stycznia 10, 2015

(324) Drzewo migdałowe

(324) Drzewo migdałowe
Tytuł: Drzewo migdałowe
Autor: Michelle Cohen Corasanti
Wydawnictwo SQN
Stron 392

"Dobre rzeczy utrudniają wybór, złe rzeczy nie pozostawiają wyboru."*

"Drzewo migdałowe" autorstwa Michelle Cohen Corasanti to zdaniem autorki (i w zamierzeniu) manifest nadziei na to, że Izrael i Palestyna po dekadach wojen będę mogły w przyszłości żyć ze sobą w zgodzie. Sięgnęłam po tą książkę zachęcona pozytywnymi opiniami, które zbierała. I muszę przyznać, że było warto. Jest to książka pełna ciepła, wzruszeń, miłości i... nadziei. W przystępny dla każdego czytelnika pokazuje udział w wojnie tych osób "biernych". Bardzo często mówimy o tych, którzy biorą udział w walkach, o bohaterach. Ale co z osobami – cywilami, którzy chcą mieć po prostu... „święty spokój”, którzy chcą po prostu, żeby ich rodziny było bezpieczne? Co z osobami, które się wciągane w udział w wojnie wbrew sobie? Jedną z takich osób jest fikcyjny bohater książki „Drzewo migdałowe” - Ahmad.

Życie młodego Palestyńczyka wywraca się w 1955 roku, kiedy ten ten ma 12 lat. Młodsza siostra Ahmada ginie na skutek wybuchu miny, jego ojciec zostaje zamknięty w więzieniu z powodu jego winy, a w związku z tym rodzina traci dom. Zostają bez środków do życia, a Ahmad jako najstarszy z rodzeństwa musi pójść do pracy. To wszystko skutkuje tym, że chłopak musi przerwać swoją edukację. To zadaje mu dodatkowy cios, ponieważ jest geniuszem matematycznym, który potrafi przełamywać wszelkie granice jeśli chodzi o przedmioty ścisłe. Ma niezwykłe zdolności, a nauka jest dla niego odskocznią. Ahmad szybko dorasta i przekonuje się jak trudne jest życie na tle konfliktów zbrojnych. Na szczęście na jego drodze staje nauczyciel, który jest gotów zawalczyć o chłopca. Palestyńczyk dostaje od świata niesamowitą szansę, ale to od niego zależy czy ją wykorzysta. Czy będzie w stanie zranić swoją rodzinę z myślą o przyszłości. To od niego zależy czy wyrwie się z Izraela..

"Sukces to nie brak porażek, ale umiejętność podnoszenia się w razie upadku."*

Konflikt izraelsko – palestyński toczy się już od kilku dekad. I tak naprawdę mało kto wierzy, że kiedyś on się skończy. Dla Europejczyków jest to coś tak „stałego” i odległego, że nie słyszymy o nim na co dzień. I tu z pomocą przychodzi nam literatura. Jednak moje pierwsze spotkanie z tym konfliktem w literaturze miało miejsce w 2011 roku podczas lektury książki „Wiadomość w butelce”, którą byłam szczerze oczarowana. Potem jakoś ten mój pęd do literatury tego typu ucichł...(a może po prostu nie natrafiłam na odpowiednią książkę?) aż do momentu kiedy w zapowiedziach pojawiła się książka „Drzewo migdałowe”. Konflikt palestyńsko – izraelski jest w tej książce pokazany od strony cywila. Nie jest to z pewnością książka, która przybliża czytelnikowi naturę i przyczynę tego konfliktu. Pokazuje jednak pięknie życie obu stron w jego obliczu. A przede wszystkim autorka próbuje przekazać nam, że nienawiść do niczego dobrego nie prowadzi. Jest przyczyną udręczenia, zawiści i wielu nieszczęść. Styl autorki jest lekki i przystępny dla każdego czytelnika. To naprawdę dobry debiut literacki, którego tłem jest konflikt zbrojny. Tłem, a nie wątkiem głównym. Choć tych wątków tu mnóstwo – dorastanie, odpowiedzialność, kruche relacje rodzinne, podążanie za marzeniami, przyjaźń, miłość, strach i tolerancja. W tej książce jest wszystko – na szczęście w odpowiednich w proporcjach. To i rozpiętość czasowa w której toczy się akcja powoduje, że w tej książce coś dla siebie znajdzie zarówno młodzież jak i dorośli. Warto wspomnieć o tym, że zaczyna się i kończy mocnym akcentem. Gorzkim...

Jak już napisałam wcześniej fabuła zaczyna toczyć się w 1955 roku, a kończy się... w roku 2009. To stwarza obraz przemian w życiu Ahmada i jego rodziny oraz w nim samym. W zamyśle autorki to właśnie główny bohater opisuje to co go spotkała z perspektywy tych ponad pięćdziesięciu lat. To pięknie pokazuje życie w pewnym sensie każdego człowieka. Są chwile goryczy i bólu, a jednak dużo jest też chwil szczęścia, nadziei i beztroski. Tym samym autorka pokazała w swojej książce, że życie nie jest pasmem samym nieszczęść ani samych sukcesów. W końcu gdyby tak było... to życie byłoby nudne, prawda? Nie brakuje w tej książce także aspektu wyborów. Pani Corasanti na podstawie postaci Ahmada pokazuje, że nasze wybory mogą mieć bardzo długoterminowe skutki. Tylko, że my nie zawsze możemy przewidzieć sto procent skutków.

"Tylko będąc gotowym na porażkę, można osiągnąć coś wielkiego."*

Ahmad urzekł mnie już od pierwszych stron swoją dojrzałością. Bez wątpienia spowodowaną warunkach w jakich przyszło mu żyć i dorastać. W nieustannym strachu. Z nieustannym niepokojem. Pomimo tego jednak i w jego życiu pojawiają się chwile radości. Chłopak musi szybko dorosnąć, a jego dzieciństwo odbija się potem na całym jego dorosłym życiu. Wie, że nie wygra z wojną. Wie jednak także, że nienawiść jest złym doradcą. Stara się zrozumieć obie strony konfliktu. W przeciwieństwie do swojego ukochanego młodszego brata. To powoduje w życiu Ahmada wiele zawirowań. Jest w nim miejsce na tragedie i sukcesy.

„Drzewo migdałowe” to rewelacyjna, mądra książka, która niejeden raz mnie wzruszyła. Powieść pokazująca, że nienawiść jest najgorszym uczuć jakie może nas dotknąć. Dzieło Michelle Cohen Corasanti porusza wiele aspektów życia, a przy tym wszystkim nie zapomina o konflikcie palestyńsko – izraelskim, który był dla niej bodźcem. Negatywnym. Historia Ahmada pozwala spojrzeć na świat „świeżym spojrzeniem”, a przede wszystkim jest lekturą absorbującą, ciekawą i wciągającą. Nie mogę oczywiście zapomnieć o uroku okładki i tytułu... Drzewo migdałowe to ważny aspekt tej książki – to jedyna ostoja Ahmada. To tam zaczyna się jego historia i tam też się kończy. Jest świadkiem wielkich wydarzeń i wielkich emocji – obserwatorem tego co się dzieje. Rozpisałam się na temat tej powieści, ale chyba niepotrzebnie. To krótko mówiąc książka, która mnie oczarowała i zachwyciła. Bez wątpienia godna polecenia..

"Zawsze w historii zwycięzcy traktowali zwyciężonych w ten sposób. Źli muszą wierzyć, że jesteśmy od nich gorsi, żeby usprawiedliwić to, jak się z nami obchodzą. Niestety, nie rozumieją, że wszyscy jesteśmy tacy sami."*

Moja ocena: 8+/10 Rewelacyjna z plusem!

Za możliwość zapoznania się z „Drzewem migdałowym” serdecznie dziękuję Wydawnictwu SQN!
*Wszystkie cytaty pochodzą z książki "Drzewo migdałowe" autorstwa Michelle Cohen Corasanti

stycznia 06, 2015

(323) Studnia wieczności

(323) Studnia wieczności
Tytuł: Studnia wieczności
Seria: Magiczny krąg (#3)
Autor: Libba Bray
Wydawnictwo Dolnośląskie
Stron 760

"Niezgoda nie musi stanowić przeszkody. Z różnic można czerpać siłę.” Libba Bray "Studnia wieczności"

"Magiczny krąg" to seria, którą chciałam przeczytać od kiedy tylko pojawiła się na rynku wydawniczym. Potem nadarzyła się okazja. Recenzję "Mrocznego sekretu" i "Zbuntowanych aniołów"  mogliście przeczytać już jakiś czas temu. Teraz przyszedł czas na trzecią i ostatnią część serii - w recenzowaniu. Czy "Studnia wieczności" trzyma poziom poprzednich części? Tak! Czy dobrze się ją czytało? Tak! A muszę jeszcze dodać w tym miejscu, że jej objętość w niczym nie przeszkadza, a autorka ani przez chwilę krótko mówiąc nie przynudza... Ale warto zacząć od początku, a więc to było tak...

Minął już prawie rok odkąd szesnastoletnia Gemma Doyle trafiła do Akademii Spence. Dla dziewczyny był to rok pełny przygód (nie tylko tych przyjemnych), ale także rok pełny nowych wyzwań i doświadczeń. Krótko mówiąc - dużo się działo. I teraz nie będzie inaczej. Gemma myślała, że po pokonaniu Kirke ona i jej bliscy będą mogli w końcu odpocząć i odetchnąć z ulgą. Niestety, myliła się. Zanosi się na to, że to dopiero początek, a nowe wyzwania dopiero na nią czekają. A do ostatecznego starcia droga jeszcze długa. Dziewczyna chciałaby się teraz zająć tylko przygotowaniami do debiutu na londyńskich salonach. Nie będzie jej to jednak dane. Nad głową dziewczyny zbierają się czarne chmury. Obawy o jej magiczne zdolności, tajemnicze wizje, których nie potrafi sobie wyjaśnić i niepokój w sercu związany ze zniknięciem Kartika. Dziewczyna nie może sobie pozwolić na pomyłki i błędne ruchy. Każdy jej błąd może kosztować życie jakąś bliską dla niej osobę. Dla Gemmy zapowiada się trudny okres w życiu... 

Wiktoriańska Anglia to coś co kocham! A Libba Bray znowu mi tego dostarczyła. Rozwodziłam się już o tym w recenzjach poprzednich części, ale i przy tej nie mogę tego pominąć. Tym bardziej, że autorka o tej wiktoriańskiej Anglii nie zapomina i teraz. Autorka pisze niezwykle zgrabnie i pięknie oddaje klimat. To wszystko nadaje tej książce smaczku i powoduje, że wyróżnia się na tle innych. I muszę przyznać, że będzie mi tego bardzo brakować. Tym bardziej, że nie każda książka ma tak pięknie wykreowany czas i miejsce akcji. Choć trzeba przyznać, że tą część można uznać za najbardziej mroczną z całej trylogii. Gęsia skórka pojawiła się nie raz, nie dwa. Na szczęście i z tym autorka nie przesadziła. Szkoda tylko, że to już koniec...

Postać Gemmy Doyle to postać, która polubiłam już od pierwszej części tej serii. Dojrzała, wyważona - czyli bohaterka taką, którą lubię. W tej części jednak panna Doyle przechodzi lekką transformację... W pewnym momencie staje się bezbronna jak baranek, a z drugiej strony coraz silniejsza psychicznie. Miałam wrażenie, że główna bohaterka staje się rozważną kobietą, która wie, że nie może wierzyć w każde wypowiedziane słowo. W bohaterkę, która nie wierzy bezgranicznie w zapewnienia ludzi. ale zdaje się także na swój instynkt i przeczucia. Dziewczyna zaczyna rozumieć, od słów ważniejsze są czyny, a że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Stanie przed trudnym wyborem komu zaufać, a komu nie. Przyjaciółki Gemmy w poprzednich seriach mnie lekko... cóż... irytowały. Jednak ona była zawsze ponad to (choć muszę przyznać, że momentami im ulegała). W tej części Gemma staje się indywidualnością i pokazuje, że ma własny rozum, którego nie boi się używać. I jak tu jej nie lubić? ;)

Przydałoby się także wspomnieć paroma słowami na temat fabuły i akcji, Zrobię to z przyjemnością! Tym bardziej, że autorka i w tej kwestii nie zniża poziomu. (Z tej autorki to chodzący ideał, prawda?) Co wydaje się dość trudne tym bardziej, że to już ostatnia - finałowa część. No i spójrzmy prawdzie w oczy - to prawdziwa cegła. Cegła wyważonej akcji oraz ciekawej ani na chwilę nie obniżającej poziomu fabuły. Autorka pisze genialne i ma bardzo fajne pomysły. Nie przynudza, nie denerwuje. A co najważniejsze, że nie przeciąga pewnych wątków za długo. Wie kiedy nadchodzi odpowiedni moment, żeby powiedzieć "dość" i ładnie zgrabnie zakończyć pewien wątek. To wszystko powoduje, że jestem w pełni usatysfakcjonowana tą książką. 

"Studnia wieczności" to ostatnia część serii "Magiczny krąg". Pięknie wydana tak jak poprzednie dużo obiecuje i obietnicy dotrzymuje. Wartka akcja, ciekawa fabuła, sympatyczna, a przede wszystkim mądra główna bohaterka. Libba Bray kończy swoją serię w mistrzowskim stylu, a co najważniejsze w mojej ukochanej wiktoriańskiej Anglii, "Studnia wieczność" to powieść bardzo klimatyczna i nastrojowa. Pokazuje przyjaźń, mądrość i dojrzewanie... wchodzenie w dorosłość. I choć problemy głównej bohaterki nie pokrywają się z problemami każdej z nas to jednak jestem pewna, że każda z nas coś porywającego w tej książce znajdzie. Nie pozostaje mi więc nic innego jak tylko serdecznie polecić Wam całą serię, jeśli jej jeszcze nie czytaliście. Mam bowiem cichą nadzieję, że osób, które pierwsze tomy już poznały zachęcać nie muszę. Mi teraz pozostaje tylko poznać inne książki tej autorki... 

PS. Choć żal mi się żegnać z tą serią to jednak jestem zadowolona, że autorka wiedziała w którym momencie ma skończyć. Przez to wszystko jest pięknie skondensowane i dostajemy trzy książki na naprawdę wysokim poziomie. A nie mamy kolejnej serii, które wlecze się bez sensu...

Moja ocena: 10/10 Arcydzieło!

Za możliwość poznania ostatniej części losów sympatycznej Gemmy Doyle serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat!

stycznia 04, 2015

(322) Bat na koty

(322) Bat na koty
Tytuł: Bat na koty
Autor: Jerzy Niemczuk
Wydawnictwo Literackie
Stron 444

"Bat na koty" to książka, która urzekła mnie swoją prostotą i ciepłem. Nieprzerysowaniem. Choć na początku było nieciekawie... Już na pierwszych stronach poznajemy młodą kobietę o imieniu Asia oraz jej trzyletnią córeczkę Maję (która dla babci jest i zawsze będzie Marysią). Asia jest zmęczona życiem kobietą, w powyciąganych ciuchach, bez pracy - utrzymującą się z zasiłku i alimentów na dziecku, mieszkającą obok swoich teściów, a jednak... bez męża. Z którym dzięki Bogu jest już po rozwodzie. Mąż uciekł od rodziny zostawiając nieprzyjemne wspomnienia i nieprzyjemną teraźniejszość oraz... długi. Do tego wszystkiego "podkopujący" poczucie wartości i wiary w samą siebie u Aśki (przez nich nazywanych Jaśką) teściowie. Brak nadziei i wiary w samą siebie oraz w to, że coś się może zmienić wcale nie poprawiają sytuacji kobiety. A jednak jak pokazuje ta książka szczęście może uśmiechnąć się do każdego. Trzeba tylko o to zawalczyć! W końcu bardzo rzadko zdarza się, że coś samo do nas przyjdzie...

Jerzy Niemczuk to nie tylko pisarz, ale także współtwórca serialu cieszący się od lat popularnością... a mowa tu oczywiście o serialu "Ranczo". Ta produkcja ma swoich wrogów i fanów. Ja należę zdecydowanie do tej drugiej grupy, ponieważ bardzo lubię pokazanie (troszkę przekoloryzowane, a jednak) realiów polskiego społeczeństwa i życia na wsi. Ale dzisiaj mam się rozwodzić nie nad serialem, a nad książką... Chciałam tak tylko napomknąć, że jeśli lubicie "Ranczo" to polubicie także "Bat na koty". A jeśli nie lubicie "Ranczo"... to i tak polubicie "Bat na koty". Tej książki po prostu nie da się nie polubić. 

Mazurka wieś. Losy mieszkańców - nic niezwykłego, a jednak przez to ta książka urzeka. Kłótnie sąsiadów przez płot o wycięte drzewko, wszystkowiedzące na wsi panie... Nigdy nie mieszkałam na wsi, a jednak myślę, że życie na wsi wygląda inaczej niż to życie "wielkomiejskie". Dużo w tej książce małych zbiegów okoliczności, które mogą odmienić życie. Bo wiecie zapewne, że nawet w najciemniejszym momencie naszego życia na końcu tunelu może pojawić się światełko? Główna bohaterka powieści Jerzego Niemczuka przekona się o tym na własnej skórze... Tylko ten nieprzyjemny strach, że za chwilę wszystko runie jak domek z kart.

Postać Asi jest bardzo... przejmująca? To chyba prawidłowe określenie. Jak na razie nic jej się w życiu nie udało, a jedyne co ją cieszy i z czego może być dumna jest jej dziecko. Dziecko, które musi wychowywać się bez ojca. Smutne te losy Asi, wiecie? Chciałaby tyle zmienić w swoim życiu, a jednak nie ma jak. Aż do pewnego dnia, pewnego zbiegu okoliczności. Potem w życiu Asi pojawia się "zielona fala". Mam tu oczywiście na myśli ciąg dobrych, pozytywnych zdarzeń. Ta młoda kobieta przechodzi przemianę na lepsze... Jednak "Bat na koty" to powieść wielowątkowa, więc i ja nie mogę się skupić tylko na jednym wątku. W końcu pojawia się tu także historia Rafała (dla mieszkańców Małego w którym toczy się akcja - Sebastiana), postaci dosyć tajemniczej o której w ciągu lektury dowiadujemy się coraz więcej. Jak również historia toczącego się od lat sporu sąsiedzkiego, choroby, zawirowania w relacjach międzyludzkich. Poznajemy garstkę naprawdę dobrze skonstruowanych bohaterów, a narrator wszechwiedzący - losów nikogo nie zostawia bez komentarza. Piszę w tym wypadku wyraz "skonstruowani" bardzo niechętnie... Jerzy Niemczuk napisał swoją powieść w taki sposób, że nie potrafię myślę o tych postaciach jako o tworach wyobraźni człowieka. Oni są po prostu żywi, barwni, prawdziwi. 

Może Was zaskoczę, ale w tej książce nie ma wątku miłosnego, nie ma księcia z bajki... jest zwykłe szare życie. Szare życie pokazane jednak z przebłyskami koloru. Ale to wystarcza, żeby wywołać uśmiech na twarzy czytelnika. No i ci bohaterowie... Asia to postać, której kibicowałam od samego początku. A z każdym zdaniem, z każdą stroną coraz bardziej. I tak o to tworzą się zarwane noce nad książką... Przyznaję bez bicia, że nie spodziewałam się po tej książce czegoś tak dobrego, a jednak jak już ją wzięłam do ręki to do końca nie odłożyłam.

"Bat na koty" to jak widzicie książka zdecydowanie warta uwagi. Pełna ciepła i uroku. Mądra i piękna w swej prostocie. A co najważniejsze pokazująca, że na zmiany w życiu nigdy nie jest za późno. To powieść wprost idealna na zimowy wieczór.. Skusicie się na wycieczkę na mazurską wieś, w którą chce nas zabrać pan Jerzy Niemczuk? Jeśli tak to spotkacie tam zwykłych - niezwykłych ludzi. Problemy dnia codziennego, ale także jego radości. To książka napawająca nadzieją, że po deszczu zawsze wychodzi słońce. Świetni bohaterowie, prosta, lecz porywająca fabuła. Czegóż chcieć więcej? Zdecydowanie polecam! Bo choć to książka momentami smutna to i miejsca na uśmiech dużo się przy niej znajdzie...

Moja ocena: 10/10 Arcydzieło!

Za możliwość poznania książki "Bat na koty" serdecznie dziękuję Wydawnictwu Literackiemu!

stycznia 01, 2015

(321) Pan Przypadek i korpoludki

(321) Pan Przypadek i korpoludki
Tytuł: Pan Przypadek i korpoludki
Autor: Jacek Getner
Wydawnictwo Zakładka
Stron 230

Jacek Getner nasz rodzimy pisarz i scenarzysta prezentuje nam już trzecią część przygód sprytnego detektywa amatora - Jacka Przypadka. Tym razem detektyw musi zmierzyć się z trzema zagadkami związanymi z korpoludkami. A jak łatwo się domyślić korpoludki to ludzie zniewoleni przez pracę w korporacji. A co za tym idzie... zniewoleni przez pogoń za jak najwyższymi stanowiskami, pieniędzmi, uznaniem. Zapominając o tym co w życiu ważne. I choć kontakt z nimi dla detektywa nie będzie niczym przyjemnym to jednak bez wątpienia będzie ciekawym i pouczającym doświadczeniem. Ta część tak jak poprzednie to nie tylko morderstwa, ale także "zbrodnie", a raczej przewinienia innego gabarytu. Trzy ciekawe, bardzo często wywołujące uśmiech opowiadania. 

Książki z serii o panu Przypadku to książki, których zawsze bardzo wyczekuję. Z trzecią częścią było więc tak samo. Wiedziałam czego mam się spodziewać - lekkiej, przyjemnej powiastki detektywistycznej, która pozwoli mi się na pewny czas oderwać od rzeczywistości. I jak zwykle autor mnie nie zawiódł w tej kwestii. Sympatyczny główny bohater nadal jest sympatyczny, zagadki cały czas intrygujące, a bohaterowie i ich postawy wywołujące uśmiech na twarzy. Pewnie - wszystko lekko przerysowane, przekoloryzowane... w szczególności postacie uczestników wydarzeń związanych z zagadkami i same zagadki. To jednak dodaje tej książce (jak i całej serii) odrobinę groteski i duuużą dawkę humoru, a co najważniejsze powoduje, że czytanie o przygodach pana Przypadka staje się przyjemnością. 

Autor przychodzi do nas z trzema opowiadaniami, które różnią się zagadkami, a jednak są ze sobą powiązane nie tylko osobą detektywa. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że obok intrygujących zagadek w książkach o panu Przypadku cały czas przewijają się wątki dotyczące przyjaciół detektywa, jego życia uczuciowe (a raczej jego brak) i nie tylko. W opowiadaniach główne skrzypce gra pan Przypadek, detektyw z zamiłowania, ale z drugiej strony detektyw, który wie co robi. Oczywiście nie pozwala ani na chwilę zapomnieć czytelnikowi, że... ludzie są banalnie przewidywalni. Ale czy aby na pewno? Wnioskując po przygodach detektywa dla niego z pewnością.
Ciepła, wzbudzająca sympatię postać, który lubi leciutko uprzykrzać życie innym. Szczególnie ludziom, którym przytarcie noska się przyda. I tu wchodzi na scenę policja, której w tej serii wyjątkowo mało z komisarzem Łosiem na czele... ale mogę to wybaczyć. No i oczywiście te korpoludki, którym detektyw potrafi pokazać, że wcale nie są tacy idealni, zdolni i ważni jak im się wydaje. Zderzenie z rzeczywistością może być dla nich bolesne. Ale w końcu czego nie robi się, żeby wyedukować społeczeństwo korporacji, które uważa się po prostu za lepsze od innych? 

Trzy opowiadania. Pierwsze o tytule "Morderstwo w Orient Expresso" (może jakieś skojarzenia z p,Christie?)... I jak łatwo można się domyślić pan Przypadek musi zająć się sprawą morderstwa, które miało miejsce w uroczej kawiarence "Orient Expresso". Na miejscu zbrodni stawia się jednak na prośbę... komisarza Łosia, który nie potrafi sobie poradzić z niesfornymi panami w garniturach z wielkich korporacji, którzy stanowczą odmawiają rozmowy z policją. Kto jednak oprze się urokowi pana Przypadka? Dla detektywa, którego nie zniewala strach przed (niby) znaczącymi coś w mieście ludźmi zagadka okazuje się banalnie łatwa i w zaskakująco szybkim tempie wskazuje mordercę. Na tej zagadce jednak w tym tomie kończy się udział policji w wydarzeniach. W kolejnym opowiadaniu "Zbrodniarz i kara" (jakieś skojarzenia?) dochodzi do niesłychanej "zbrodni"! Ktoś w korporacji zajmującej się produkcją papierosów, pali papierosy marki konkurencyjnej! Przypadek zostaje zatrudniony, aby wykryć tego "niegodziwca" i "przestępcę", aby problem został wyeliminowany. Dla czytelnika problem śmiechu warty, ale gdybyście wiedzieli jak ten problem oddziałowuje na ludzi pracujących w korporacji... Trzecia historyjka pt.: "Moralność pana Julskiego" (oj, te skojarzenia...) opowiada o kradzieży własności... intelektualnej. Bez jasnych dowodów sprawa trudna do rozwiązania, ale dla głównego bohatera serii Jacka Getnera nie ma rzeczy niemożliwych.

"Pan Przypadek i korpoludki" to kolejna część świetnej serii napisanej przez Jacka Getnera. Autor utrzymuje poziom, a wręcz powiedziałabym, że jest coraz lepiej. Nie jest to typowa kryminalna seria... co to to nie! Jest to jednak seria po którą warto sięgnąć dla zrelaksowania i dla uśmiechu. W kolejnej części autor cały czas bawi i zaskakuje. I choć zagadka czysto kryminalna jest tylko jedna to jednak autor miał pomysł na kolejne dwa opowiadania, który wykorzystał w pełni. Przerysowane postacie i można by powiedzieć błahe problemy od których wieje groteską, a w tym wszystkim wyjątkowo inteligentny detektyw. Mieszanka można śmiało rzec świetna! A do tego brawa dla autora za śmiałość w nadawaniu tytułów dla opowiadań... w końcu opierają się na dziełach powszechnie znanych i uznawanych - "Morderstwo w Orient Expressie", "Zbrodnia i kara", "Moralność Pani Dulskiej". Nie ma chyba osoby, która by tych tytułów nie znała. W związku z tym tytuły nadane opowiadaniom dodatkowo wzbudziły moją ciekawość i zachęciły do czytania. 

Krótka mówiąc trzecia część serii przygód o Jacku Przypadku utrzymuje poziom bawiąc i porywając. To książka na jeden wieczór, ale za to jaki przyjemny! Humor, sympatyczni bohaterowie, ciekawa fabuła - czyli to co lubię, a pan Jacek Getner w swoich książkach tego wszystkiego mi dostarcza. Nie pozostaje mi więc nic innego jak tylko mieć nadzieję, że następna część szybko się pojawi. Bo w to, że autor nie obniży poziomu swojej powieści nie wątpię. Ciekawe tylko czym znowu nas zaskoczy oraz w jaki sposób potoczy się dalej życie prywatne detektywa - zakładając oczywiście, że w ogóle będzie można mówić o "życiu prywatnym". Polecam osobom, które chcą się odprężyć! Pan Przypadek jest lekiem na całe zło...

Moja ocena: 9+/10 Wybitna z plusem!

Za możliwość poznania tej książki serdecznie dziękuję Autorowi!

grudnia 28, 2014

(320) Bogini oceanu

(320) Bogini oceanu
Tytuł: Bogini oceanu
Autor: P.C. Cast
Wydawnictwo Książnica
Stron 408

"Bogini oceanu" P.C. Cast to książka wobec której mam bardzo mieszane uczucia! Z jednej strony mamy tu odrobinę mitologii, można by jednak powiedzieć, że to typowy romans paranormalny... a z drugiej strony miałam momentami wrażenie, że ta historia jest absurdalna. Nie zrozumcie mnie źle... Bardziej absurdalna niż normalnie w romansach paranormalnych. Seks kobiety (człowieka) z trytonem? To chyba lekka przesada, która w dodatku mnie zgorszyła... No, ale chwila! Nie mogę się w końcu skupiać tylko na minusach. Plusy w końcu też są... Oryginalna fabuła (oj, bardzo), przyjazna bohaterka, która nie jest przeładowaną hormonami nastolatką, przystojny tryton no i ta mitologia... Tylko czy aby na pewno takie połączenie jest połączeniem stu procentowo dobrym? A może po prostu autorka nie wykorzystała w pełni pomysłu i swoich umiejętności? Czegoś zabrakło? Czegoś było za dużo? 

Christine Canady (dla przyjaciół CC) w dniu swoich dwudziestych piątych urodzin wypowiedziała pewne oryginalne życzenie... zażyczyła sobie, żeby w jej bezbarwnym życiu singielki pojawiła się magia. Jednak chyba nie dokładnie o to jej chodziło. Życzenie zostaje spełnione w sposób dość... hm... niekonwencjonalny, a przy tym wszystkim w taki jakiego CC się nie spodziewała. Podczas jej służbowego lotu samolot rozbija się, a ona sama staje się mityczną syreną Undine. W wodach oceanu jednak oprócz magii czai się także zło. Bogini Gaja postanawia się jednak zlitować nad śmiertelniczką, która tak ufnie (co prawda podczas upojenia alkoholowego, ale to zawsze coś) złożyła swoje życie na jej ręce rzucając zaklęcie pewna magii drzemiącej w każdej kobiecie. Oglądając żal Christine postanawia ponownie zamienić ją w kobietę, jednak żeby dziewczyna utrzymała swoją postać musi w sobie rozkochać człowieka. Na szczęście przystojny wybawiciel się zjawia, a więc marzenie Christine się spełnia. Wtedy jednak wracają wspomnienia związane z seksownym trytonem, który skradł jej serce i tęsknota za oceanem...

CC to bez wątpienia kobieta, którą czytelniczka może polubić od razu. A jej historia jest w większości oryginalna. Potem jedynie pojawiają się aspekty oklepane i powszechnie znane. Kiedy zaczynałam swoją przygodę z "Bogini oceanu" byłam nią zauroczona i miałam nadzieję, że nie będzie to banalna, głupia historia. I nie była... Tylko, że mam wrażenie, że autorka zaczęła świetnie, a wraz z rozwojem akcji zaczęła się chylić ku upadkowi, żeby potem zakończyć ją w świetnym stylu. Barwni bohaterowie, a wśród nich Gaja, Lir (król mórz), trytony i syreny to zdecydowany plus tej książki dla osób, które szukają przyjemnych elementów fantastycznych. Ale czy bohaterowie mogą zrekompensować momentami sztuczne dialogi i infantylne sceny, które bardziej nadają się do bajek niż dla książki dla dorosłej kobiety?

Tempo akcji nie jest zawrotne... i mamy kolejny minus. Jednak pomimo tych minusów "Bogini oceanu" to naprawdę przyjemna książka z nietuzinkową fabułą i bohaterami. Język autorki jest lekki, choć dialogi momentami sztuczne i naciągane. Na szczęście nie miałam do czynienia z takim sytuacją przez cały czas. Wydarzenia przedstawione w książce rozgrywają się na ziemi i w wodzie, a ja na skutek tego zastanawiam się o ile przyjemniej byłoby gdyby autorka "nasz kontakt" z lądem ograniczyła do samego wstępu, a potem skupiła się na wydarzeniach dziejących się w wodzie. Takie przechodzenie z lądu do oceanu było dosyć niekomfortowe. Były minusy to teraz wymagałoby  się w końcu skupić na plusach, a te także są. Pierwszy to już wspomniani bohaterowie. Drugi o którym też już wspominałam to pomysł na fabułę. Bardzo spodobał mi się udział magii biorący udział i wpływający na wydarzenia. Autorka pięknie wplotła podmorskie życie w dawne szare życie Catherine. Zrobiła to naprawdę bardzo zgrabnie. Potem niestety mam wrażenie, że zaczęła się troszkę mniej przykładać do tej powieści.. Ale koniec był zaskakujący!

No i jest jeszcze ta miłość, która z pewnością romantyczkom się spodoba. Silny tryton i biedna dziewczyna/syrena. Wątek tej miłości "mimo wszystko" jest wątkiem głównym to on przewija się na większości stron i to on chyba scala tę książkę w przyjemną całość. W końcu reszta, cała otoczka już taka przyjemna nie jest... Nie mniej wykreowany przez autorkę świat jest bardzo przyjemny tak samo jak aspekt miłości. Tylko ten seks moim zdaniem tu niepotrzebny. Choć nie zdziwię się jeśli niektóre dziewczyny, które przeczytały "Boginię oceanu" zaczną marzyć o spotkaniu na swej drodze trytona, który pokocha je bez reszty.

"Bogini oceanu" to książka z jednej strony świetna, a z drugiej strony... już nie taka świetna. Z jednej strony mamy świetnych bohaterów, fabułę, wykreowany przez autorkę świat. A z drugiej to wszystko moim zdaniem jest po prostu niedopracowane. Pomimo tego czas spędzony z tą książką był czasem miłym. Jest w niej coś co oczarowuje. Myślę, że to za sprawą tego pełnego magii oceanu i przyjaznej, mądrej bohaterki. Książce P.C. Cast moim zdaniem do miana wybitnej czy genialne, a już na pewno arcydzieła droga daleka, ale jest to z pewnością książka, która niejedną z Was zachwyci. Nie jest to książka bez wad, ale nie jest to także powieść bez zalet. Mogę ze spokojem ją polecić fankom troszkę oryginalniejszych powieści paranormal romance. Dla mnie jednak pozostanie ona w głowie przyjemnym czytadłem, którego autorka potencjału nie wykorzystała w pełni. Jednak nie był to czas stracony, bo uśmiech kilka razy na mojej twarzy się pojawił ;) Czytadłem w dodatku lepszym niż dobre...

Moja ocena: 7-/10 Bardzo dobra z minusem!

Za możliwość zapoznania się z "Boginią oceanu" serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej 
Publicat!

grudnia 26, 2014

(319) Oblubienica z Azincourt

(319) Oblubienica z Azincourt
Tytuł: Oblubienica z Azincourt
Autor: Joanna Hickson
Wydawnictwo Literackie
Stron 556

"Czy ktokolwiek może przewidzieć, jak potoczy się jego życie?" "Oblubienica z Azincourt" Joanna Hickson

Piękno bywa zgubne... i nie jest to z pewnością odkrycie roku. To stwierdzenie znajduje bez wątpienia potwierdzenie w książkach historycznych. I choć na takie książki natrafiam dosyć rzadko to jednak zdecydowałam się sięgnąć po pierwszą część sagi opowiadającej o Katarzynie de Valois, która zapoczątkowała powstanie dynastii Tudorów. Na razie na polskim rynku nakładem Wydawnictwa Literackiego pojawiła się tylko pierwsza część pt. "Oblubienica z Azincourt" napisana przez Joannę Hickson. Jednak już teraz mogę Wam napisać, że Joanna Hickson spowodowała swoją powieścią, że bez wątpienia po powieści historyczne zacznę sięgać o wiele częściej. No i nie ukrywam, że jestem ciekawa dalszych losów Katarzyny de Valois. Ale po kolei... 

Francja. Rok 1401. Córka paryskiego piekarza trafia na dwór królewski po tym jak jej dziecko umarło krótko po porodzie. Tego samego dnia na świat przychodzi kolejna córka Karola VI Szalonego - Katarzyna. W tym dniu losy księżniczki i Mette łączą się ze sobą. Mette staje się jej mleczną mamką, a potem jej nianią. Dziewczyna szybko zaczyna darzyć swoją podopieczną matczynym uczuciem. Jednak ich drogi ostają rozdzielone po to, żeby potem znowu się złączyły. Katarzyna zostaje wysłana do zakonu skąd wraca po dziesięciu latach. Ku jej uldze po powrocie nadal może liczyć na kobietę, która towarzyszyła jej przez pierwsze lata jej życia. Księżniczka choć młoda i niedoświadczona szybko zostaje wmieszane w pałacowe intrygi i staje się ważnym pionkiem na tle wydarzeń historycznych. Wraz ze wzrastającą rolą księżniczki rośnie także znaczenie Mette... co zbyt dobre nie jest. I ona szybko staje się pionkiem w pałacowych rozgrywkach ze względu  na zażyłość łączącą ją z Katarzyną. Pomimo całej swej miłości do Katarzyny kobieta dowiaduje się jednak, że nie może uchronić księżniczki przed całym czyhającym na nią złem. Małżeństwo, które ma zawrzeć księżniczka także jej przed tym nie uchroni. A spokój i bezpieczeństwo dla obu kobiet przez bardzo długi czas będą odległymi marzeniami.

Muszę zaznaczyć już na samym początku, że okładka mnie nie oczarowała - przerost formy nad treścią i myślę, że niejedna osoba w te kwestii się ze mną zgodzi. Ozdobne litery, jakieś zawijasy, kobieta bogato ubrana to lekka przesada... Ale może coś takiego pasuje do powieści historycznej? Mnie w każdym razie okładka nie zachwyca. Jej lekkie stonowanie z pewnością nikomu by nie zaszkodziło. Ale to już takie moje uwagi odnośnie wydania. Jeśli zgadzacie się z moją opinią to proszę... nie oceniajcie wnętrza tej książki po okładce, bowiem wnętrze prezentuje się o wiele atrakcyjniej. I jeszcze jedna uwaga... Nie piszcie czasami na podstawie tej książki biografii Katarzyny.  Bowiem wbrew pozorom jest to postać o której wiedza pozostawia wiele do życzenia. Odnośnie tej postaci cały czas istnieje wiele znaków zapytania. Pani Joanna w fabule tej powieści umieściła wydarzenia udokumentowane z życia Katarzyny. Reszta to jak wiadomo fikcja literacka z którą na szczęście autorka nie posunęła się zbyt daleko. Jak wiadomo w takich sytuacjach co za dużo to nie zdrowo. Z jednym tylko przesadziła... z określeniem, że piękno Katarzyny rozpętało wojnę. Jej piękno z pewnością odegrało dużą rolę, ale myślę, że jeszcze większą rolę odegrało męskie ego... 

Nie wiem dlaczego, ale mi ta książka przywodzi trochę na myśl... baśń. Piękna księżniczka będąca pod opieką niani, potem wysłana do zakonu. Nieszczęśliwa ze względu na los, który ma ją spotkać. Jest dobry duszek całej historii, którym bez wątpienia jest Mette, jest także piękno i nieszczęście. Brakuje mi tu tylko szczęśliwego zakończeniu - tekstu "i żyli długo, i szczęśliwie". Kto wie? Może w kolejnych częściach Katarzyna doczeka się szczęśliwego zakończenia? Wątpię w to jednak znając pobieżnie jej historię. "Oblubienica z Azincourt" to książka napisana z niebywałą gracją. Książka, która nie jest do bólu słodka, ale wręcz przeciwnie - dużo w niej niespełnionych nadziei, smutku i żalu. Plusem tej książki jest to, że autorka potrafi to wszystko zaserwować nam w odpowiednich proporcjach. Ani za mało, ani za dużo.

Postacie są barwne i mogę śmiało napisać, że wywoływały u mnie żywe emocje, a ich postępowanie żywe reakcje. Autorka przedstawia nam całą plejadę charakterów. Odważna, lecz wrażliwa Katarzyna, oddana Mette, samolubna matka Katarzyny, szalony ojciec księżniczki, ignoranccy bracia głównej bohaterki... i wiele, wiele innych. A o tym wszystkim odpowiada nam Mette z perspektywy czasu na podstawie swoich wspomnień oraz listów, które Katarzyna pisała, lecz nigdy nie wysłała do swojego brata. Pisząc jednak o losach Katarzyny nie zapomina o swoim udziale w tym wszystkim. Mette jest ważnym elementem w życiu Katarzyny o czym autorka nie pozwala nam zapomnieć ani na chwilę. Pomimo tego, że to księżniczka jest w kręgu wydarzeń to jej otoczenie i wydarzenia kształtują jej postać i życie. A warto tu zaznaczyć, że główna bohaterka jest postacią, która zdecydowanie da się lubić!

556 stron to ilość, która może niejednego przerazić. Nie obawiajcie się jednak tego, że akcja się wlecze... nic z tego! Plastyczne, pełne, lecz nieprzydługie opisy pozwalają czytelnikowi zanurzyć się w świat średniowiecza i osiąść w nim na kilka godzin. Autorka wie kiedy może sobie pozwolić na dygresje, a kiedy musi przejść do konkretów. Wszystko układa się w piękną całość, która choć nie zastrasza szybkim tempem akcji to jednak też nie przynudza. To po prostu książka dla tych, którzy chcą się rozkoszować lekturą podczas obcowania ze świetnym, lecz nieuciążliwym warsztatem pisarskim.

"Oblubienica z Azincourt" to naprawdę dobra, kobieca powieść historyczna. Nie brak w niej miłości, nadziei, smutku, bólu jak i oddania, wierności i intryg. Pani Hickson pokazuje w swojej książce główny zarys życia Katarzyny de Valois oraz jak duże znaczenie w XV w. miały pałacowe intrygi, zdrady. Akcję swojej książki prowadzi na przestrzeni wielu lat, więc możemy być świadkiem przemian zachodzących w społeczeństwie i w bohaterach. To krótko mówiąc pełna ciepła, dobrze napisana książka. Autorka pisze lekko, ale z gracją. A wszystko w tej powieści łączy w zwartą, inteligentną fabułę. I z tych wszystkich powodów, które wymieniłam nie pozostaje mi nic innego tylko serdecznie polecić Wam książkę Joanny Hickins. Nie jest to książka idealna, ale bez wątpienia bardzo dobra, która zapewniła mi kilka dobrze spędzonych godzin. Polecam!

Moja ocena: 7+/10 Bardzo dobra z plusem!

Za możliwość poznania pierwszej części sagi o Katarzynie de Valois serdecznie dziękuję Wydawnictwu Literackiemu!

grudnia 25, 2014

(318) Stosik świąteczno - noworoczny i życzenia

(318) Stosik świąteczno - noworoczny i życzenia
Zacznę dzisiaj od początku, czyli od stosiku książek, które zamierzam (a przynajmniej mam ambitne plany) przeczytać do końca roku... A jak to wyjdzie to zobaczymy ;)



Od góry:
1.Mała księżniczka Frances Hodgson Burnett
2. Nie wierzę w życie pozaradiowe Marek Niedźwiecki
3.Dziesięć bram świata Tadeuszn Biedzki
4.Kiedy ulegnę Chang - Rae Lee
5.Bat na koty Jerzy Niemczuk
6.Niedziela bez teleranka Beata Tadla
7.Bezpieczna przystań Nicholas Sparks
8.Halo, pan Bóg? Tu Anna Fynn

* * *
Teraz czas na drugą część czyli życzenia - a żeby było praktycznie to będą to życzenia świąteczna połączone z noworocznymi ;) 

A więc tak... 

Życzę Wam wielu pasjonujących lektur, świętowania w gronie w najbliższych Wam ludzi. W Nowym roku wielu pięknych chwil, które chcielibyście zapamiętać do końca życia. Poczucia spełnienia i satysfakcji z tego co robicie. I życzę Wam, żeby Wasze święta wyglądały tak jak pragniecie - tak jak sobie tylko wymarzycie. Uśmiechu, który będzie gościł na Waszej twarzy codziennie... Nie umiem składać życzeń, więc krótko mówiąc: zdrowia, szczęścia, spełnienia marzeń - po prostu wszystkiego dobrego!