Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marginesy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marginesy. Pokaż wszystkie posty

lutego 23, 2024

(737) Popłynę przed siebie jak rzeka

(737) Popłynę przed siebie jak rzeka
Tytuł: Popłynę przed siebie jak rzeka
Autor: Shelley Read
Tłumacz: Michał Juszkiewicz
Wydawnictwo Marginesy
Stron 328

Absolutnie przejmująca, wyciskająca łzy powieść. Z jednej strony z nieśpiesznie poprowadzoną akcją, z drugiej porywająca. Na ponad trzystu stronach przedstawiono akcję rozpiętą na ponad 20 lat, więc nie ma tu wielu szczegółów. Najważniejszy jest początek i koniec tej historii, ale nie mam wrażenia nienasycenia… niedoinformowania. To taki styl pisania, taki klimat dla którego ponad 300 stron tekstu wystarcza… ale i 600 stron byłoby literacką ucztą. Choć nie wiem czy możliwą do ogarnięcia emocjonalnie. To zbiór prostych, ale niosących za sobą ogromny ładunek emocjonalny obrazów, które niejednokrotnie wycisnęły ze mnie łzy… pozostawiając jednocześnie cały czas nadzieję na happy end.

„Popłynę przed siebie jak rzeka” to opowieść, której fabuła rozgrywa się pod koniec lat 40-tych XX wieku. Główna bohaterka wspomnieniami wraca jednak także do wcześniejszych wydarzeń. Gdy ją poznajemy, Victoria Nash ma siedemnaście lat. Po śmierci matki i ciotki została jedyną kobietą w rodzinie. Prowadzi gospodarstwo na rodzinnej farmie, dba o to by zwierzęta były zaopiekowane, wspiera w pracy przy brzoskwiniach swojego ojca. Mieszkają z nimi także jej wujek oraz jej młodszy brat, którzy jednak charakterologicznie zupełnie inni od niej… przysparzają jej zmartwień. Jest pewna swojej roli. Posłuszna, uczynna, pracowita, szczera. Kłamstwa wkradają się w jej życie, gdy przypadkiem poznaje Wilsona Moona – młodego włóczęgę z tajemniczą przeszłością, który został wysiedlony z plemiennej ziemi. Ich prosta miłość bez uprzedzeń nieodwracalnie zmienia jednak ich losy. Victoria ucieka w okoliczne góry, gdzie dojrzewa… odkrywa siłę jaką w sobie posiada, a jednocześnie daje się ponieść słabościom. Przekonuje się, że życie płynie jak rzeka bez względu na napotykane na drodze tamy i życiowe zakręty. Niezależnie od tego, co złego w życiu spotka człowieka – ono płynie dalej.

Shelley Read napisała wspaniałą powieść o dojrzewaniu i zmierzaniu dalej pomimo życiowych trudności. To z jednej strony surowa w klimacie powieść, z drugiej niesamowita ze względu na swój klimat amerykańskiej farmy drugiej połowy XX wieku i małej społeczności. Niezwykle subtelnie autorce udało się ukazać zmiany zachodzące zarówno w rzeczywistości otaczającej główną bohaterkę jak i te zachodzące w niej samej. Wraz z upływem lat zmienia się klimat tej powieści, a my trafiamy do rozwijającego się miasta. Od tematu wysiedleni rdzennych mieszkańców ziem przechodzimy zgrabnie do tematu wojny w Korei. Pisarka fantastycznie oddała mentalność małomiasteczkowej społeczności, uwzględniając także kontekst społeczno – historyczny i zachodzące w nim zmiany. Ta książka jest liryczną opowieścią nieobfitującą w dialogi. Więcej od dialogów jest w niej opisów przyrody, które przed oczami malują świat życia Victorii. Te opisy budują atmosferę i klimat tej powieści, są niezbędne do odpowiedniego emocjonalnego odczuwania tej powieści. 

„Popłynę przed siebie jak rzeka” to bowiem przepiękna książka nie tylko do czytania, ale i „czucia”. To realistyczni, barwni bohaterowie. Także główna postać, czyli Victoria nie jest heroską. Podejmuje decyzje, które w większości pokrywają się z tym jak działałoby większość kobiet w jej sytuacji. Ona nie wyprzedza swoich czasów, nie jest przebojowa. Stara się przetrwać. Funkcjonować. Książka jest bardzo równa – napisana pięknym, wręcz poetyckim językiem. To niesamowity debiut. Już dawno żadna książka tak mnie literacko nie rozpaliła… nie była taką ucztą. Wspaniała pozycja, do której na pewno kiedyś jeszcze powrócę. 

Moja ocena: 10/10

Książka otrzymana w ramach współpracy barterowej z Wydawnictwem Marginesy.

stycznia 24, 2024

(733) Pielęgniarki

(733) Pielęgniarki

Tytuł: Pielęgniarki

Autor: Christie Watson

Tłum. Ewa Borówka

Wydawnictwo Marginesy

Stron 320

Zawód pielęgniarki jest niedoceniany – nie da się tego ukryć. Pielęgniarki nie są ulubioną grupą zawodową, kojarzą się z raczej z niesympatycznymi „pigułami”. Zmianie sytuacji nie sprzyjają jednak także niskie płace, duże obciążenie psychiczne, fizyczne i odpowiedzialność związana z tym zawodem. O tym często się zapomina. Udając się do lekarza, stykając się z pielęgniarkami oczekujemy często empatii, współczucia, szczerego zainteresowania i najlepiej jeszcze przejęcia naszym problemem zdrowotnym, często zapominając, że to taki sam człowiek jak każdy inny. I oczywiście – nie podlega dyskusji fakt, że mamy prawo do rzetelnej, fachowej opieki. Trudno jest jednak oczekiwać od pielęgniarek, że będą się emocjonalnie angażowały w każde napotkane cierpienie – jeśli tak będzie, oszaleją. Stąd też dochodzi niekiedy do wytworzenia warstwy ochronnej w postaci szorstkości… i nie mówię, że to dobrze i że tak powinno być – w służbie zdrowia brakuje wsparcia dla kadry medycznej, ale chcę pokazać, że ta sytuacja – relacja nie jest czarno – biała i jako czarno – biała nie powinna być postrzegana. 

To także pokazuje brytyjska pielęgniarka Christie Watson w swoje książce „Pielęgniarki”, wydanej nakładem Wydawnictwa Marginesy. Christie Watson nie marzyła całe dzieciństwo o tym, żeby zostać pielęgniarką. Jak opisuje w swojej książce, pomysłu na siebie szukała długo… często zmieniała zdanie, ale do bycia pielęgniarką została w pewnym sensie naznaczona już podczas pracy z pacjentami. Weszła w to. Nawet gdy zemdlała podczas pobierania krwi (krew była pobierana jej, a nie przez nią…) na samym początku długiej drogi do uzyskania uprawnień – nie poddała się, nie wycofała, nie zrezygnowała. W trakcie stażu, a później kariery trafiała na różne oddziały, różnych pacjentów, ich schorzenia, a także na różne pielęgniarki. Ta książka nie jest jednak jedynie zbiorem opowieści z jej czasu pracy, ponieważ autorka przewija w niej także informacje dotyczące historii tego zawodu, jego początków. Nie brakuje w tej książce także (z perspektywy laika) ciekawostek związanych z medycyną oraz innych dygresji.

Watson w swojej opowieści o byciu pielęgniarką wpuszcza czytelnika w różne zakamarki szpitalnych oddziałów – zderzając czytelników tym samym z różnymi chorobami i opowieściami o ludzkich losach. Jedne jeżą włos na głowie, drugie wyciskają łzy… ale są też takie, które wywołują uśmiech na twarzy i przynoszą nadzieję. Niezmienny jest jednak ogrom związanych z nimi emocji. Co ważne, autorka nie próbuje nikogo wybielać – pokazuje jednak złożoność codziennych zadań pielęgniarek. Nie stroni w opowieściach od poruszania wątków z życia osobistego – postrzegam to jako plus, ponieważ przez jej uwikłanie w opisywane sytuacje, nabierają one autentyczności. Autorka na wstępie zaznacza jednak, że nie należy traktować jej opowieści 1:1, ponieważ w celu ukrycia tożsamości osób, które spotkała na swojej zawodowej drodze, połączyła opisy pewnych postaci i sytuacji.

„Pielęgniarki” są książką dość nierówną – zachwiana jest linia czasowa w stosunku do chronologii życia autorki – trochę błądzimy jako czytelnicy tej historii, przechodząc od jednej do drugiej historii, które nie zostały jednak w konkretny sposób uporządkowane. Nie zawsze też narracja poprowadzona jest porywający sposób. To odpowiednia książka przede wszystkim dla osób zainteresowanych światem medycznym, pracą w nim. Z pewnością z zainteresowaniem sięgną po nią osoby, którym spodobało się na przykład „Będzie bolało” Adama Kaya, choć to półka nieco niższa. Nie ma w tej pozycji jednak przesytu krwawych obrazów, medycznych szczegółów, które wrażliwszych mogą przyprawić o nudności. To ciekawe wprowadzenie do okołomedycznych tematów i zawodów, pokazujące złożoność i trudność sytuacji, z którymi na co dzień stykają się szeroko rozumiani medycy. 

Moja ocena: 6,5/10

Książkę otrzymałam w ramach współpracy barterowej z Wydawnictwem Marginesy.

grudnia 03, 2023

(732) Eileen Gray. Dom pod słońcem

(732) Eileen Gray. Dom pod słońcem

Tytuł: Eileen Gray. Dom pod słońcem. 

Autor: Zosia Dzierżawska, Charlotte Malterre-Barthes

Tłumacz: Jacek Żuławnik 

Wydawnictwo Marginesy

Stron 162

Eileen Gray – architektka i projektantka. Pionierka modernistycznego projektowania i architektury. Jej najbardziej znany projekt to budynek E-1027. O uznaniu dla jej prac świadczyć może chociażby to, że fotel jej projektu został w 2009 roku sprzedany za prawie 22 mln… euro. Jej najbardziej rozpoznawalne prace powstały w pierwszym dekadach XX wieku. Tworzyła meble – szeroko rozumiane elementy wystroju oraz projekty architektoniczne. Budynek E-1027 nazywany jest perłą modernizmu. Wpływ na to ma nie tylko wyjątkowa bryła, sama konstrukcja budynku, ale także elementy jego umeblowania, których autorką również była Gray. 

Komiks wydany przez wydawnictwo Marginesy w 2019 roku przybliża jedynie po krótce biografię Eileen Gray. Elementem, na którym skupiły się autorki (Charlotte Malterre-Barthes i Zosia Dzierżawska) jest właśnie historia powstania budynku E-1027. Czytelnicy zostają jedynie pokrótce zaznajomieni z wcześniejszymi losami bohaterki, aspektem otwarcia przez nią sklepu z własnymi meblami czy miłosnych relacji. Zawartych w nim zostało jednak także kilka myśli dotyczących architektury - poglądów Gray.

„Eileen Gray. Dom pod słońcem” to komiks pokazujący ogromną pasję i dążenie Gray do połączenia w sztuce użytkowej zmysłowości z funkcjonalnością. To także opowieść o kobiecie, która stara się postępować niezależnie od społecznych ograniczeń. I również wbrew męskiej dominacji w świecie architektury. Dla osoby niepozostającej zanurzoną w świecie historii designu i architektury, początkowo trudne może być odnalezienie się w tej opowieści, która jednak mocno czerpie z dorobku designu i modernizmu – nie przedstawiając go jednak dokładnie. Modernizm pozostaje strefą dla rozgrywających się wydarzeń. Strefa ta jednak nie zostaje czytelnikom przybliżona i jest to zdecydowana wada. Brakuje konkretnego wprowadzenia historycznego elementu, który pozwoliłby dotrzeć tej historii także do osób, którym nieznana jest biografia Eileen Gray i jej wkład w dorobek designu oraz architektury.

W przedstawionej opowieści, także w sposobie ukazania głównej bohaterki brakuje wyrazistego elementu, który mógłby rozpalić intensywne emocje i przywiązanie w czytelnikach (ponownie o tym wspomnę) niepowiązanych z architekturą, dla których postać Eileen Gray byłaby ciekawa także w oderwaniu od nich. Ograniczenie fabuły i kreacji bohaterów sprawia, że także ograniczona staje się grupa potencjalnych odbiorców. Surowość środku wyrazu i fabuły idzie w parze z surowością kreski. W przypadku kreski nie jest to jednak wada.

Komiks o Eileen Gray jest jednak czytelniczą perełką dla osób zanurzonych w świat architektury i designu. Dla niewtajemniczonych, komiks ten, stanowić może zachętę do dalszego zbierania informacji nie tylko o jego bohaterce, jej dziełach, ale również całej modernistycznej otoczce. Przewagę nad warstwą tekstową zdecydowanie przejmuje tu strona graficzna, która choć surowa – przyciąga uwagę. Tekstowi zabrakło jednak dramaturgii i emocji, które poruszałyby czytelnika i sprawiły, że zapadnie w pamięć. To fabularny zawód, pozbawiony wyrazistości, ale jednak zasługujący na uwagę ze względu na zastosowaną kreskę. Jeśli Waszym celem nie jest poznanie historii Eileen Gray, a po prostu silnej, przebojowej kobiety… to zdecydowanie bardziej polecam Wam również wydany przez Marginesy komiks „Artemizja”, który jest zarówno literackim jak i graficznym majstersztykiem.

Moja ocena: 6/10


Książkę otrzymałam w ramach współpracy barterowej od Wydawnictwa Marginesy.

grudnia 13, 2021

(729) Czas Karola

(729) Czas Karola
Tytuł: Czas Karola
Seria: Czekoladowa dynastia (#1)
Autor: Teresa Monika Rudzka
Wydawnictwo Marginesy
Stron 320
Opis wydawcy: 
Nie tylko dla miłośników Downton Abbey. I czekolady!

Siedemnastoletnia Joanka Miller dostaje propozycję pracy i wyjeżdża do Berlina. Chlebodawcom podobają się skromność i pracowitość dziewczyny. Nakazują jej solenne wypełnianie obowiązków oraz trzymanie języka za zębami. Panna zamieszkuje przy rodzinie Karola Wedla i wkrótce pochłania ją wir spraw – w tym wyjazd do Warszawy, gdzie słynny cukiernik w 1851 roku zakłada własną cukiernię.

Czas Karola opowiada o początkach i rozwoju najsłynniejszej polskiej firmy. Są Karol i Karolina Wedlowie, ich dzieci Emil i Eleonora, służąca Joanka, kucharka Józefa i wiele osób z pierwszych stron gazet. Są zakupy w sklepie Stanisława Wokulskiego, gdzie panna Eleonora poznaje Izabelę Łęcką. Jest też skromny subiekt Ignacy Rzecki – stały bywalec wedlowskiej pijalni czekolady.

Moja opinia:
Ostatnio na rynku wydawniczym pojawia się coraz więcej publikacji związanych w jakiś sposób z rodziną Wedlów, twórcami i założycieli sławnych cukierni oraz czekolady, Ptasiego Mleczka i innych słodkości pożądanych przez Polaków od lat. "Czekoladowa dynastia. Czas Karola" jest jedną z tych pozycji. Książka Teresy Moniki Rudzkiej jest pierwszą częścią serii, opowiedzianej w formie ballady, stanowiącej fikcję literacką jedynie inspirowaną historią Wedlów, a której akcja rozpięta została na wiele lat. Przez specyficzną formę powieści mknie się przez nią niepostrzeżenie i bardzo szybko... autorka skupia się na przedstawieniu kluczowych dla rozwoju firmy Wedlów momentów, przez co cała historia jest bardzo dynamiczna. Powieść Teresy Moniki Rudzkiej jest przyjemną opowieścią o determinacji, niepodejmowaniu pochopnych decyzji, wytrwałości i sile rodziny. To książka bez intryg, obłudy i zawiści... ciepła, swojska i przez to pokrzepiająca. 

Książka Rudzkiej zawiera w sobie całą gamę ciekawych i barwnych postaci, wśród nich znaleźć można nawet Rzeckiego, co ujmie na pewno niejednego fana tej postaci z "Lalki"... na kartach powieści przewijają się także takie postacie jak Sienkiewicz, Prus oraz istotne dla rozwoju cukierni i pijalni czekolady Wedla wydarzenia - także związane z realiami historycznymi. Z jednej strony wplecienie w akcję takich bohaterów jak Rhett Butler odrealnia całą historię, a z drugie nadaje jej kolorytu i swego rodzaju magii... Wspaniałe i zaskakujące było także to, że w każdej z powieści autorki pojawia się postać, która sygnalizuje ważne wydarzenia w życiu bohaterów - to taki swego rodzaju znak rozpoznawczy autorki. Zaskakujące i bardzo na plus! Zanurzenie się w świat stworzony przez Rudzką jest łatwe, a postacie przez nią stworzone plastyczne i bardzo realne. Wręcz żywe i prawdziwe. Postacie przewijające się przez karty powieści nie są idealne, nie są ani jednoznacznie dobre ani jednoznacznie złe. Są czarno - białe, a nawet te najbardziej krystaliczne i pozytywne, mają również swoje wady. Ten brak idealizowania dodaje tej powieści realistyczności. 

Teresa Monika Rudzka w swojej powieści sygnalizuje pewne wątki, nie zagłębiając się jednak w nie bardzo intensywnie - sunie po obrzeżach świata rodziny Wedlów, pokazując jakby zasłyszane na mieście opowiastki czy plotki, przez większość tematów jedynie przemykając - nie ma tu więc wielu intymnych wyznań czy szczerych rozmów - w tym aspekcie akcja nabiera rumieńców dopiero pod koniec tej historii. Takie przemykanie i jedynie sygnalizowanie sprawia jednak niestety, że "Czasy Karola" nie są opowieścią... o czasach Karola... to jedynie pewien skrypt i skrót dający informację o tym, w jakim wątkach szukać genezy powstania fabryki i pijalni czekolady Wedla, jej powstania i dalszego działania. 

Ta skrótowość tej opowieści trochę deprymuje - żałuję, że autorka nie zdecydowała się na klasyczną formę powieści, choć ta wtedy musiałaby być o wiele większa objętościowo - a jednak poszerzenie portretów psychologicznych postaci, przedstawianie wydarzeń "tu i teraz", a nie na zasadzie wspomnień w rozmowach (które zresztą niekiedy mogą wydawać się nieco sztuczne i stworzone stricte na potrzeby wizji autorki), co wydarzyło się przez ostatnie lata (których w książce opisanych nie mieliśmy), a przede wszystkim głębsze zanurzenie się w świat fabryki czy pijalni Wedla (jak wyglądały, jak funkcjonowały) zdecydowanie wzbogaciłoby tę powieść i sprawiłoby, że jej czytanie wywoływałoby zachwyt i rumieńce na twarzy. Bez tego "Czas Karola" z cyklu "Czekoladowa dynastia" pozostaje udaną, przyjemną, ale nie porywającą fikcją literacką. 

Lektura książki Teresy Moniki Rudzkiej, choć przeskakująca niekiedy nawet o dziesięciolecia byle tylko ukazać czytelnikom tytułowe czasy Karola kipi miłością Wedlów do czekolady i zdecydowane apetyt na nią pobudza. Żałuję jednak, że nie została wspomniana praca Karola Wedla jako cukiernika, zdobywanie przez niego fachu - jeśli już autorka zdecydowała się na stworzenie zbeletryzowanej historii Wedlów jedynie inspirowanej faktami - mogła dużo bardziej "popłynąć" - szkoda, że tego nie zrobiła. Rozumiem zamysł autorki - idąc tokiem rozumowania autorki, to naprawdę udana powieść... choć z niewykorzystanym potencjałem. Ciekawa, udana, choć nie powalająca. Tym samym "Czekoladowa dynastia. Czasy Karola" to przyjemna, ciepła i krótka lektura na zimowe wieczory z kubkiem gorącej herbaty czy wpisując się w klimaty wedlowskiej... przepysznej płynnej czekolady.

listopada 06, 2021

(725) Instytut Bombowych Teorii

(725) Instytut Bombowych Teorii
Tytuł: Instytut Bombowych Teorii
Autor: Tom Gauld
Wydawnictwo Marginesy
Stron 160

Uwielbiam komiksowe propozycje wydawnictwa Marginesy. Sukcesywnie (i systematycznie) zapoznaję się z ich graficznymi publikacjami - jak to często bywa w takich sytuacjach - jedne zachwycają mnie bardziej, drugie mniej. Doceniam jednak ich różnorodność i to, że wśród stale powiększającej się oferty - każdy może znaleźć coś dla siebie. "Instytut Bombowych Teorii" należy do tych mniej mnie zachwycających pozycji, jednak wynika to przede wszystkim z tego faktu, że jak się okazuje - nie jestem grupą docelową tego komiksu, czy też raczej zbioru około 150 komiksowych historyjek / anegdotek. Mimo, że miały być to humorystyczne opowiastki o szalonych naukowcach i odkryciach, skierowane nawet do tych osób, które nie wiedzą nic o Pitagorasie... będę szczera. O Pitagorasie co nieco wiem, poczucie humoru jako takie również mam, a jednak... humoru w dużej ilości z tych historyjek zrozumieć nie potrafiłam. Ale to nic. Książka trafiła w ręce naukowego fascynata... i go zafascynowała. 


Tom Gauld w tym swego rodzaju albumowym zbiorze komiksów (zdecydowanie odradzam czytanie od deski od deski! Nawet zbyt dużo dobrego jedzenia może wywołać niestrawność!) skupił się wynalazcach i wynalazkach oraz szeroko pojętej nauce - nie ulegając jednak fascynacji jedynie jedną z jej dyscyplin, dzięki czemu - naprawdę nie ma opcji, żeby nie zrozumieć chociaż jednego z zawartych w tym zbiorze skeczów? jeśli możemy te historyjki tak nazwać. To, co zasługuje również na wskazanie i wspomnienie, to oczywiście praca tłumaczy: Karoliny Iwaszkiewicz i Adama Pluszka, którzy dostosowali ten komiks do polskich odbiorców, przez co możemy w nim znaleźć stwierdzenia czy przykłady niewystępujące w oryginale. 


"Instytut Bombowych Teorii" zachwyci szczególnie fascynatów nauki, choć i laicy w tym temacie znajdą w tym albumie kilka zabawnych historii. Nie mniej - jest to z pewnością komiksowy zbiór, który należy sobie dawkować, tak by nie poczuć się zbyt przytłoczonym zamieszczonymi w nim historiami. Historyjki w nim zawarte są różnorodne - bardziej i mniej ambitne, ich zrozumienie wymaga również różnego poziomu specjalistycznej wiedzy. Prosta kreska przedstawiająca te historie, idealnie oddaje ich swego rodzaju surowość. Mój, jakby się mogło wydawać dość krytyczny odbiór tej pozycji wynika z tego, że z wiekiem zaczęłam szukać w literaturze czy też właśnie w komiksach / powieściach graficznych emocji (tu mistrzowska jest "Artemizja") i/lub wiedzy (tu serdecznie polecam "Neurokomiks"). W tej pozycji emocji nie ma, a wiedza w niej zawarta bez dość dużych fundamentów... dla mnie jest (w większości) niedostępna. Tak więc jak wcześniej wspomniałam - komiks trafił w ręce osoby zakochanej w nauce i związanej z nią ciekawostkach... i tam został o wiele lepiej odebrany i dał dużo więcej satysfakcji z lektury.


Moja ocena: 6/10

października 21, 2021

(724) Dziewięć miesięcy czułego chaosu

(724) Dziewięć miesięcy czułego chaosu
Tytuł: Dziewięć miesięcy czułego chaosu 
Autor: Lucy Kinsley 
Wydawnictwo Marginesy 
Stron 256 

Jeśli właśnie dowiedziałaś się, że jesteś w ciąży lub Twoja najlepsza przyjaciółka podzieliła się z Toba radosną nowiną o tym, że niedługo zostanie mamą... a może Ty sama jesteś na etapie takich starań... a może po prostu chcesz dowiedzieć się więcej o wyjątkowym stanie, jakim jest bycie w ciąży, ten komiks jest dla Ciebie. Jeśli jakkolwiek jesteście związane z tematem ciąży... a może ciążą już dawno za Tobą, ale chcesz spojrzeć na ten okres z pewnym rozbawieniem... a może właśnie zmagasz się z porannymi / lub też całodobowymi mdłościami... ta opowieść może Cię podnieść na duchu. "Dziewięć miesięcy czułego chaosu" to niesamowita opowieść o jednym z najbardziej wyjątkowych, pełnym miłości, a jednocześnie strachu, zaskoczeń i skrajnych emocji w życiu kobiety okresie, jakim jest ciąża. To bardzo osobista opowieść, która wywołuje zarówno łzy smutku jak i radości - choć tych drugich zdecydowanie więcej. 



Graficzka, Lucy Kinsley, od zawsze pragnęła zostać matką, lecz gdy nadszedł czas realizacji tych pragnień - okazało się to trudniejsze niż myślała i trudniejsze niż oczekiwało tego otoczenie wokół niej. Tak - o tym też jest ta książka, o spojrzeniach i naciskach społeczeństwa, znajomych i rodziny, w kwestii posiadania dzieci, a także o tych niewygodnych, przykrych, raniących, niedyskretnych pytaniach, o tym jak łatwo zranić drugą osobę (niechcąco, ale jednak), kierując się swoją ciekawością, beztroską i założeniem, że jeśli coś było łatwe dla mnie to na pewno jest też takie dla drugiej strony. Lucy Kinsley dzieli się swoją bardzo trudną historią, drogą do zostania mamą - nie brak w niej problemów związanych z płodnością, poronień, a także kłopotów zdrowotnych, które swoją kulminację znalazły w trakcie dramatycznego porodu. 


Komiks Kinsley nie jest jedynie osobistą opowieścią, ale jest także swego rodzaju przewodnikiem (choć bardzo subiektywnym) po zdrowiu reprodukcyjnym, zmianach zachodzących w organizmie kobiety w okresie ciąży, jej rozwoju, a także pewnych "smaczkach", które wywołują szczególny uśmiech na twarzach kobiet, które doskonale rozumieją dlaczego w pewnym momencie dużo lepszym towarzyszem w łóżku staje się poduszka ciążowa niż partner czy odczuwają tak jak autorka, a zarazem bohaterka tej książki chęć poddania się hibernacji aż do porodu. Dla osób niepodzielających takich doświadczeń, może być to równie fascynująca opowieść... bowiem zabierająca ich do świata, wcześniej dla nich niedostępnego, a niekiedy bardzo ekscentrycznego. Z tego powodu może to być także ciekawa pozycja dla mężczyzn, ponieważ ma szansę ułatwić im zrozumienie, na przykład dlaczego naleśniki będące wieczorem największym złem i wywoływaczem mdłości, rano mogą stać się najbardziej pożądaną potrawą. 


"Dziewięć miesięcy czułego chaosu" to opowieść o płodzeniu i rodzeniu dzieci od A do Z, o zawiłej instrukcji testu ciążowego, całodobowych mdłościach, długich marszach po korytarzach szpitalnych, gdy rozwarcie konieczne do porodu jest zbyt małe. Opowieść Kinsley ma oprócz walorów humorystycznych, ogromne walory psychologiczne, ponieważ nie idealizuje okresu starania się o dziecko ani ciąży. Ukazuje ciemne i jasne blaski tego okresu jednocześnie uświadamiając, że to, że kobieta spodziewa się dziecka, nie oznacza, że musi z uśmiechem na twarzy znosić opuchnięte kostki czy nieustanne mdłości - jej "narzekanie" czy niezadowolenie z powodu tych niedogodności związanych z okresem ciąży - jednocześnie nie przeczy jej radości, szczęścia i niecierpliwego oczekiwania narodzin potomka, co świetnie ilustrują zaprezentowane w komiksie ilustracje. Kinsley pokazuje, że okres starań o dziecko, ciąży oraz porodu to taki słodko-gorzkie miesiące, stanowiące jedynie preludium do prawdziwej przygody, jaką stanowi wychowywanie małego człowieka. 


Moja ocena: 8/10 Rewelacyjna!

kwietnia 09, 2021

(723) Słuchajcie dziewczyny!

(723) Słuchajcie dziewczyny!

Krótki, błyskotliwy komiks, napisany dziarskim językiem, z wieloma odwołaniami do popkultury: filmów, książek, komiksów. Wspaniała pozycja szczególnie dla młodych dziewcząt, w wieku 12-14 lat. "Słuchajcie dziewczyny!" to książka otwierająca oczy, wywołująca uśmiech na twarzy i pokazująca, że dorastanie i kobiecość wcale nie są takie złe jakby się wydawało... a przede wszystkim: nie muszą być tematem tabu, nie muszą również prowokować rumieńców zawstydzenia na twarzy. Wbrew powszechnym opiniom moim zdaniem nie jest to komiks, który ma celu wychowanie młodych feministek, a jedynie utwór pokazujący, że bycie kobietą nie musi stawiać człowieka na niższej pozycji względem mężczyzny i  nie wiąże się z samymi utrudnieniami jak np. bolesne miesiączki, potrzeba depilacji, ciąża czy poród. 

Katja Klengel jest niemiecką absolwentką Akademii Sztuk Pięknych w Dreźnie. Bardzo szybko w swojej drodze zawodowej postanowiła skupić się na komiksach, tworząc między innymi na swoim blogu autobiograficzny pamiętnik komiksowy. Można powiedzieć, że "Słuchajcie dziewczyny!" to utwór będący właśnie takim wycinkiem jej autobiograficznej twórczości - napisany bez owijania w bawełnę, z ogromnym dystansem do siebie, szczerością i olbrzymią ilością poczucia humoru. To poczucie humoru sprawia, że żenujące nie staje się nawet czytanie o tym jak autorka musiała na wycieczce pokazać koleżankom swoje włosy łonowe czy o tym za jak krwiożercze i mrożące krew w żyłach wydarzenie uważała poród. Ogromna dawka dystansu do siebie, który posiada autorka... sprawia, że jej opowieści są zabawne, autentyczne i trafiające szczególnie do młodych czytelniczek. 

"Słuchajcie dziewczyny!" to opowieść o dojrzewaniu i wszystkich jego "ciemnych" blaskach - owłosienie na ciele, tabu związane ze sromem, waginą, łechtaczką, w dorosłym życiu naciski na posiadanie męża, dzieci, stabilnej sytuacji życiowej - stracone szanse, niewykorzystane okazje i zmiany zachodzące w kobiecym ciele. Komiks Klengel nie ma sprecyzowanej fabuły, toku opowieści - to zbiór historyjek, wspomnień i anegdotek, zilustrowany w przystępny sposób z wieloma odwołaniami do popkultury - znajdziemy więc tutaj nawiązania do Harrego Pottera czy Czarodziejki z Księżyca. To wszystko sprawia, że przez ten komiks po prostu się przelatuje strona za stroną. 
Pozycja Katjy Klengel zdecydowanie nie wyczerpuje szerokiej tematyki dojrzewania i kobiecości. Nie jest także zaawansowanym przewodnikiem po meandrach kobiecego dojrzewania i problemów, z którymi musi zmierzyć się na pewnym etapie każda nastolatka... jednak stanowi zaproszenie do rozmowy, szczególnie dla młodych dziewcząt. Oczywiście - obecnie w sposób często niekontrolowany, takowe zaproszenie stanowi przede wszystkim korzystanie z internetu, jednak... myślę, że i tak jest to pozycja, którą warto podrzucić uczennicom starszych klas podstawówki. Bardzo wartościowym aspektem tej pozycji jest jej humor, zanurzenie w popkulturze... oraz lista polecanych filmów, książek, która znajduje się na końcu tego komiksu. Żałuję, że przez tłumacza nie została dodana taka polska lista... Ale może w kolejnym wydaniu? Bardzo przyjemna kreska, trafiające do odbiorcy ilustracje, świetne dialogi. To naprawdę dobra, choć pozostawiająca jeszcze wiele do powiedzenia w tym temacie pozycja. Jednak... co najważniejsze: ośmiela i zachęca do dalszych poszukiwań, jednocześnie nie bombardując odbiorcy często postrzeganym negatywnie feminizmem. 

Moja ocena: 7/10 Bardzo dobry!

Tytuł: Słuchajcie, dziewczyny! / Autor: Katja Klengel / Wydawnictwo Marginesy / Stron 160   

lipca 04, 2020

(719) Komiksowo: Loteria

(719) Komiksowo: Loteria
Tytuł: Loteria
Autor: Shirley Jackson
Wydawnictwo Marginesy
Stron 160

Krótki, mroczny, angażujący komiks, który mimo małej ilości słów w nim zawartych (a może właśnie dzięki temu?) wywołuje gęsią skórkę. Uważny czytelnik domyśli się o co chodzi w tej krótkiej historii, ale i tak będzie czuł dreszczyk oczekiwania, który szybko przemienić może się w duszności spowodowane tym jak na małą społeczność wpływają tradycje, ugruntowane zwyczaje.

27 czerwca, pogodny i słoneczny dzień, na placu zbierają się wszyscy mieszkańcy wioski. - To jedno zdanie zawiera w sobie esencję tej opowieści, ponieważ to tam, co roku, od nowa rozgrywa się historia miejscowej tradycji, oddziaływania małej społeczności - uwikłania w te relacje i historię. Do drewnianej skrzynki trafiają imiona wszystkich mieszkańców wioski, później jedno imię jest losowane... jednak w tej loterii nikt nie chce zostać wylosowany, a przegranym okazuje się cała społeczność.

Miles Hyman, autor komiksowej "Loterii" specjalizuje się w komiksach i adaptacjach klasyki literackiej. "Loteria" jest adaptacją jednego z najsłynniejszych amerykańskich opowiadań XX wieku, które stworzyła jego babcia - Shirley Jackson. Potencjalny sukces komiksowej "Loterii" i zainteresowanie czytelników nią oparte jest na trzech filarach: bycia adaptacją opowiadania Jackson, niesamowitej kresce i ilustracjom oraz przedmowie autora, która prawdopodobnie zawiera więcej słów niż sam komiks (mimo, że ma zaledwie 5 stron), a jednocześnie stanowi świadectwo pewnej literackiej i rodzinnej spuścizny.

Gdy zainteresuje Was znikoma ilość słów pojawiająca się w tym komiksie, przypomnijcie sobie, że samo oryginalne opowiadanie także jest bardzo krótkie, a mimo to potrafi oddać drzemiące w nim emocje i wzbudzić niepokój. Wrażenie niepokoju zostaje osiągnięte przez pojmowanie pewnego okrucieństwa jako czegoś zupełnie normalnego, stanowiącego element od lat kultywowanej tradycji, którą należy wspierać tak, aby nie wymarła. "Loteria" pokazuje konsekwencje społecznego konformizmu.

"Loteria" zdecydowanie nie jest komiksem do czytania, ale pozycją do oglądania. Uważne przyjrzenie się stworzonym grafikom daje o wiele więcej czytelnikowi niż ta niewielka ilość okienek dialogowych. Podczas spotkań z komiksem zawsze jednym z najważniejszych czynników, które pozwalają mi określić na ile to zetknięcie z dziełem graficznym było owocne, udane - jest to czy emocje towarzyszące bohaterom i fabule są dla mnie jasne do odczytania. Szczególnie w sytuacji, gdy mam do czynienia z komiksem fabularnym, a nie popularnonaukowym. Hyman oddał te emocje w swoich ilustracjach fenomenalnie - tworząc aurę tajemniczości, oczekiwania, niepokoju, grozy, a przy tym pewnej sielskości małego miasteczka, w którym każdy każdego zna.

Komiks Hymana stanowi ciekawy wątek, ogniwo dyskusji dotyczącej konformizmu społecznego, usilnego kultywowania tradycji, sposobu funkcjonowania małej społeczności ściśle ze sobą powiązanej tradycją, węzłami krwi i wspólną historią. Mimo swojej małej objętości stanowi pozycję, która rezonuje w czytelniku / oglądaczu po przeczytaniu / obejrzeniu. Stanowi idealne uzupełnienie lektury opowiadania Jackson, taką graficzną kropkę nad "i", ale nawet bez lektury tego opowiadania - daje czytelniczą satysfakcję związaną z zanurzeniem się w świat - nam, mam nadzieję, jak najbardziej odległy ideologicznie. Niesamowite kreska, budowanie napięcia rysunkami, przemawiające do wyobraźni odbiorcy obrazy... "Loteria" zasługuje na uwagę.

Moja ocena: 8,5/10

listopada 25, 2019

(715) Komiksowo: Artemizja & Pasja Artemizji

(715) Komiksowo: Artemizja & Pasja Artemizji
Tytuł: Artemizja
Autor: Nathalie Ferlut & Tamia Baudouin
Wydawnictwo Marginesy 
Stron 96

Artemizja Gentileshi była jedną z pierwszych malarek w Europie. W 1616 roku jako pierwsza kobieta została przyjęta do elitarnej Akademii Sztyki, tym samym zyskała nie tylko pozycję, ale przede wszystkim prawa dostępne do tej pory jedynie dla mężczyzn. Jej najsławniejszy obraz "Judyta zabijająca Holofernesa"... zaskoczył wszystkich swą brutalnością i wulgarnością. Dotąd kobiety mogły malować jedynie martwą naturę, pejzaże. Miały problem z kupnem chociażby materiałów do malowania... Nie mogły zarabiać na swoich obrazach, a nawet ich podpisywać.  

Osiągnęła sukces, jaki w tamtym czasie był niemożliwy do osiągnięcia przez kobietę. Droga do tego była jednak bardzo długo i trudna. Ojciec Artemizji - Orazio należał do jednego z uczniów Caravaggio, który w tamtym czasie zaczynał osiągać pozycję jednego z najważniejszych artystów epoki.  Nigdy nie osiągnął sławy swojego mentora, jednak wraz z synami utrzymywał się do końca życia właśnie z malarstwa... Malarstwo było wielkim marzeniem Artemizji, choć w pracowni odpowiadała jedynie za mycie pędzli i przygotowywanie materiałów. Jej ojciec, z którym miała bardzo skomplikowane relacje oddał ją pod opiekę przyjaciela... ten gwałcił ją i wykorzystywał... W sądzie Artemizja była wyśmiewana i poniżana... stała się pionkiem w ojcowskich rozgrywkach. Jednak nie tylko wtedy musiała walczyć o swoją godność i sprawiedliwość... 

Obraz "Judyta zabijająca Holofernesa" już od dawna funkcjonował w mojej kulturowo - artystycznej rzeczywistości. Przemawiał do mnie siłą swojego wyrazu, jednak nigdy nie zagłębiałam się w biografię jego autorki. Ta sytuacja uległa zmianie, gdy w moje ręce wpadł komiks wydany przez wydawnictwo Marginesy*… ujął mnie swoją kreską i wyrazistością z jaką zostały ukazane emocje. To jeden z tych komiksów, które poznaje się z wypiekami na twarzy, gorącym oczekiwaniem i zaciekawieniem odnośnie tego co będzie dalej. To świetne dzieło zarówno pod względem fabularnym, narracyjnym jak i graficznym. Emocje, emocje i jeszcze raz emocje. Niesamowita historia, która została świetnie oddana... wraz ze wszystkimi odcieniami szarości kryjącymi się w ludzkiej psychice. Nawet teraz... pisząc tę recenzję, wertuję "Artemizję" i grafiki w niej zamieszczone uderzają mnie równie mocno i przypominają wszystkie emocje, które zostały ukazane w tej historii. Historii kobiety, która zdecydowała się walczyć o siebie. 

Nathalie Ferlut (która była odpowiedzialna za scenariusz) oraz Tamia Baudouin (odpowiedzialna za rysunki) stworzyły razem komiks, który uderza swą wyrazistością. Wszystko w nim jest intensywne, a jednocześnie bardzo sugestywne. Obrazy mówią niekiedy więcej niż wypowiedziane słowa. Ważny jest każdy gest, zmarszczenie czoła bohaterów... i co najważniejsze wszystkie one zostały przez Baudouin zobrazowane. Z połączenia ich wspólnej pracy powstała dopracowana w najmniejszym nawet szczególe, bardzo poruszająca, opowieść o dorastaniu bez matki, dziwnych relacjach z ojcach, trudnym i bolesnym wkraczaniu w dorosłość i walce o samą siebie, a później także o swoją córkę. To walka o godność w świecie, w którym słowo kobiety ma marginalne znaczenie (o ile w ogóle jakieś ma...). A kobieta - malarz? To po prostu wymysł... dziecięce mrzonki, które są bardzo trudne do zrealizowania. 

W tym komiksie zachwyca przede wszystkim sposób wykreowania postaci tytułowej bohaterki: to silna, niezależna i bardzo charakterna kobieta, w którym nie ma wątpliwości, przejmującego strachu, poczucia bezsilności nawet w chwilach największych prób. Nawet gdy jest uwikłana w upokarzający proces o gwałt, w skomplikowane relacje z ojcem... jest niesamowicie silna. Jej postać, tak jak i całą historię poznajemy za sprawą retrospektyw, wspomnień osoby, która jedynie po części w nich osobiście uczestniczyła... istnienie pośrednika w poznawaniu tej historii sprawia, że między odbiorcami a główną bohaterką zostaje wytworzony swego rodzaju dystans, który sprawia, że Artemizja staje się po trochu dla nas postacią mityczną, szanowną matroną, do której nie mamy bezpośredniego dostępu. Ale to nie są negatywne odczucia. To dodatkowo wzmacnia wydźwięk tej postaci.


"Artemizja" jest ciekawym komiksem, którego największym atutem jest zarys postaci głównej, bohaterki o bardzo silnej osobowości, która jest gotowa walczyć o swoją godność i przyszłość. Retrospektywny sposób narracji jednocześnie pozwala wytłumaczyć czytelnikom, dlaczego np. relacje z ojcem nie zostały głębiej zarysowane. Opowieść o Artemizji Gentileshi odsłania przed czytelnikami najważniejsze wątki jej biografii, dochodzenia do miana pierwszej i zarazem największej barokowej malarki (dodatkowo na końcu komiksu znajduje się dwustronna notatka biograficzna). To krótka opowieść o niesamowitej i zdeterminowanej kobiecie, opowiedziana w bardzo niewymuszony sposób, a jednocześnie z ogromnym uznaniem dla jej talentu, sztuki i biografii. Pozycja genialna zarówno graficznie jak i narracyjnie. Zdecydowanie godna uwagi.

Ocena: 10/10

*Wszystkie grafiki pochodzą ze strony Wydawcy.

* * *
Tytuł: Pasja Artemizji
Autor: Susan Vreeland
Wydawnictwo Marginesy
Stron 384

Po przeczytaniu komiksu "Artemizja" przechadzając się wzdłuż półek z książkami w salonie... i zastanawiając się co przeczytać w dalszej kolejności mój wzrok padł na książkę "Pasja Artemizji". Nigdy wcześniej się jej nie przyglądałam z bliska... zakupiona kilka lat wcześniej w antykwariacie za złotówkę, kurzyła się na półce i czekała aż nadejdzie jej chwila. Swoją drogą sama byłam zaskoczona, że ta chwila nadeszła... jednak po przeczytaniu komiksu o barokowej malarce - był to wybór w pełni intuicyjny i uzasadniony. Chciałam dowiedzieć się o głównej bohaterce czegoś więcej - poznać jeszcze lepiej jej emocje, relacje z ojcem, historię gwałtu, małżeństwa... dążenia ku spełnieniu marzenia. "Pasja Artemizji" autorstwa Susan Vreeland stanowiła dla mnie rozszerzenie historii przedstawionej w komiksie i dlatego odebrałam ją pozytywnie. Komiks dał mi podwaliny, które sprawiły, że mogłam poczuć się zainteresowana zaprezentowaną historią... a jednocześnie sprawił, że w jego blasku, w mojej pamięci - powieść Susan Vreeland została odrobinę przyćmiona. 

"Pasja Artemizji" to dobra powieść, takie trochę czytadło? Fabuła jest taka sama jak losy Artemizji w komiksie, jednak tu mamy szansę poznać bohaterkę z "pierwszej ręki" - bo też mamy do czynienia z narracją pierwszoosobową. Z tym, że w tym przypadku postać głównej bohaterki nie jest tak uwodzącą swoim charakterem. Jest cicha, trochę nieśmiała i walczy o siebie, jednak ja wolę tę Artemizję z komiksu - która jawi się jako heroiczna bohaterka, a przynajmniej tak jest odbierana przez innych. Tu tego heroizmu nie ma. Jest za to bardzo dobre oddanie realiów historycznych, obyczajowych, takie codziennego życia, ludzkiej mentalności. I w sumie przez to może wydawać się, że także sama główna bohaterka wydaje się realniejsza niż w komiksie... jest bardziej świadoma ograniczeń czasów, w których przyszło jej żyć i jest kobietą o mentalności, która bardziej do tamtych czasów pasuje. Oczywiście - walczy o siebie, jednak nie czuć w tym takiej brawury jak w przypadku komiksu. 

Ale... mnie właśnie ta brawurowość bohaterki w komiksie najbardziej uwiodła. To co otrzymujemy zarówno w przypadku komiksu jak i powieści to interpretacja biografii wybitnej malarki. Jako interpretacja swą barwnością (w znaczeniu dosłownym jak i potocznym) zdecydowanie bardziej przemawia do mnie graficzne zobrazowanie losów Artemizji. Jednocześnie powieść Vreeland może stanowić uzupełnienie komiksowe (które jednak nie jest konieczne). Autorka położyła bowiem nacisk na kwestię małżeństwa Artemizji, jej samotnego życia, próby pogodzenia sztuki i macierzyństwa, a także relacjach z ojcem. Możemy bardzo dobrze przyjrzeć się dojrzewającej Artemizji, a także malowniczym sceneriom Włoch.

Nie można mieć nic do zarzucenia językowi tej powieści - Susan Vreeland na co dzień wykłada na kursach literatury angielskiej, kreatywnego pisania i historii sztuki... to wszystko widać w tej pozycji. Mam wrażenie, że gdybym nie znała komiksu to odebrałabym tą powieść o wiele pozytywniej. Jednak... sama historia Artemizji Gentileshi nie jest mi na tyle bliska i przede wszystkim dla mnie na tyle pasjonująca, fascynująca i znajdująca się w kręgu moich zainteresowań, żeby wszystko co dotyczy tej malarki zachwycało mnie w tym samym stopniu. Książka Vreeland jest świetna, choć przedstawia nam zupełnie inny obraz bohaterki. Pięknie i sensualnie napisana, wciąga i angażuje w lekturę... jednak w porównaniu z genialnym komiksem - wypada dosyć blado, choć jednocześnie są to dwie zupełnie różne kategorie, których nie należałoby porównać. To po prostu kwestia tego, że silna i brawurowa osobowość komiksowej Artemizji góruje nad tą oddaną bardzo realnie pod względem historycznym, a przez to cichszą bohaterką powieści.

Moja ocena: 7+/10

listopada 14, 2019

(714) Komiksowo: Kroniki Francine R.

(714) Komiksowo: Kroniki Francine R.
Tytuł: Kroniki Francine R. 
Autor: Boris Golzio
Wydawnictwo Marginesy
Stron 138

Opis wydawcy: 
Gestapo aresztowało Francine R. i jej siostrę 6 kwietnia 1944 roku. Powodem był udział ich brata Joannèsa w ruchu oporu. Obie kobiety najpierw znalazły się w transporcie z innymi uwięzionymi, a potem je rozdzielono. Siostra Francine trafiła do obozu pracy w Hanowerze, a ona sama najpierw do obozu w Ravensbruck, a potem do jednej z fabryk broni doglądanych przez Hermana Göringa.
Podróż Francine była niezwykle ciężka. Bito ją od momentu aresztowania przez Gestapo, nieustannie poniżano, przewożono bydlęcymi wagonami, szczuto psami na platformach obozów pracy, poddawano medycznym eksperymentom, delegowano do rozbierania zwłok i odbierania dobytku żywym, zmuszano do katorżniczej pracy… Jednak kobieta nigdy nie utraciła nadziei, że wyjdzie z tego piekła żywa.

O swoich wojennych przeżyciach Francine opowiedziała ze szczegółami Borisowi Golzio. Ten przez długi czas nie wiedział, co z tym szokującym materiałem zrobić, by w końcu zdecydować się na uczynienie z tej rozmowy powieści graficznej. Każde słowo w komiksie pochodzi z opowieści Francine i oddaje jej dosadny sposób mówienia, powtórzenia, wahnięcia w głosie. Wszystko po to, by jak najbardziej zbliżyć się do prawdy ukrytej w słowach kobiety. Jednej z wielu uwięzionych, których głos, każde słowo powinny zostać ocalone od zapomnienia.

Moja opinia:
Temat II wojny światowej jest tematem szeroko wykorzystywanym w kulturze. Nie ma miesiąca by na rynku wydawniczym nie pojawiła się pozycja nawiązująca do tej tematyki. Jedną z takich pozycji jest komiks z wydawnictwa Marginesy. „Kroniki Francine R.” to kolejne świadectwo, spisany głos, jednak na tle innych publikacji… zginąłby w tłumie, gdyby nie miał formy powieści graficznej. To właśnie forma graficzna wzbogaca to świadectwo, choć zobrazowanie warunków panujących w obozach, w których przebywała Francise zdecydowanie niekiedy odbiega od historycznej rzeczywistości tamtego okresu. Mimo, że komiks jest gatunkiem, w który dopiero się zanurzam (jednak już teraz mogę stwierdzić, że w ofercie wydawnictwa znajduje się co najmniej kilka lepszych komiksów - chociażby „Tetris” czy „Artemizja”), to wiem, że „Kroniki Francine R.” nie są pozycją obowiązkową ani zbytnio przejmującą. Znieczulica? Nie. Raczej kwestia zanurzenia w temacie i świadomość, że świadectwo Francine jest (niekiedy aż do bólu) subiektywne, a za granicą może być krzywdzące – w szczególności dla Polaków. Publikacja ratuje się wstępem autora, krewnego Francine, który poznał jej historię, a po latach zdecydował się na jej zilustrowanie i wydanie. Odbiór sytuacji Francine w wielu punktach różni się od tego jak dane sytuacje postrzegają historycy. Dlatego jeśli zdecydujecie się na zapoznanie z tym komiksem – KONIECZNIE przeczytajcie wstęp autora i Joanny Ostrowskiej… aby uniknąć nieprzyjemnych wrażeń z lektury, choć mam wrażenie, że od tych nie da się w pełni odseparować. I przyznaję – nie zapałałam sympatią do Francine, choć to nie powinno w żadnej mierze wpływać na mój odbiór jej ciężkich wojennych przeżyć. 

Muszę odnieść się do jednego z aspektu tego komiksu, a więc negatywnego podejścia Francine do Polek, które jej zdaniem były brudne, kradły buty, chleb, wodę... w tych wszystkich działaniach kierowała nimi rzekomo nienawiść do Polek. I nie chodzi tu o to, czy tak było czy nie. Chodzi o zrozumienie, co próbuje nam przekazać we wstępie Ostrowska, że w każdym stadzie może się znaleźć czarna owca, a przyczyny tego mogą być bardzo zróżnicowane. Dla Polski okupacja była trudniejsza niż dla Francji, Francja nie udzieliła Polsce obiecanej pomocy, a większość Polek miała większe „obozowe doświadczenie” od Francine. Bohaterka postrzegała Niemki jako morderczynie i kryminalistki, najgorszych przestępców, choć te w rzeczywistości w większości trafiały do obozów ze względów politycznych lub obyczajowych (np. lesbijki). To jednak nie miało wtedy znaczenia – były Niemkami i tyle. Francine ma twarde i dobitne poglądy, zresztą taki sam jest jej sposób wysławiania, którego Golzio nie zmienił. To dodaje temu komiksu autentyczności, którą bardzo doceniam. 

Pobyt Francine w obozie, a później w fabryce był ciężki – nie ma co do tego żadnych wątpliwości, jednak nie był on dla niej cięższy niż dla innych. Była Francuzką. Nie znalazła się w samym środku Holokaustu, ale pozostając gdzieś na jego obrzeżach dostrzegała niektóre mechanizmy nim rządzące. Dla zwykłego człowieka znajdującego się w takiej sytuacji (pamiętajmy, że Francine w obozie była stosunkowo krótko) jej losy – katorżnicza praca, zmęczenie, głód… budzą smutek, jednak choć bardzo chciałabym uniknąć takiego generalizowania „inni mieli gorzej”, ponieważ w tych czasach „wszyscy” mieli źle, to nie da się nie dodać, że wspomnienia Francine są szczątkowe. „Kroniki Francine R.” dają ogólny pogląd na panującą sytuację – podróż w bydlęcych wagonach, głód, zimno, katorżnicza praca, długie apele na zimnie, eksperymenty itd…, jednak nie zagłębiają się mocno w żaden z tych aspektów. Komiks Golzio, spisana i zilustrowana historia Francine kończy się w momencie, gdy ona milknie. Nie wybiega poza jej słowa, wspomnienia, odczucia, a więc sposób pojmowania tamtych wydarzeń. Golzio czasami dodaje jakiś przypis, uzupełnia historię Francine, jednak robi to na tyle rzadko, że wydaje się to wręcz niezauważalne. 

„Kroniki Francine R.” są ciekawym komiksem, zapisem jednostkowych doświadczeń, jednak nie źródłem historycznym. Obrazują sposób odczytywania pewnych sytuacji. Interesująca kreska i szarobura kolorystyka ilustracji oddają klimat tamtych czasów i sprawiają, że czytelnikowi jest się łatwiej przenieść w tamte czasy. Nie jest idealnie, bo zabrakło mi trochę wyraźniejszego zarysowania mimiki bohaterów. To krótki komiks, w którym zostało zobrazowane wiele wydarzeń, jednak niekiedy brak w nich zależności przyczynowo – skutkowej. Mam wrażenie, że przez to akcja jest trochę pourywana. Praca Golzio jest komiksem, który można, ale nie trzeba przeczytać. Nie jest to obowiązkowa pozycja dla fanów komiksu, ale interesująca praca „na jeden raz”. To prosta historia, która raczej nie zostanie z czytelnikiem na dłużej, ale podczas lektury może wywołać refleksję odnośnie subiektywności odbioru rzeczywistości... a to coś o czym powinnyśmy pamiętać zawsze. 

Moja ocena: 7-/10

marca 03, 2019

(704) Szklany klosz

(704) Szklany klosz
Tytuł: Szklany klosz
Autor: Sylvia Plath
Wydawnictwo Marginesy
Stron 344
Opis wydawcy: 
Esther jest wyjątkowo inteligentna, piękna, utalentowana, jednak powoli jej świat się rozpada – i być może nie ma już dla niej ratunku.
Kiedy ma dziewiętnaście lat, przyjeżdża do Nowego Jorku – miasta spełnienia, szczęścia, zabawy, kariery – na miesięczny staż w redakcji miesięcznika dla dziewcząt. Ma poznać miasto, spędzić miło czas. Esther nie potrafi się jednak odnaleźć. Nie ma ochoty na nocne zabawy, nie umie znaleźć odpowiedniego towarzystwa, jest zniechęcona. Odkrywa, że dobre oceny, które zawsze zdobywała w szkole, tutaj nie mają znaczenia. Esther nie umie zdecydować, na czym jej zależy, co ją interesuje, czy w ogóle istnieje taka rzecz. Nie czuje się taka jak inne dziewczyny – śliczne, uśmiechnięte i zadowolone z życia. Przychodzi załamanie…

Moja opinia: 
"Szklany klosz" to amerykańska powieść, która chodziła za mną od lat. Odstraszała jednak swoją melancholią, smutkiem i pozorną trudnością. Jej wznowienie za sprawą wydawnictwa Marginesy stało się dla mnie idealnym pretekstem do sięgnięcia po nią. Paradoksalnie... cieszę się, że do tego literackiego spotkania doszło dopiero teraz. Czułam się przygotowana na spotkanie z prozą Sylvii Plath, na zetknięcie się z zagadnieniami poruszanymi w "Szklanym kloszu". Lata stykania się z problemem depresji i zaburzeniami osobowości pozwoliły mi podejść do tej książki z odpowiednią dawką wyrozumiałości i dojrzałości psychicznej. "Szklany klosz" czytałam jako dojrzała, młoda kobieta bez fascynacji śmiercią, samookaleczeniem i próbami samobójczymi. W gimnazjum wiele dziewczyn okaleczało się, a przy tym czytało z zafascynowaniem książkę Coelho "Weronika postanawia umrzeć". Mnie ta fascynacja ominęła. W "Szklanym kloszu" odnalazłam inny skrawek siebie - utożsamiałam się z bohaterką na poziomie młodej kobiety wchodzącej w etap decydowania o sobie, o tym jak będzie wyglądało jej życie w przyszłości, robienia planów i podejmowania prób określenia samej siebie. 

"Wiedziałam, że róże, pocałunki i intymne kolacyjki po restauracjach mężczyźni fundują swoim dziewczynom tylko w okresie narzeczeństwa. Natychmiast po ślubnej uroczystości ogarnia ich jedno jedyne skryte pragnienie. Chcą, żeby żona rozłożyła się pod ich nogami, jak ta mata w kuchni pani Willard. Nawet moja własna matka opowiadała mi pewnego razu, że gdy powróciła z podróży poślubnej [...] papa westchnął z ulgą i powiedział: - No, nareszcie będziemy mogli przestać się wygłupiać i być sobą! - i od tego dnia moja matka nie zaznała już ani chwili radości."

Sylvia Plath, "Szklany klosz" 

Poruszający monolog młodej kobiety, która wkracza w wielki świat, ale nie potrafi korzystać i cieszyć się w pełni z tego, co jej oferuje. Ta depresja towarzyszy Esther już w Nowym Jorku. Zostaje zmuszona do zetknięcia się ze światem i zaczyna rozumieć, że to, że zawsze była prymuską, miała najlepsze oceny - w życiu pozaszkolnym / pozauczelnianym nie ma najmniejszego znaczenia. Liczy się to, żeby być w czymś najlepszym... wtedy bycie bardzo dobrym we wszystkim ma o wiele mniejsze znaczenie. W tym najtrudniejszym momencie, kiedy ma zadecydować o swojej przyszłości - nie daje rady. Informacja o niedostaniu się na kursy literackie stanowi ostateczny cios - a plan zostania pisarką nagle wydaje się nierealny. Depresja, poczucie wyalienowania wygrywa. Próby samobójcze, szpital psychiatryczny i długie próby dochodzenia do zdrowia... wynurzanie się i zanurzenie w ciemnej otchłani... 

Sylvia Plath wydała "Szklany klosz" pod pseudonimem w 1963 roku. Niecały rok później popełniła samobójstwo. Może dlatego "Szklany klosz" jest tak autentyczną, przejmującą opowieścią. Opisuje obawy i pragnienia nie tylko Esther / czy też samej Sylvii, a pokoleń młodych ludzi, którzy stają na rozdrożu i na progu dorosłości stykają się z wieloma trudnościami i wątpliwościami, które niekiedy doprowadzają ich do choroby psychicznej. Nie ma w tej książce patetyzmu, nadmiernych łez ani ckliwości. Esther jest zawsze, niezależnie od momentu, w którym się znajduje błyskotliwą, inteligentną dziewczyną, niekiedy ironizującą, niekiedy bardzo przykrą dla swojego otoczenia, ale zawsze błyskotliwą... nawet w chwilach, gdy dopada ją największy marazm.

"Byłam pewna, że znajdę wówczas odpowiednie słowa, żeby wyrazić to, co mnie dręczy, wytłumaczyć mu, dlaczego jestem tak okropnie przerażona, dlaczego mam uczucie, jak gdyby mnie siłą wpychano coraz głębiej i głębiej do czarnego dusznego worka, z którego już nigdy się nie wydostanę." 

Sylvia Plath, "Szklany klosz" 

"Szklany klosz" przez niektórych może zostać odebrany jako silnie sfeminizowana powieść. Faktycznie - główną siłą "Szklanego klosza" są kobiety. Feministyczny wymiar rzuca się w oczy tym silniej, że Esther z czasem nabiera coraz negatywniejszego podejścia do instytucji małżeństwa, upatrując w nim końca kobiecej indywidualności. Powieść Plath to piękny utwór o depresji, szpitalu psychiatrycznym, trudnej drodze do wyleczenia, relacjach międzyludzkich i samoakceptacji... powieść, której się nie czyta, ale którą się połyka. Przejmująca, pięknie napisana, wartościowa, poruszająca, uwrażliwiająca, niewydumana. Prawdziwa. Mimo lat, które upłynęły od jej pierwszego wydania - cały czas aktualna. Przenikliwa klasyka literatury amerykańskiej, którą trzeba przeżyć - bo przeczytać, to za mało powiedziane. Niezwykle trafna w obrazowaniu świata.

Zdecydowanie jedna z najważniejszych, najpiękniejszych i najlepszych książek przeczytanych przeze mnie przez ostatnie 8 lat...

grudnia 20, 2018

(700) Kopnij piłkę ponad chmury. Reportaże z Nepalu

(700) Kopnij piłkę ponad chmury. Reportaże z Nepalu
Różne są szkoły reportażu, a jednak do mnie... zawsze najmocniej trafiają te pisane przez reportażystów zaangażowanych emocjonalnie, którzy pozwalają swoim uczuciom wybrzmiewać w tekstach, które tworzą. Ilona Szelezińska w swojej debiutanckiej książce zdecydowanie jako właśnie taka pisarka daje się poznać. "Kopnij piłkę ponad chmury..." to zbiór reportaży o współczesnym Nepalu, w którym jednak przeszłość przede wszystkim ta związana z kulturą i tradycją posiada wyraźny wpływ i związek z teraźniejszością. Szelezińska nigdy się nie dystansuje - często jest fizycznie współuczestnikiem opisywanych wydarzeń, a zawsze jest uwikłana uczuciowo w opisywane historie. To daje czytelnikowi pewną wolność odczuwania - pozwala mu nie nabierać dystansu do poznawanych treści, a przeżywać je całym sobą. 

Na polskim rynku wydawniczym w ostatnich latach utarło się przekonanie, że jeśli chcemy sięgnąć po dobry reportaż, powinnyśmy sięgnąć po reportaż z Wydawnictwa Czarne. Przyznaję - sama sięgając po ten gatunek, swe kroki kieruję ku półce z pozycjami z Czarnego. Zbiór Ilony Szelezińskiej został natomiast wydany przez Marginesy. Wydawnictwo, które nie zawodzi mnie nigdy w kwestii beletrystyki, ale reportaż w ich wykonaniu był dla mnie czymś zupełnie nowym. Nowym... i jak się okazało wbijającym w fotel, bowiem "Kopnij piłkę ponad chmury" to zbiór angażujących emocjonalnie, ciekawych i rozwijających tekstów dotyczący niezwykłego, choć znajdującego się w trudnym położeniu Nepalu. Państwo otoczone przez dwa mocarstwa - Chiny i Indie, a do tego jeszcze zdeterminowane w dużej mierze przez warunki geograficzne - potężne Himalaje i częste trzęsienia ziemi... tak częste, że przez większość mieszkańców te, które u Europejczyków budzą grozę, przez Nepalczyków nie są odczuwane. To wszystko staje się podwalinami dla tekstów naprawdę zaskakujących. 

Ilona Szelezińska od lat pracuje jako przewodnik po Nepalu. Można więc powiedzieć, że kraj ten poznała od podszewki, jednak w jej reportażach nadal widać pewne zafascynowanie, a niekiedy nawet zaskoczenie. Wiedza, którą nam przekazuje nie ma encyklopedycznego charakteru. W "Kopnij..." oczywiście znajdziemy opis niektórych charakterystycznych dla Nepalu tradycji czy obrzędów, jednak w większości będziemy je oglądali przez pryzmat emocji innych ludzi. Przez recenzje przewija się opinia, że "Kopnij piłkę..." to książka ukazująca przede wszystkich patriarchat panujący w Nepalu, jednak nam - Europejczykom - kojarzy nam się on z czymś skrajnie negatywnie. W Nepalu jest natomiast częścią tradycji. To inna kultura, tradycja, uwarunkowania społeczne, warunki geopolityczne - dla mnie reportaże Szelezińskiej pokazują, jak świat jest piękny przez swoją różnorodność... i jak kobiety cały czas rosną w siłę - nie przez założenie "wszyscy są równi", ale przez tego pokazanie / udowodnienie.

Książkę otwiera reportaż o nepalskich małych boginiach, zwanych Kumari. Małych dziewczynkach, które na kilka lat swojego życia trafiają do pałacu, są sławione, otaczane czcią, aby potem... wrócić do rodziny, rzeczywistości i zabrać się za czytanie pierwszej części Harrego Pottera. Ten otwierający tekst pokazuje najlepiej przenikanie się tradycji ze współczesnością. Ukazuje rozkrok, w którym znajduje się Nepal, swego rodzaju zawieszenie między starym i nowym światem. Z kolejnych tekstów Szelezińskiej w pamięci utkwił mi szczególnie ten związany z obrzędami religijnymi dotyczącymi śmierci. Plastyczność opisu uroczystości pogrzebu sprawiła, że zafascynowanie nepalską kulturą zdecydowanie wzrosło. Te dwa teksty, o Kumari i obrzędach pogrzebowych, dotykają przede wszystkim kwestii nepalskiej tradycji.

W reportażu Szelezińskiej nie chodzi jednak jedynie o tradycję, ale przede wszystkim o ludzi. Potwierdzają to wstrząsające teksty dotyczące kobiet zmuszanych do prostytucji, dzieci odratowanych z więzienia, gdzie trafiły u boku osadzonych matek - ten tekst dotyka bardzo silnie także aspektu trzęsień w Nepalu - to najlepszy dowód na to, że historie w książce Szelezińskiej przenikają się. Autorka dużo uwagi poświęca trzęsieniu ziemi, które miało miejsce w 2015 roku i zdezorganizowało, a także odmieniło życie tysięcy osób. Zginęło prawie 9 tysięcy, a rannych zostało prawie 25 tysięcy ludzi, ale te wydarzenia wywarły wpływ także na osoby, które bezpośrednio nie ucierpiały. Ilona Szelezińska opisuje swoje emocje związane z powrotem do Nepalu po trzęsieniu, uczestniczeniu w akcji pomocy potrzebującym, rozmawia z ludźmi, którzy postanowili zmienić swoje życie, rzucić pracę i skupić się na działalności w ramach wolontariatu. Ukazuje jak przełomowe dla Nepalu było to wydarzenie, a jednak nie zapomina o życiu przed i poza trzęsieniem - ukazując między innymi życie ludzi mieszkających w Himalajach... i to właśnie tam pojawi się tytuł książki. A czy Wy - mieliście możliwość kiedyś kopnąć piłkę ponad chmury?

Te wszystkie opowieści zawarte w "Kopnij piłkę ponad chmury" pokazują reporterską pierwszą klasę. Trudno jest uwierzyć w to, że to debiut Szelezińskiej - jednocześnie daje to jednak nadzieję, że autorka nie zniknie z rynku wydawniczego i wróci do czytelników z kolejnymi Nepalskimi opowieściami. 

Moja ocena: 9/10

sierpnia 09, 2018

(696) Lagom

(696) Lagom
Tytuł: Lagom. Szwedzki sekret dobrego życia
Autor: Lola A. Akerstrom
Wydawnictwo Marginesy
Stron 192

Ludzie na całym świecie szukają reguły, regulaminu, planu, zasad, które pozwoliłyby im powiedzieć, że wiodą szczęśliwe życie. W swoich poszukiwaniach mieszkańcy poszczególnych państw niekiedy dochodzą do nieco, odrobinę odrębnych wniosków - i tak na księgarnianych półkach mamy wysyp pozycji dotyczących duńskiej recepty na szczęście, czyli hygge, a także tych związanych z lagom, czyli szwedzką zasadą umiaru (nie wspominając o tych japońskich i tak dalej... ). Według Akerstrom to właśnie poszukiwanie harmonii, czerpanie radości z drobiazgów, okazywanie szacunku otoczeniu ułatwia znalezienie własnej recepty na szczęście. Ta równowaga, nieodczuwanie braku ani nadmiaru jest w książce "Lagom. Szwedzki sekret dobrego życia" jest bardzo wyraźnie widoczna, jednak nie najważniejsza. To bardzo krótka, zwięzła publikacja, która choć niekiedy razi zawartymi w niej truizmami i banałami - zaskakuje ciekawostkami na temat Szwedów.

Wysyp pozycji poradnikowych i pseudo motywacyjnych spowodował (a przynajmniej powinien spowodować), że wydawnictwa będą się prześcigały w dążeniu do uzyskania niesamowitej szafy graficznej. Rzeczywiście - wydawcy dbają o jakość oprawy graficznej podczas wydawania takich pozycji, jednak w swoich dążeniach mających na celu przyciągnięcie czytelnika posługują się podobnymi chwytami. Tak więc "Lagom" jak inne tego typu pozycje została wydana w twardej oprawie, a w środku czytelnik może znaleźć sporą ilość fotografii i ilustracji - faktycznie - niektóre z nich mogłyby znaleźć uznanie na Instagramie, jednak większość... nie zdobyłaby tysięcy polubień.

Publikacja wydawnictwa Marginesy została podzielona na dziesięć rozdziałów, które dotykają różnych obszarów życia. Kultura, jedzenie, obchodzenie świąt, zdrowie, moda, uroda, design, wnętrza, życie towarzyskie, zabawa, praca, biznes, finanse, naturalny, zrównoważony rozwój - każdy znajdzie w tej pozycji parę słów na temat interesującej go dziedziny życia. To przedstawienie nie tylko teorii, ale także realnego wcielania lagom w życie. Proste, krótkie zdania w towarzystwie lakoniczności treści sprzyjają czytelnikom. To krótka, niewymagająca zbytniego wkładu intelektualnego pozycja. Z jej lektury wyniosłam cytat z Marka Twaina, który od momentu pierwszego zetknięcia z "Lagom" błąka mi się po głowie...

"Lepiej jest nie odzywać się wcale i wydać się głupim, niż odezwać się i rozwiać wszelkie wątpliwości."

Podobno to jedna z życiowych dewiz Szwedów... bardzo trafna i skłaniająca mnie do myśli, że może mam w sobie coś ze Szwedów. Autorka przedstawia między innymi zwyczaje związane z piciem kawy, organizowaniem przestrzeni, ćwiczeniami, recyklingiem, harmonią, osiąganiem kompromisów, miłością do natury. Zrobiła to w ciekawy sposób, jednak przy podsumowaniach rozdziałów gdzieś się pogubiła i zeszła bardzo mocno w stronę oklepanych formułek, przepisów na szczęście. Uderzyła w tony truizmów i banałów. "Lagom" jest pozycją, która może zachwycić jedynie kompletnych laików w temacie motywacji. Jednak może te truizmy i banały trzeba przeczytać tysiąc razy, aby móc wcielić je w życie...? Możemy założyć, że nawet jeśli podczas lektury zobaczymy tor, w którym musimy zmierzać, nową wersję nas samych... za chwilę wrócimy do starych schematów, w stare koleiny. Sprawianie, że nowo wytyczony plan będziemy dostrzegać jak najczęściej może nam pomóc... choćby odrobinę.

Według rankingów Szwedzi są zdecydowane szczęśliwszym narodem od Polaków. Warto o tym pamiętać i może ten fakt powinien nas delikatnie zachęcić do sięgnięcia po "Lagom", lekturę przyjemną, rozluźniającą, napawającą na krótką chwilę takim optymizmem: "Zmienię swoje życie na lepsze! Będę szczęśliwsza, szczęśliwszy! ;)", a przy tym miłą graficznie dla oka, prostą, nieskomplikowaną, choć niekiedy zaskakującą. To w gruncie rzeczy inspirująca, ale nie dająca większego, zdecydowanego kopa do zmian publikacja, ponieważ opierająca się na treściach i radach, które w teorii każdy już zna... Ale może to utopia? Książka motywacyjna, która mogłaby odmienić nasze życie? Może skrywa się gdzieś na księgarnianych półkach, ale ja jeszcze do niej nie dotarłam? Zresztą... ile może być recept na szczęście?

Moja ocena: 6/10

stycznia 19, 2018

(677) Szadź

(677) Szadź
Tytuł: Szadź
Autor: Igor Brejdygant
Wydawnictwo Marginesy
Stron 416

Opis wydawcy: 

Las. Młoda dziewczyna. Wygląda, jakby spała. Ale nie śpi. Wie, że zaraz umrze. I czuje, co robi z nią jej morderca, tyle że nie jest w stanie nawet mrugnąć.

Kiedy nad ranem zostają znalezione zwłoki, na miejscu zjawia się komisarz Agnieszka Polkowska. Nikt nie chce z nią pracować – zbyt wiele wymaga, słynie z ostrego języka i jest bardziej inteligentna od kolegów. Jej zaangażowanie w każdą ze spraw nie bierze się znikąd: ma kilka tajemnic i wolałaby się nimi nie dzielić. Ostatnie, czego jej trzeba, to błyskotliwy psychopata – człowiek, który odczuwa emocje tylko wtedy, gdy poluje. Gdy wybiera dziewczyny, osacza je i zabija: powoli, delektując się ich cierpieniem. Jest precyzyjny i metodyczny, przekonany, że nikt mu nie dorówna. Nie popełnia błędów. Do czasu.

Kiedy na jego drodze staje komisarz Polkowska, będzie musiał zmierzyć się równym mu przeciwnikiem, kimś, kto potrafi rozgryźć tok jego rozumowania i podążyć za makabrycznymi wskazówkami.

Czy Polkowskiej uda się ocalić kolejną dziewczynę, mimo seksizmu i niekompetencji jej szefów? Czy tajemnica z przeszłości, która dopada ją w chwili, gdy jej życie zaczyna się układać, pokrzyżuje śledztwo? Czy zdoła uratować życie kogoś, kto jest jej najbliższy?

Moja opinia: 
Nie ukrywam - do prozy Igora Brejdyganta mam słabość. Jego pierwsza książka, "Paradoks" wywarła na mnie bardzo silne wrażenie. Po kryminały sięgam stosunkowo rzadko, ale odkąd tylko zobaczyłam "Szadź" w zapowiedziach - wiedziałam, że tę powieść przeczytam na pewno. W książkach Brejdyganta nie chodzi jedynie o wątek kryminalny, akcję, dojście do prawdy, ale także o wybory moralne - wątki obyczajowe i społeczne, które są niebanalne. Do tego powieść Brejdyganta została idealnie osadzona w realiach polskich. Inteligentni czytelnicy dostrzegą w kryminale Brejdyganta ironię, humor i komentarze dotyczące sytuacji w Polsce... mniej lub bardziej delikatne - niektórych te wstawki polityczne, aspekt antysemityzmu, "Polski dla Polski", wrogości Polaków względem cudzoziemców i uchodźców, których w Polsce nie ma... może odrzucać, denerwować, irytować. Mnie jednak to odpowiadało, nie raziło, raczej uwiarygodniało całą historię. 

"Szadź" nie jest książką, w której chodzi o wykrycie sprawcy - czytelnika zna postać mordercy już praktycznie od pierwszych stron, domyśla się zakończenia całej historii, zagadką pozostają dla niego jedynie drobne powiązania, motywacje, sposób myślenia śledczego jak i poszukiwanego. Krótkie rozdziały, opisujące perspektywę różnych bohaterów sprawiają, że "Szadź" poznaje się w zaskakująco szybkim tempie. Mimo, że postać mordercy przed samym czytelnikiem zostaje odkryta ekspresowo - zaciekawienie i tak budzi proces dochodzenia do prawdy przez policję. Policję, która nie zawsze stanowi wzór godny do naśladowania. 

W powieści Brejdyganta występują policjanci dobrzy, utalentowani, a także głupi..., którzy wszędzie widzą zagrożenie lub miejsce do politycznej rozgrywki. Mam wrażenie, że niektóre sytuacje, procesy śledcze, dyskusje między policjantami zostały przerysowane, stały się wręcz karykaturalne. Niekiedy sytuacje im towarzyszące były wręcz absurdalne, a przynajmniej takie się wydawały... jednak nie ukrywajmy: wymiar sprawiedliwości i policja nie składają się z samych żądnych prawdy, ukarania winnego śledczych, którzy zarywają noce, żeby złapać winnych, przynieść spokój rodzinom pokrzywdzonym. Na tym tle wyróżnia się jednak Polkowska - śledcza utalentowana i zdeterminowana, by odkryć prawdę. Jednak.... nawet ona nie pasuje do modelu policjantek znanych z innych kryminałów. To lesbijka, która po osiemnastu latach postanawia odnowić kontakt ze swoją córką, a raczej dopiero zbudować tę relację. Sytuacja nie jest prosta, wywołuje w niej niekiedy jeszcze większy stres niż ściganie mordercy. 

Sam morderca to przebiegły drań, który jednak głęboko wierzy w swoja misję - jest inteligenty i przebiegły, przez wiele czasu zawsze krok przed śledczymi, którzy go ścigają . Poznaje swoje ofiary, wykorzystuje i brutalnie morduje. Ważny element tej powieści tworzą także postacie zamordowanych dziewczyn - religijnych, pogubionych, poszukujących istot, które tak naprawdę najbardziej na świecie pragną bliskiej relacji przyjacielskiej i miłosnej. Religia, wiara i relacja z Bogiem nie zawsze są wystarczające. Układy w kurii, relacje z Rosjanami, życie wśród małej społeczności - na "Szadź" można patrzeć pod wieloma aspektami. To właśnie na intencjach, myślach, ruchach i wyścigu z czasem, w którym uczestniczą bohaterowie - czytelnik powinien się skupić. 

Igor Brejdygant na co dzień pracuje jako scenarzysta - także jego powieść ma formę krótkich, niekiedy urywanych rozdziałów. To wzmacnia dynamikę tej powieści, a także sprawia, że bardzo łatwo się w niej zatracić... Znacie ten tekst "jeszcze tylko jeden rozdział?". W przypadku tej książki staje się to tym bardziej groźne, że kończąc jeden rozdział... widzicie, że kolejny ma tylko pół strony... i co zrobić? Trzeba przeczytać jeszcze jeden, a potem kolejny i tak dalej. Tym bardziej, że "Szadź" jest sympatyczną powieścią, w której dużo jest ludzkich przywar, układów i problemów. To świetna rozrywka, która jednak może nie zadowolić fanów wytrawnych zagadek kryminalnych. 

"Szadź" przyciąga wzrok swoją okładką. To dobrze napisana i skonstruowana historia, która wciąga i angażuje. Lubię styl Brejdyganta, jego sposób patrzenia na rzeczywistość, ale... mam poczucie, że stać go na jeszcze więcej. "Szadzi" się nie czyta, "Szadź" się pochłania, ale czuję pewien niedosyt. Zabrakło mi tutaj tej podwójnej moralności, która w "Paradoksie" tak mnie zachwyciła. Autorowi udało się wytworzyć podobny klimat, ale to "Paradoksowi" pozostaję wierna. Tamta powieść mnie zachwyciła, zapadła w pamięć, oczarowała, zmusiła do zastanowienia się nad tematem podwójnej moralności i sprawiedliwości, związała z charyzmatycznymi bohaterami. "Szadź", choć jest powieścią ciekawą i zapewniającą dawkę dobrej rozrywki - nie pokazuje pełni umiejętności Brejdyganta, więc aby zachwycić się jego prozą... sięgnijcie po "Paradoks". 

Moja ocena: 7/10