdym najmniejszym wydarzeniem. Każda postać, każde słowo, każde zdanie... 

Wojna jest tłem dla trudnych relacji między ludźmi, a jednak pomimo tego Ismet tej wojny "nie zaniedbał". Przedstawił obraz niezwykle smutny, ale prawdziwy... pokazujący obraz współczesnej wojny z coca - colą. Z coca - colą, bo bohaterowie między przebywaniem w schronach przeciwbombowych siedzą w kawiarniach i popiją ten napój. To książka pokazująca, że ludzie pomimo traumatycznych wydarzeń nigdy nie przestają marzyć. Bo do marzeń i ich realizacji prawo mają wszyscy - trzeba po prostu zawalczyć o siebie i swoje marzenia. 

W historii Ismeta spotykamy całą gamę bohaterów. Oprócz przechodzącego przemiany głównego bohatera niezwykły udział w tej historii ma Mustafa. Może to przez to, że jest przeciwieństwem Ismeta? Choć trochę zakamuflowanym. A może to tak naprawdę ta sama osoba. Może Mustafa tak naprawdę nie istnieje? Prawdziwi ludzie. Społeczeństwo. Zmagająca się z depresją matka Ismeta i jego relacja z nią oraz pozostałą częścią rodziny to moim zdaniem jeden z najsmutniejszym, ale także najważniejszych wymiarów tej książki. Tak. "Odłamki" to powieść wielowątkowa. Powieść wielowątkowa opowiedziana różnymi rodzajami narracji. Powieść w której można znaleźć miłość, żal i niepokój... 

Ismet Prcić stworzył niezwykłe w swojej oryginalności i przekazie dzieło. "Odłamki" to genialna powieść, która porywa swoją treścią, a nie tylko spektakularnymi wydarzeniami. Smutna. Nie brak w niej jednak humoru. To przede wszystkim obraz współczesnej wojny oraz ograniczeń, które narzuca. Zmian zachodzącym w psychice i nie tylko. Majstersztyk chciało mi się powiedzieć. W moim odczuciu to książka z której każdy coś dla siebie wyciągnie. Napisana prawdziwie i bez ogródek. Autor nie upiększa. Autor pokazuje wszystko takim jakie jest naprawdę, a ja nadal jest pod wrażeniem tej powieści... "Odłamki" to zbiór wspomnień, obrazów, uczuć... Taki zbiór po którego przeczytaniu z jednej strony oddycha się z ulgą, że to już koniec, a z drugiej strony taki po którego przeczytaniu żałuje się, że to już koniec. Jedna z najlepszych książek tego roku. Polecam!

Moja ocena: 10/10 Arcydzieło!

Za możliwość przeczytania tej książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu SQN!

stycznia 10, 2015

(324) Drzewo migdałowe

(324) Drzewo migdałowe
Tytuł: Drzewo migdałowe
Autor: Michelle Cohen Corasanti
Wydawnictwo SQN
Stron 392

"Dobre rzeczy utrudniają wybór, złe rzeczy nie pozostawiają wyboru."*

"Drzewo migdałowe" autorstwa Michelle Cohen Corasanti to zdaniem autorki (i w zamierzeniu) manifest nadziei na to, że Izrael i Palestyna po dekadach wojen będę mogły w przyszłości żyć ze sobą w zgodzie. Sięgnęłam po tą książkę zachęcona pozytywnymi opiniami, które zbierała. I muszę przyznać, że było warto. Jest to książka pełna ciepła, wzruszeń, miłości i... nadziei. W przystępny dla każdego czytelnika pokazuje udział w wojnie tych osób "biernych". Bardzo często mówimy o tych, którzy biorą udział w walkach, o bohaterach. Ale co z osobami – cywilami, którzy chcą mieć po prostu... „święty spokój”, którzy chcą po prostu, żeby ich rodziny było bezpieczne? Co z osobami, które się wciągane w udział w wojnie wbrew sobie? Jedną z takich osób jest fikcyjny bohater książki „Drzewo migdałowe” - Ahmad.

Życie młodego Palestyńczyka wywraca się w 1955 roku, kiedy ten ten ma 12 lat. Młodsza siostra Ahmada ginie na skutek wybuchu miny, jego ojciec zostaje zamknięty w więzieniu z powodu jego winy, a w związku z tym rodzina traci dom. Zostają bez środków do życia, a Ahmad jako najstarszy z rodzeństwa musi pójść do pracy. To wszystko skutkuje tym, że chłopak musi przerwać swoją edukację. To zadaje mu dodatkowy cios, ponieważ jest geniuszem matematycznym, który potrafi przełamywać wszelkie granice jeśli chodzi o przedmioty ścisłe. Ma niezwykłe zdolności, a nauka jest dla niego odskocznią. Ahmad szybko dorasta i przekonuje się jak trudne jest życie na tle konfliktów zbrojnych. Na szczęście na jego drodze staje nauczyciel, który jest gotów zawalczyć o chłopca. Palestyńczyk dostaje od świata niesamowitą szansę, ale to od niego zależy czy ją wykorzysta. Czy będzie w stanie zranić swoją rodzinę z myślą o przyszłości. To od niego zależy czy wyrwie się z Izraela..

"Sukces to nie brak porażek, ale umiejętność podnoszenia się w razie upadku."*

Konflikt izraelsko – palestyński toczy się już od kilku dekad. I tak naprawdę mało kto wierzy, że kiedyś on się skończy. Dla Europejczyków jest to coś tak „stałego” i odległego, że nie słyszymy o nim na co dzień. I tu z pomocą przychodzi nam literatura. Jednak moje pierwsze spotkanie z tym konfliktem w literaturze miało miejsce w 2011 roku podczas lektury książki „Wiadomość w butelce”, którą byłam szczerze oczarowana. Potem jakoś ten mój pęd do literatury tego typu ucichł...(a może po prostu nie natrafiłam na odpowiednią książkę?) aż do momentu kiedy w zapowiedziach pojawiła się książka „Drzewo migdałowe”. Konflikt palestyńsko – izraelski jest w tej książce pokazany od strony cywila. Nie jest to z pewnością książka, która przybliża czytelnikowi naturę i przyczynę tego konfliktu. Pokazuje jednak pięknie życie obu stron w jego obliczu. A przede wszystkim autorka próbuje przekazać nam, że nienawiść do niczego dobrego nie prowadzi. Jest przyczyną udręczenia, zawiści i wielu nieszczęść. Styl autorki jest lekki i przystępny dla każdego czytelnika. To naprawdę dobry debiut literacki, którego tłem jest konflikt zbrojny. Tłem, a nie wątkiem głównym. Choć tych wątków tu mnóstwo – dorastanie, odpowiedzialność, kruche relacje rodzinne, podążanie za marzeniami, przyjaźń, miłość, strach i tolerancja. W tej książce jest wszystko – na szczęście w odpowiednich w proporcjach. To i rozpiętość czasowa w której toczy się akcja powoduje, że w tej książce coś dla siebie znajdzie zarówno młodzież jak i dorośli. Warto wspomnieć o tym, że zaczyna się i kończy mocnym akcentem. Gorzkim...

Jak już napisałam wcześniej fabuła zaczyna toczyć się w 1955 roku, a kończy się... w roku 2009. To stwarza obraz przemian w życiu Ahmada i jego rodziny oraz w nim samym. W zamyśle autorki to właśnie główny bohater opisuje to co go spotkała z perspektywy tych ponad pięćdziesięciu lat. To pięknie pokazuje życie w pewnym sensie każdego człowieka. Są chwile goryczy i bólu, a jednak dużo jest też chwil szczęścia, nadziei i beztroski. Tym samym autorka pokazała w swojej książce, że życie nie jest pasmem samym nieszczęść ani samych sukcesów. W końcu gdyby tak było... to życie byłoby nudne, prawda? Nie brakuje w tej książce także aspektu wyborów. Pani Corasanti na podstawie postaci Ahmada pokazuje, że nasze wybory mogą mieć bardzo długoterminowe skutki. Tylko, że my nie zawsze możemy przewidzieć sto procent skutków.

"Tylko będąc gotowym na porażkę, można osiągnąć coś wielkiego."*

Ahmad urzekł mnie już od pierwszych stron swoją dojrzałością. Bez wątpienia spowodowaną warunkach w jakich przyszło mu żyć i dorastać. W nieustannym strachu. Z nieustannym niepokojem. Pomimo tego jednak i w jego życiu pojawiają się chwile radości. Chłopak musi szybko dorosnąć, a jego dzieciństwo odbija się potem na całym jego dorosłym życiu. Wie, że nie wygra z wojną. Wie jednak także, że nienawiść jest złym doradcą. Stara się zrozumieć obie strony konfliktu. W przeciwieństwie do swojego ukochanego młodszego brata. To powoduje w życiu Ahmada wiele zawirowań. Jest w nim miejsce na tragedie i sukcesy.

„Drzewo migdałowe” to rewelacyjna, mądra książka, która niejeden raz mnie wzruszyła. Powieść pokazująca, że nienawiść jest najgorszym uczuć jakie może nas dotknąć. Dzieło Michelle Cohen Corasanti porusza wiele aspektów życia, a przy tym wszystkim nie zapomina o konflikcie palestyńsko – izraelskim, który był dla niej bodźcem. Negatywnym. Historia Ahmada pozwala spojrzeć na świat „świeżym spojrzeniem”, a przede wszystkim jest lekturą absorbującą, ciekawą i wciągającą. Nie mogę oczywiście zapomnieć o uroku okładki i tytułu... Drzewo migdałowe to ważny aspekt tej książki – to jedyna ostoja Ahmada. To tam zaczyna się jego historia i tam też się kończy. Jest świadkiem wielkich wydarzeń i wielkich emocji – obserwatorem tego co się dzieje. Rozpisałam się na temat tej powieści, ale chyba niepotrzebnie. To krótko mówiąc książka, która mnie oczarowała i zachwyciła. Bez wątpienia godna polecenia..

"Zawsze w historii zwycięzcy traktowali zwyciężonych w ten sposób. Źli muszą wierzyć, że jesteśmy od nich gorsi, żeby usprawiedliwić to, jak się z nami obchodzą. Niestety, nie rozumieją, że wszyscy jesteśmy tacy sami."*

Moja ocena: 8+/10 Rewelacyjna z plusem!

Za możliwość zapoznania się z „Drzewem migdałowym” serdecznie dziękuję Wydawnictwu SQN!
*Wszystkie cytaty pochodzą z książki "Drzewo migdałowe" autorstwa Michelle Cohen Corasanti

sierpnia 23, 2014

(307) Recepta na miłość

(307) Recepta na miłość
Tytuł: Recepta na miłość
Autor: Paula Roc
Wydawnictwo SQN
Stron: 255

"Pewnie nie wybrałam dobrego dnia na ostateczne rozstrzygnięcie, ale czy kiedykolwiek byłabym w stanie wszystko naprawić i przestać się bać? Najważniejsze jednak, że Ty zdecydowałeś chwycić się mocno życia i nikt nie mógł Cię zatrzymać." str. 249 "Recepta na miłość" Paula Roc

Lekarze, pacjenci, recepty, choroby, śmierć...
Od kilku lat można zauważyć coraz popularniejszą, a co za tym idzie silniejszą modę na seriale medyczne. "Chirurdzy", "Dr House", "Na dobre i na złe", "Lekarze". Do tego należałoby jednak jeszcze dodać np.: "Szpital". Pomimo tego ja dzisiaj skupię na tej pierwszej grupie. Mamy lekarzy, pacjentów, choroby oraz problemy pacjentów, ale także życie prywatne tych pierwszych. Na ekranach telewizyjnych pojawia się coraz więcej seriali medycznych. a w sumie każdy ze scenariuszu kieruje się podobnym schematem. Pojawia się więc pytanie: Dlaczego takie seriale cieszą się taką popularnością? Czyżbyśmy tak bardzo potrzebowali kontaktu z lekarzami, chorobami, szpitalami? A może za tym stoi coś więcej? Pewna... prawdziwość życia, która z nich bije? Przejdźmy jednak do sedna sprawy. "Moda na szpitale" zaczyna powoli wywierać swój wpływ także na literaturę. Ale czy historie o lekarzach opowiedziane na papierze mają taką samą moc i siłę przebicia? Postanowiłam się o tym przekonać na własnej skórze czytając książkę Pauli Roc pt.: "Recepta na miłość". Zapraszam więc do zapoznania się z moimi wnioskami...

Próbowaliście kiedyś uciec od problemów? Z pewnością. W końcu kto z nas nie próbował zapomnieć, odciąć się od tego co złe i nieprzyjemne, krępuje i budzące smutek? Magda - główna bohaterka powieści Pauli Roc postanawia właśnie uciec... Przeprowadza się do Barcelony z nadzieją, że uda jej się rozpocząć nowe życie bez smutku, poczucia winy. Poznajemy także Juana, który nie ma odwagi podążyć za marzeniami, rzucić studia, które nie dają mu żadnej satysfakcji, przyjemności, a co najważniejsze wyznać Magdzie, że ją kocha. No i jest jeszcze mało odpowiedzialny Roi. Roi, który od razu jak burza wtargnął do życia Magdy. Choć żadne z nich tego nie chciało. Stażyści, kłótnie, nieporozumienia, relacje z rodzinami, znajomymi, błędy, porażki, wygrane... Jest jeszcze zakręcona Irati i jej równie zakręcone co niemiłe problemy. Nie zapominajmy także o Irene, która waha się czy ratować życie siostry. Wszystko leży w rękach Juana. Czy uda mu się jednak przekonać dziewczynę do dania siostrze jeszcze jednej szansy? Czy niedoszli lekarze nauczą się o co tak naprawdę chodzi w tym zawodzie? Czy uleczą samych siebie? Pytań jest wiele, ale odpowiedź na każde z tych pytań jest tuż obok...

Niespełnione marzenia, ambicje, oczekiwania, zawody... Myślę, że tym wszystkim w dużej części jest ta książka. Marzenia za którymi trudno podążać, z dnia na dzień zmienianie planów, nieustanne zmiany zachodzące w życiu. Strach, niepewność, niepokój, walka z samym sobą. Widzicie... każdy z bohaterów książki Pauli Roc zmierza się z którymś z tych problemów. Magda - główna bohaterka tej powieści jest zagubiona i szuka swojego miejsca w życiu, które utraciła na skutek nieprzewidzianych kolein losu. Ci młodzi lekarze, stażyści dopiero wkraczają w dorosłość, uczą się odpowiedzialności, wkraczają w samodzielne, pełne obaw i niepokojów, ale także i radości życie. Muszą wybierać, decydować, podejmować decyzje - czasami już nieodwracalne. Ale przede wszystkim, że człowiek, żeby być szczęśliwym musi żyć w zgodzie z samym sobą.

Ważnym wątkiem tej książki, choć może wątkiem na który autorka nie kładzie zbyt dużego nacisku jest relacja siostry z pacjentką szpitala w którym pracuje Magda. Irene zostaje poproszona przez rodziców i lekarzy, żeby oddała swój szpik kostny siostrze - Isabel. Każda dziewczyna zrobiłaby to na jej miejscu dla swojej siostry, prawda? Nie ona. Głęboko zakorzenione w niej poczucie odrzucenia, smutek, nienawiść, poczucie bycia gorszym powoduje, że chce, żeby jej siostra zniknęła - umarła. Irene jest przez to bardzo zamknięta w sobie... U jednych może budzić odrzucenie, odrazę... No bo w końcu... jak można odmawiać pomocy swojej siostrze? Zadać cios swojej rodzinie? Ale Juan nie jest taki jak inny. Cechuje się niezwykłą wrażliwością i empatią, która pozwala mu zrozumieć postępowanie Irene i współczuć właśnie jej. A kto wie? Może ta sprawa obierze zaskakujący finał?

Ta książka jest momentami przerażająca... Przerażająca przez swoją prawdziwość, przez pokazanie szarości życia, które jest jedynie przeplatane jasnymi barwami. Ta opowieść nie ma takiego zupełnego "happy end'u". Tu ten "happy end" jest zbudowany na fundamencie strachu, niepewności bólu. Jedna rzecz / sprawa przybiera właściwy, dobry obrót, ale niepostrzeżenie druga się wali. Czy tak właśnie nie jest w naszym życiu? Bo przecież chyba życie nikogo z nas nie jest w stu procentach idealne, prawda? A Paula Roc to odkrywa, wykładając na stół wszystkie karty. To nie jest książka odpowiednia na poprawę humoru - o nie! Bo to książka o życiu, tu nie ma mega uczuć, niezwykłych historii - tu jest po prostu życie. Szare, smutne, momentami radosne, trudne, a przede wszystkim kruche. Sama w sobie ta powieść jest momentami bardzo smutna... mowa tu bowiem o bólu, depresji, załamaniu, uzależnieniu od leków, udawaniu kogoś innego. W dzisiejszych czasach, czasach pogoni za pieniędzmi często można zauważyć ludzi załamanych, bo nie spełniają oczekiwań, bo sobie nie radzą, ale oni sami się do tego nie przyznają, nie chcą powiedzieć ani przyznać przed samym sobą "mam problem". Udajemy silnych w czasach, kiedy niepokój i słabość są niepożądane. Ale czy niepożądane jest także bycie sobą, a nie udawanie kogoś innego?

Ale "Recepta na miłość" to także nieszczęśliwa miłość i ukazanie trudności i tego jak bardzo skomplikowane są relacje damsko - męskie. Czyżby porozumienie między tymi dwoma płciami było momentami zupełnie niemożliwe? Paula Roc zaskakuje prawdziwością charakterów swoich bohaterów. Mają wady i zalety. Jednak podczas czytania tej książki odnosiłam momentami wrażenie, że autorka skupia się w większości na słabych stronach stworzonych przez siebie postaci. Szkoda, bo mają bez wątpienia także dobre strony. A jednak przez to bohaterowie nie są przerysowani ani wyidealizowani. Myślę, że ważnym aspektem tej książki jest pokazanie, a raczej przypomnienie, że "szewc chodzi bez butów". Lekarze z tej powieści zmagają się z problemami psychicznymi, zdrowotnymi... innym pomagają, a sobie pomóc nie potrafią. I, że pani w sklepie, nauczyciel w szkole, pracodawca w pracy... także mają własne życie, problemy i nie tylko.

Pisarka przez swoje dzieło chciała pokazać (a może przypadkiem to zrobiła?), że ważne jest pokazanie swojej prawdziwości i unikalności. Bowiem każdy jest inny. Może ja się po prostu do tego przyczepiłam? W każdym razie jeśli się o czymś nie mówi to nie znaczy to, że tego czegoś nie ma. I nawiązując do tego zamierzam nawiązać do pomyłki do której dopuściło się wydawnictwo (?), a tą pomyłką jest pomylenie imion na jednej ze stron powieści, ale mogę na to ewentualnie przymknąć oko...;)
Reasumując "Recepta na miłość" to ciepła powieść, która wzrusza przez swą prawdziwość. Nie jest to jednak książka dobra na poprawę humoru - ostrzegam! Autorka pokazuje, że tak naprawdę życie nikogo nie jest idealne. Są jednak też minusy - akcja rozgrywa się w Barcelonie... a gdzie tu jest ta Barcelona? Barcelony brak. A jednak... jeśli dla autorki Barcelona jest chlebem powszednim to po co się nad nią rozwodzić? Nie mogę też przyznać, że ta książka jest porywająca, bo nie jest... ale jest za to ciepła i pouczająca. Momentami męcząca, a jednak pokazująca jak ważne jest w trudnych chwilach wsparcie rodziny. Mało tu medycyny, więc dla fanów lekarzy nie polecam. No i ten banalny tytuł... no bo gdzie tu ta recepta na miłość? Jak widzicie ta książka ma swoje plusy i minusy. I to od Was zależy czy dacie jej szansę... jednak ja jej lektury nie żałuję. Warto sobie zadać pytanie: Czy każda książka musi być idealna?

Moja ocena: 6+/10 Dobra z plusem!

Za możliwość przeczytania tej książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu SQN!

czerwca 20, 2014

(299) Kodeks Bracholi

(299) Kodeks Bracholi
Tytuł: Kodeks Bracholi
Autor: Barney Stinson i Matt Kuhn
Wydawnictwo SQN
Stron 195

"Brachol zawsze może zrobić coś głupiego, pod warunkiem, że reszta Bracholi zrobi to razem z nim"

Każdy z nas ma swoje ulubione seriale. Seriale, które ogląda częściej, rzadziej lub wcale... Ale czy słyszeliście o serialu "Jak poznałem waszą matkę?". Ja usłyszałam o nim dopiero kiedy w moje ręce wpadł "Kodeks Bracholi". Serial był emitowany w latach 2009-2014 i opowiadał o facecie o imieniu Barney, który stwierdził, że w końcu nadszedł czas, żeby się ustatkować (przynajmniej tak wyczytałam w internecie). Ale nie o serialu zamierzam pisać... tylko o książce, którą napisał główny bohater serialu czyli Barney. Czyli jak widzicie już wszystkie najważniejsze fakty Wam przedstawiłam. No to teraz mogę się w końcu z czystym sumieniem zabrać za opowiadanie o książce...

"Kodeks Bracholi" to jak głosi sama nazwa kodeks każdego Brachola... Kim jest Brachol? To już jest o wiele trudniejsze do wytłumaczenia. To ktoś (zazwyczaj facet) w rodzaju przyjaciela, który nie odbija koledze laski. Ale Bracholem może być też już wcześniej wspomniana laska...  Zmieńmy temat. Barney przedstawia 150 zasad. Bardzo różnorakich w dodatku – jedne wydawałyby by się jak najnormalniejsze i łartwe do zaakceptowania, a drugie dziwne, śmieszne, ale raczej nieodrzucające. Bardzo dużo z zasad zostało zobrazowane rysunkami, tabelkami, uzupełniankami, a zdarza się nawet wykreślanka...

Autor miał naprawdę fajny pomysł na tą książkę. Krótkie, zabawne rady – przedstawione w ciekawy pod względem graficznym sposób. To książka jak sam pisze dla Bracholów, ale przecież Bracholem może być także kobieta. Musi jednak spełniać wymagane wymogi. Nie ma tu na szczęście dyskryminacji ze względu na płeć. Prawa są takie same, tak samo jak obowiązujące zasady. Ale uwaga! Za nieprzestrzeganie kodeksu grożą kary i to poważne... O wszystkich karach możemy dowiedzieć się na końcu książki, gdzie znajduje się także słowniczek ze słowami, które mogą się okazać dla nas niezrozumiałe.

"Kodeks Bracholi" to króciutka, zabawna (choć momentami głupiutka książka). Taka odpowiednia na rozluźnienie. Jej przeczytanie zajmuje niewiele czasu tym bardziej, że na niektórych stronach znajduje się jedynie jedno zdanie. A i wydanie jest niczego sobie. Twarda oprawa zasługuje na uwagę. Podejście do kobiet, stałych związków w niej przedstawione może niejednemu się nie spodobać. Dlatego należy do niej podchodzić z dużym dystansem, momentami wkraczającym już w obojętność. Ustalmy, że te zasady są bardzo hm... o! Mogące wzbudzać odzew płci przeciwnej. Ale z drugiej strony... niewątpliwie jest w nich dużo (momentami przykrej) prawdy.

To książka o tym jak powinien się zachować Brachol, kiedy jego Brachol trafi do aresztu, będzie miał stłuczkę, problem z dziewczyną itd... Jeszcze raz powtarzam, że wszystko to jest napisane z dużą dawką humoru, a podchodzić do tego trzeba podchodzić na luzie. Nie mam tak naprawdę konkretnego zdania na temat tej książki. Jedne zasady rozbawią, a drugie mogą nawet zniesmaczyć. Taka już jest ta książka – kolorowa i wielobarwna. Nic na to nie poradzimy... Po prostu jeśli wpadnie Wam w ręce – przejrzyjcie ją... I polecałabym ją szczególnie kobietom – może to pomoże nam zrozumieć te niezrozumiałe zachowania facetów? Chociaż na to chyba już nic nie pomoże ;) Jak tak poczytacie tą książkę to zobaczycie, że niejeden raz byłyście światkiem "bracholskiego" zachowania. Polecam dla chwili śmiechu i odprężenia, którego przecież każdy z nas czasami potrzebuje. A dla fanów serialu będzie to bez wątpienia gratka ;)

Moja ocena: brak

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu SQN!

czerwca 19, 2014

(298) Busem przez świat

(298) Busem przez świat
Tytuł: Busem przez świat
Autor: Karol Lewandowski
Wydawnictwo SQN
Stron 306

"Prosta zasada handlowa. Jeśli naprawdę, tak naprawdę na czymś ci zależy, musisz udawać obojętność."

Jesteście zwariowani? Jeśli tak to witajcie w klubie. Zwariowanie to jedno, a spełnianie tych nawet najbardziej zwariowanych marzeń to już druga sprawa... Nie każdy ma odwagę spełniać marzenia, bo pojawiają się trudności, lęki, niepewność, ale są też osoby, które walczą o swoje marzenia do upadłego. Osoby, które powinny być dla nas wzorem. I ja właśnie chcę Wam opowiedzieć o takiej zwariowanej grupce przyjaciół, którą miałam okazję, a zarazem przyjemność "poznać" podczas czytania książki "Busem przez świat". Karol, Wojtek, Michał, Marek i Krzyś – to właśnie oni postanowili spełnić swoje szalone marzenie marzenie o wyprawie na Gibraltar... A najważniejszą tutaj w tym wypadku osobą jest Karol. To w końcu on odpowiada za to całe zamieszanie...

Bardzo lubię czytać od czasu do czasu książki podróżnicze. Rozwijają wyobraźnię, pozwalają poznawać świat i rzeczy, które nie zostaną niestety zobaczone przez nas wszystkich. A dzięki takim książkom dostajemy szansę, aby przeżyć taką naszą małą przygodę... Ale czy każda taka mała przygoda pozostaje na długo w naszej pamięci? Otóż nie. Bo taka przygoda powinna być niezwykła i czymś się wyróżniać, a tak właśnie jest z tą książką. Nie oni pierwsi chcieli pojechać na Gibraltar, ale to oni wpadli na pomysł, żeby pojechać tam starym, lecz odrestaurowanym busem. Postanowili spełnić swoje marzenie i nie pożałowali. Ale w końcu... Ludzie nie żałuję rzeczy, które zrobili, ale żałuję tego czego nie zrobili.

"Należy się cieszyć z rzeczy dobrych, a złe puszczać w niepamięć. Niby banał, ale warto sobie to uświadomić."

Każdy mówił im, że to niemożliwe... Że porywają się z motyką na słońce... Przejechać zakupionym za grosze busem ze Śląska na Gibraltar? Niemożliwe? Skądże! Dla pozytywnych zapaleńców możliwe jest wszystko. Spełnić może się każde marzenie... Pomysłodawcą jak już wspomniałam był Karol Lewandowski. Wpadł na fajny, acz kolwiek zwariowany pomysł i wciągnął to swoich znajomych. Ale w wyprawie pomagała im rodzina, mieszkańcy Świdnicy i nie tylko. Nie pomyślcie sobie, że było łatwo! Nic z tego! Psująca się skrzynia biegów, aresztowanie i wiele innych przypadków/wypadków po drodze na ten upragniony Gibraltar. Ale udało się! Chociaż mieli chwile załamki, kiedy chcieli zawrócić do domu to jednak walczyli do końca... Opłaciło im się! Przeżyli przygodę i zobaczyli wiele wspaniałych miejsc... Niejeden im tego zazdrości. A ja z pewnością!

"Busem przez świat" to reportaż z podróży. Ciekawej, zwariowanej podróży. Ta książka nie jest wybitnym reportażem, oj nie... Dużo, krótkich historyjek. Wolałabym jednak mniej, dłuższych historyjek. Zanim się dobrze "wkręciłam" już był koniec i kolejna opowieść. Szkoda... Z drugiej strony bardzo fajne jest to, że w książce zostały także ujęte przygotowania do wyprawy, a także jej koniec. Autor opowiedział nam historię tej wyprawy (pierwszej w ich "karierze") od A do Z. Bohaterzy przeżyli wiele wspaniałych chwil, a ja czytając tą książkę zaczęłam im... zazdrościć... Odwagi i samozaparcia, żeby walczyć o swoje. Są dowodem na to, że nawet wydawałoby się te najbardziej niedorzeczne marzenia mogą się spełnić. W tej książce jest pokazanych wiele aspektów ich podróży – tych lepszych i tych gorszych ;)

"Było różnie. Czasem wesoło, czasem smutno lub strasznie.Wyprawy są przecież jak życie. Słodko - gorzkie."

Pan Karol Lewandowski stworzył naprawdę fajną książkę o czasie podczas podróży, który spełnił ze swoimi przyjaciółmi. O trudnościach, ale także o przyjemnościach. Udowadnia, że warto marzyć. Robi to może w sposób niedoskonały...(styl i za krótkie opowieści). Co do samego wydania – troszkę za mało zdjęć, które znajdują się w tylko jednym miejscu. Nie mniej dzięki temu cena książki nie jest aż tak wygórowana... Wyruszenie z Karolem i resztą ekipy na Gibraltar było niezwykłą przygodą i bardzo mile spędzonym czasem. Ostrzegam! Po przeczytaniu tej książki będziecie mieć ochotę wyruszyć w podróż (najlepiej busem) ... a ta chęć nie minie tak szybko! Żeby nie było, że nie ostrzegałam... Polecam!

Moja ocena: 7/10 Bardzo dobra!

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu SQN!