stycznia 02, 2017

(588) Okruchy szczęścia

(588) Okruchy szczęścia
Tytuł: Okruchy szczęścia
Autor: Claudio Pineiro
Wydawnictwo Sonia Draga
Stron 272

"Gdy spotykają się dwie osoby, które się nie znają, cisza staje się trudna do wytrzymania, jakby nie dało się znieść ciężaru powietrza między tymi dwoma ciałami."

Claudio Pineiro, "Okruchy szczęścia"

"Okruchy szczęścia" to piękna i ujmująca historia hiszpańskiej pisarki. Poruszająca opowieść o jednej tragedii, jednej ucieczce i jednym powrocie. Studium rodzinnych relacji, porzuconych nadziei, trudnych powrotów. Powrotów, które wiążą się z bólem, ale także nadzieją na oczyszczanie i psychiczne ozdrowienie. Claudio Pineiro w swej książce pyta o istotę szczęścia, wskazując, że okruchy szczęścia mogą doprowadzić do pełni szczęścia. Szczęście wymaga jednak odwagi. "Okruchy szczęścia" są jednowątkowym utworem, w którym atmosfera stopniowo zagęszcza się i zmierza ku punktowi kulminacyjnemu. To intrygująca, przenikliwa i intymna historia o trudnych wyborach i straconych szansach. Mimo, że to krótka historia... zapada w pamięć przez swój ogromny ładunek emocjonalny.

Mary Lohan, Marile Lauria lub Maria Elena Pujon – trzy różne tożsamości, trzy wcielania tej samej kobiety. Kobiety, która zostaje zmuszona do powrotu na przedmieścia Buenos Aires... do miejsca, w którym dwadzieścia lat wcześniej mieszkała i posiadała rodzinę, póki tragedia, której była uczestnikiem nie odmieniła na zawsze jej życie.  Jednak ta tragedia była jedynie ostatecznym impulsem, który zmusił ją do porzucenia dotychczasowego życia. Po latach wraca jako inna osoba... inaczej wygląda, ma inny głos, imię i nazwisko. A jednak cały czas drzemie w niej obawa, że zostanie rozpoznana przez znajomych... Na miejscu okazuje się, że pozostaje w miasteczku anonimowa, choć pamięć o jej poprzednim wcieleniu jest cały czas żywa i bolesna także w pamięci mieszkańców. Wszystko zmienia się, gdy na jej drodze pojawia się ON. 

Mary postanowiła przed laty porzucić przeszłość i już nigdy do niej nie wracać, a jednak dostrzega szansę, którą stawia przed nią los... a może nawet nie los, czy przeznaczenie, a okruchy szczęścia, które spotykały ją po drodze w życiu. Choć nigdy nie czuła pełni szczęścia. Bohaterka wraca nie tylko do swojego kraju i miejscowości, ale także do wspomnień, która przez laty próbowała w sobie zakopać. Unicestwić. Jednak niektórych rzeczy i doświadczeń nie da się usunąć ze swojej przeszłości. Główna bohaterka powieści Pineiro to kobieta po czterdziestce, która czuje, że przegrała swoje życie... czuje niedosyt z nim związany i to także w czytelniku budzi lęk, niepokój, smutek. Pytanie: "Co by było gdyby...?".

"Okruchy szczęścia" to opowieść o ucieczce i powrocie. Zmaganiu się z problemami. To historia skoncentrowana jednym wątku, o którym trudno powiedzieć coś więcej, aby nie odbierać pozostałym czytelnikom przyjemności z zapoznawania się z nim... wątku, który choć nieskomplikowany w swej konstrukcji, zapiera dech w piersi. To bardzo emocjonalna historia, która nabiera jeszcze większego wyrazu, dzięki posługiwaniu się narracją w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Książka Claudii Pineiro składa się z trzech części, które tworzą tak skondensowaną całość, że trudno jest ją streścić. Może właśnie przez to uderza w czytelnika tak mocno? 

Dla mnie "Okruchy szczęścia" są niezapomnianą historią o matczynej miłości i drugich szansach. Historią o dojrzałej kobiecie, która dostała jeszcze jedną szansę i postanowiła ją wykorzystać najlepiej jak tylko się da. To pełna bólu i wzruszająca, a przy tym pokrzepiająca historia. Minimalistyczna w fabule, bohaterach, tworząca pewien mikroświat, w którym pozostaje w pewnym momencie tylko matka i syn oraz tragedia rzucająca cień na ich życie. Claudio Pineiro posługując się dobrym językiem i dużą dozą przenikliwością stworzyła powieść, która pozostaje w pamięci... Piękną i niezapomnianą.

Moja ocena: 9/10

stycznia 01, 2017

(587) Wyznaję

(587) Wyznaję
Tytuł: Wyznaję
Autor: Jaume Cabre
Wydawnictwo Marginesy
Stron 768

"Książki, która nie zasługuje na ponowne przeczytanie, nie warto było czytać w ogóle. [...] Ale dopóki jej nie przeczytamy, nie wiemy, czy zasługuje na drugie czytanie. Takie okrutne jest życie."

Jaume Cabre, "Wyznaję" 

"Powieść katedra", "przełom w literaturze"... zewsząd płyną zachwyty na temat "Wyznaję" Jaume Cabre. Z tą powieścią tak zachwalaną przez krytyków, przez bardzo długi czas było mi nie po drodze. W końcu uległo to jednak zmianie, a w moje ręce trafiła największa i najważniejsza powieść katalońskiego pisarza. W oczy od razu rzuca się jej objętość, okładka, która ujmie każdego książkoholika, a po otworzeniu wstęp tłumacza (Anny Sawickiej), który już od początku zapowiada, że to nie będzie łatwa literatura. Bogactwo treści, wątków fabularnych, postaci (których ilość idzie w dziesiątki), chronologiczne zamieszanie... "Wyznaję" jest powieścią wymagającą od początku do końca od czytelnika wielkiego skupienia. I niestety mam wrażenie, że gdzieś w tym bogactwie formy literackiej jaką posługuje się autor... ginie bogactwo treści.

Przez moją głowę podczas czytania "Wyznaję" niejednokrotnie przez głowę przelatywała myśl czy autor chce koniecznie utrudnić czytelnikowi lekturę. Pod górkę jest od samego początku... Zacznijmy może od tego, że zgodnie z życzeniem autora wszelkie cytaty, zwroty obcojęzyczne nie są tłumaczone... (ani zaznaczone kursywą) i nie mowa tu oczywiście o tłumaczeniu zawartym w tekście, a o przypisach tłumacza, których we "Wyznaję" nie ma w ogóle. I o ile zwroty hiszpańskie czy łacińskie były dla mnie zrozumiałe (ponieważ uczę się tych języków), o tyle już cytaty po francusku... czarna magia. Oczywiście część z nich (ale nie wszystkie) stawała się jasna z kontekstu, a jednak mam wrażenie, że to odbiera część przyjemności z lektury. Uważny i pełen erudycji czytelnik znajdzie w tej powieści odniesienia do Szymborskiej, Pascala, Homera, Dantego, Marqueza i wielu innych autorów hiszpańskich, katalońskich i nie tylko... jednak ten mniej uważny czytelnik nie zostanie poinformowany jasno o tych odniesieniach, a przecież, aby czytać "Wyznaję" nie trzeba być znawcą  literatury.

Cały czas oscyluję wokół formy, a nie konkretnie treści, ponieważ mam wrażenie, że sam autor zaczął w pewnym momencie dbać bardziej o formę niż o treść. Aby była coraz bardziej zakręcona, zawikłana, barwna, zaplątana. I tak np., kiedy bohater posługuje się mową zależną... nie występuje cudzysłów. Dodatkowo zdania są nagle urywane, często nie są zakończone żadnymi znakami interpunkcyjnymi, a i w "Wyznaję" można znaleźć jak to określa tłumaczka "pozorne niezręczności stylistyczne". Jednak uznajmy to wszystko za kwestie techniczne i graficzne. Kwestią o wiele ważniejszą jest fakt, że autor przeskakuje niespodziewanie ze sposobów narracji, wątków, bohaterów, czasu i miejsca wydarzeń. To co na początku wytęża jedynie umysł czytelnika, z czasem staje się coraz bardziej irytujące i męczące, a pogubienie się w wątkach wydaje się być nieuniknione. A przecież pod tą całą zawikłaną formą gramatyczną kryje się piękna, chwytająca za serce wielowątkowa historia.

"Ale są takie zakamarki duszy, które pozostają nieznane, bo nie da się poznać do końca drugiego człowieka, choćby nie wiem co."

Jaume Cabre, "Wyznaję"

"Wyznaję" to spowiedź człowieka... skierowana jak wydaje się na początku bezpośrednio do czytelnika. To wielka historia człowieka, który pragnie odkryć historię zła. Historia wyznania miłosnego. Historia chłopca, który choć urodził się w dobrej rodzinie od pierwszych lat swojego życia był jedynie trofeum dla swojego ojca. Adrian, bo tak ma na imię główny bohater od zawsze był uzdolniony językowo, a nauka kolejnych języków obcych przychodziła mu bez większych trudności. Musiał jednak dorastać samotnie między książkami, od czasu do czasu grając na skrzypcach. I to właśnie osiemnastowieczne skrzypce zmuszają go do poznania rodzinnych tajemnic, mrocznych dziejów hiszpańskiej inkwizycji i spływającej krwią dwudziestowiecznej Europy. 

Powieść Jaume Cabre to cała paleta postaci, wątków, wydarzeń i zagadnień. Wszystkie one są ciekawe i intrygujące, choć tracą trochę przez ich nagłe urywanie i wracanie do nich wiele stron później. A jednak gdyby je wszystkie posklejać, uporządkować... powstałaby książka olśniewająca, zachwycająca, w swym wydźwięku oszałamiająca. To historia ludzkich pragnień, marzeń i zawiedzionych nadziei. To bez wątpienia wielka powieść dla literatury Hiszpanii. Pozycja w której Cabre wykazuje się wielką erudycją, nawiązując do wielkich dzieł literatury hiszpańskiej i światowej. Pisze o kataklizmach, o ludzkich porażkach, problemie dobra i zła, umierających i rodzących się uczuciach. "Wyznaję" to utwór wielowątkowy, w którym z pozoru niezwiązane ze sobą wątki zaczynają się powoli łączyć... prowadząc czytelnika do ostatniej strony i ich rozwiązania, a w sumie ostatecznego połączenia. 

Kataloński pisarz stworzył powieść, która choć przytłacza formą, przyprawia o zgrzytanie zębów i ból głowy, nie pozwala przejść obok siebie obojętnie. To obecnie tak ważna pozycja literatury europejskiej, że jej poznanie wydaje się być kluczowe dla zrozumienia współczesnej kultury. Nie mniej "Wyznaję" jest powieścią ogromnie wymagającą, która choć tak bogata w naprawdę wybitną treść i rewelacyjne wątki fabularne, traci w moich oczach ze względu na zbytnią kwiecistość literackiej formy, literackich pomysłów, zmian narracji, wątków, miejscowy chaos, który wzbudza niepokój. To jedna z tych powieści, z którymi trzeba się zmierzyć, choć można przegrać. Niektórych fakt, że w jednym zdaniu może występować czasowniki w przeszłości, teraźniejszości i przyszłości może przytłoczyć... Zachwycają bohaterowie, zachwyca fabuła, przekazywane wartości i treść, a jednak sposób w jaki zostało to zrobione... budzi niekiedy irytację. Osobiście nie mogę nazwać "Wyznaję" arcydziełem, ponieważ nie wszystko co możliwie jak najbardziej zawikłane na miano "arcydzieła" zasługuje. Wiem jednak, że nie jest to moje ostatnie spotkanie z prozą Cabre... kiedyś z nią wygram. 

Moja ocena: 7/10

grudnia 31, 2016

(586) Wiadomość

(586) Wiadomość
Tytuł: Wiadomość
Autor: Tove Jansson
Wydawnictwo Marginesy
Stron 320

"Pomysły są czymś bardzo szczególnym, mniej więcej jak szkice. Malarz robi szkic, który jest tak nieskrępowany i piękny, że nie może się powstrzymać i pokazuje go, by usłyszeć pochwały, a gdy już pochwalą ten rysunek, malarz zaczyna się bać o swój szkic, nie może pozwolić mu rosnąć w procesie żmudnej pracy, jest gotowy do włożenia go w ramy - i oto spoczywa szkic."

Tove Jansson, "Wiadomość" 

Muminkowy przemysł od lat kwitnie i pewnie jeszcze długi czas kwitnąć będzie. Niewielu jednak wie, że mama Muminków, czyli Tove Jansson tworzyło nie tylko literaturę dla dzieci. Była kobietą uzdolnioną artystycznie pod każdym kątem – malowała, pisała listy, opowiadania... "Wiadomość" jest zbiorem, który stanowił swego rodzaj pożegnanie Tove Jansson z twórczością pisarską, a który jednocześnie stanowi obraz jej życia w XX wieku. Autorka sama dokonała wyboru opowiadań, które znalazły się w tej książce i trzeba przyznać, że jest to zbiór różnorodny. I choć mi osobiście nigdy nie było po drodze z Muminkami, opowiadania zawarte we "Wiadomości" czytałam z wypiekami na twarzy, choć jak piszą niektórzy krytycy w opowiadaniach Jansson jak i Munro nie liczy się intryga, język czy wydarzenia, a po prostu ich atmosfera. Czyżby jak po lekturze opowiadań Munro pozostawały po nich jedynie emocje, a nie pamięć wydarzeń? Zresztą. Nawet jeśli tak jest, czy to źle? Emocje vs wydarzenia? Mimo wszystko myślę, że "Wiadomość" jest tak różnorodnym zbiorem, że każdy czytelnik znajdzie w nim partię odpowiednią dla siebie. 

Bardzo rzadko sięgam po opowiadania, choć bez wątpienia lubię je podczytywać w chwilach, gdy nie mam czasu spędzić więcej czasu przy powieści. Jazda komunikacją miejską, poczekalnia u lekarza (choć w tym wypadku może się niekiedy przydać bardzo gruba książka), oczekiwanie w kolejce w sklepie lub na poczcie... wtedy kilkunastostronnicowe opowiadanie wydaje się być o wiele lepszym wyjściem niż rozpoczynanie długiego rozdziału powieści... i odkładanie jej w dwóch trzecich jego objętości. Ten zbiór podczytywałam sobie przez kilkanaście dni... sięgając po kolejne opowiadania i odkrywając Tove Jansson wciąż na nowo. "Wiadomość" to zbiór ponad trzydziestu różnorodnych opowiadań, które budzą w czytelniku różnorakie emocje... od smutku po zadowolenie. Są bardzo przenikliwe, a jednak nie narzucają się w żaden sposób czytelnikowi. Tove Jansson nie wciąga czytelnika w świat swoich bohaterów, wspomnień z życia, świat bliskich sobie osób, ich relacji, towarzyszącym temu wydarzeń. Pozwala trwać czytelnikowi gdzieś obok, niekoniecznie zmuszając go do utożsamiania się z postaciami czy też odnajdywać się w przedstawionych sytuacjach. Zachęca go jednak do wyciągnięcia jakiś wniosków dla siebie... refleksji? Nauki? 

"Czy nie mogłybyśmy się spotkać i powspominać szkolne czasy? Jestem Margit, ta, która waliła cię w brzuch na szkolnym podwórku"

Tove Jansson, "Wiadomość"

Opowiadania Tove Jansson powstawały w różnych momentach życia autorki i przez to różnią się poruszaną tematyką, atmosferą..., a tak naprawdę można znaleźć w nich wszystko. Mam przy tym poczucie, że im lepiej zna się biografię, życiorys autorki tym więcej wynosi się z lektury tych opowiadań. Stają się bardziej przejrzyste, a wydarzenia bliższe czytelnikowi. Tak naprawdę bardzo trudno jest je jednoznacznie opisać, scharakteryzować. Tym bardziej, że to nie są opowiadania, które (mówiąc kolokwialnie), nie wbijają czytelnika w fotel. A jednak uwodzą, oczarowują swoją zwykłością, brakiem "wydumania". Nie brakuje im przecież mocy, dobrego stylu, ciekawych wydarzeń... w dużej mierze z sytuacji z życia samej Jansson. Opowiadania zabawne, opowiadania smutne – szeroka tematyka i ich bardzo dobry przekrój. Część to po prostu zlepek wycinków z listów... jednak zlepek tak zgrabny i mądry, że porywający podczas lektury. 

"Wiadomość" to świetny zbiór opowiadań, z których niektóre chwytają za serce jak np. "Listy do Konikovej", które są świadectwem wielkiej młodzieńczej przyjaźni, ale także nieubłaganie zbliżającej się wojny. To opowiadania o sztuce, o jej tworzeniu, o artystycznym rozwoju, relacjach w rodzinie. Jedne pisane z przymrużeniem oka i wywołujące uśmiech na twarzy, drugie niesamowicie przejmujące... Do moich ulubionych należy zdecydowanie tytułowe opowiadanie, czyli "Wiadomość", które jest jednocześnie rewelacyjnym podsumowaniem całego zbioru. Tove Jansson wyjawia się z tych opowiadań na nowo... nie tylko jako "mama Muminków", ale przede wszystkim część rodziny, obserwatorka życia i artystka, która pokazuje, że po historiach o Muminkach nadal potrafi świetnie pisać... tym razem dla dorosłych. To idealna pozycja dla wszystkich tych czytelników, którzy darzą "Muminki" sentymentem, a już się trochę zestarzeli. Jednak "Wiadomość" jako zbiór opowiadań oczaruje także innych czytelników, bo to bardzo życiowe opowiadania, które choć nie niosą za sobą żadnej konkretnej, sprecyzowanej treści... oczarowują swoim klimatem. Tove Jansson w krótkiej formie to autorka, której nie można zamknąć w jednym zdaniu, ani krótką frazą scharakteryzować. 

Moja ocena: 8/10

grudnia 30, 2016

(585) Vintage, sklep rzeczy zapomnianych

(585) Vintage, sklep rzeczy zapomnianych
Tytuł: Vintage, sklep rzeczy zapomnianych
Autor: Susan Gloss
Wydawnictwo Marginesy
Storn 360

"Łatwo jest czekać na coś dobrego - na urodziny dziecka, na awans w pracy. Tak, łączyło się ze zniecierpliwieniem, ale była też nadzieja na szczęśliwe zakończenie.O wiele trudniejszy jest drugi rodzaj oczekiwania." 

Susan Gloss, "Vintage, sklep rzeczy zapomnianych"

Lekka, przyjemna, pozytywna powieść... kto nie potrzebuje takiej od czasu do czasu? Susan Gloss napisała lekką, ale przy tym dobrą powieść, która umożliwia rozluźnienie. i jest na swój sposób czarująca. To historia o kobiecej sile i przyjaźni, która potrafi pokonywać wszelkie przeszkody. Już sama okładka zapowiada przyjemną, kobiecą treść... i to też od tej książki otrzymujemy. To także powieść o tym, że każdy ma swoją historię, niezależnie od wieku... i tyczy się to nie tylko ludzi, ale także rzeczy. "Vintage, sklep rzeczy zapomnianych" to piękna opowieść o miłości, przyjaźni i nadziei na lepsze jutro. Wyraziste bohaterki prezentujące różne postawy życiowe, zmagające się z różnymi problemami, a to wszystko zostało opisane z dużą dozą ciepła i przenikliwości. Książka Susan Gloss to idealna pozycja na jeden wieczór. Wieczór, który czytelnik chce przeżyć z uśmiechem na twarzy. 

Violet jest właścicielka sklepu z rzeczami używanymi Vintage, która niejedno w swoim życiu już przeszła. Przez lata nauczyła się słuchać historii innych ludzi, a także historii rzeczy. Jej klientki podchodzą do niej z wielką ufnością i szczerością, a przez to niekiedy odkrywają przed nią swoje tajemnice. Opowiadając o przedmiotach, które przynoszą do butiku... opowiadają o swoim życiu. Jednak samej Violet otwarcie się na innych ludzi i przyjaźń przychodzi o wiele trudniej. Jest samotna, a jej codzienność wypełnia przede wszystkim praca w sklepie, w którym chce być jak to tylko możliwe samodzielna. I choć z pozoru jest zadowolona z życia jakie prowadzi... zaczyna się obawiać, że jej szansa na macierzyństwo niebawem bezpowrotnie minie. Ma 38 lat, a na horyzoncie nie ma żadnego mężczyzny, który mógłby być kandydatem na partnera, a co dopiero ojca. Jednak to nie jej jedyny problem... Właściciel nieruchomości, w której znajduje się jej mieszkanie i sklep, postanawia sprzedać budynek deweloperowi, który zamierza go wyburzyć... jak na złość w okolicy nie znajduje się żaden lokal, do którego mogłaby przenieść swój sklep. 

Mimo, że Violet gra w tej historii główne skrzypce, równie ważne są również inne bohaterki tej książki, które także spotykają się z różnymi przeciwnościami losu. Wychowana w tradycyjnej hinduskiej rodzinie Amithi wyruszyła wraz z mężem do Ameryki. Od tego wydarzenia minęło wiele lat, a przez ten czas sari z plamką, które towarzyszyło jej tamtego dnia leżało na dnie szafy. Nadszedł jednak czas w życiu Amithi na uporządkowanie życia, rozprawę z córką, która nie rozumie ani matki, ani kultury w której ta została wychowana. Rubinowe kolczyki, pomarańczowe sari... i wiele innych przedmiotów ma trafić do butiku Violet wraz ze związanymi z nimi historiami. Historii, które jednak będą miały mieć swoją kontynuację. 

Swoją historię posiada także suknia, którą młodziutka April próbuje oddać do butiku po zerwanych zaręczynach. Niedawno straciła w tragicznych okolicznościach matkę, potem zaszła w ciążę, a jej narzeczony zerwał zaręczyny... na domiar złego odziedziczyła po mamie długi i usilnie próbuje sprzedać dom, aby móc je spłacić i zacząć spokojne życie. Ma zaledwie dziewiętnaście lat, ale mimo to jest niesamowicie dojrzała i patrzenie na to jak rozwija się jako przyszła matka, odpowiedzialna kobieta było przyjemnością. Przyjemnością nieskażoną infantylnością ani banalnością bohaterki. "Vintage, sklep rzeczy zapomnianych" to także historia kostiumów teatralnych i wyboru między sceną a rodziną... 

Powieść Susan Gloss to rewelacyjna pozycja literatury kobiecej. Ciekawe bohaterki i różne problemy. Historie przedstawione w powieści, choć różnią się głównymi bohaterkami łączą się ze sobą wraz z tym jak postacie zacieśniają między sobą więzi. Nie ginie jednak w żadnym momencie ich niezależność. To co urzekające w powieści Gloss to fakt, że choć bohaterki się znają, zawierają ze sobą przyjaźnie, to jednak w ich życiu cały czas pozostaję sfery o których pozostałe nie mają pojęcia. Nie ma też w nich względem siebie głupiej uległości i poczucia nieomylności. Ich wzajemne relacje wydają się przez to bardzo wiarygodne. Bohaterki powieści Susan Gloss to kobiety, które muszą dopiero zdobyć swoją siłę, aby pokonać przeciwności losu. Jednak gdy już im się to uda... może je spotkać szczęście.

"Vintage, sklep rzeczy zapomnianych" to choć odrobinę przewidywalna książka, to jednak urzekająca tym, że jest słodko - gorzka, a los bohaterek nie staje się nagle nadmiernie łatwy. Chciałoby się powiedzieć... samo życie.  Blask starych rzeczy, wspomnień, kobiecej inteligencji, siły i przyjaźni... Susan Gloss napisała lekką, czarującą powieść, która dodatkowo została bardzo dobrze napisana. To historia kilku kobiet, które stoją na rozdrożu i bardzo ważnymi dla siebie wyborami. Wyborami, które zaważą na całym ich życiu. "Vintage, sklep rzeczy zapomnianych" jest bardzo dobrą powieścią, której lektura wiąże się z czystym relaksem i przyjemnością. Stare przedmioty, praca w sklepie, miłosne i życiowe zawirowania... Książka Susan Gloss jest pozycją nie tylko idealną dla wszystkich romantyczek, ale po prostu kobiet... kobiet spragnionych dawki życiowej i dobrej literatury, która trochę rozjaśni ich dzień. 

Moja ocena: 8/10

grudnia 27, 2016

(584) Wróżba

(584) Wróżba
Tytuł: Wróżba
Autor: Agneta Pleijel
Wydawnictwo Karakter
Stron 280

"Być może wróżby są jak propozycje nowych dróg, innych myśli. Wróżba może uwidocznić nowe aspekty istnienia. Wiara w cuda wydaje jej się w tej chwili nader rozsądna." 

Agneta Pleijel, "Wróżba"

Mocna, śmiała, wymagająca, wartościowa... "Wróżba" jest pozycją, którą trudno wpakować w jakieś ramy, stereotypowe ujęcia. To odważna literatura, która niekiedy swoim klimatem przypomina filmy Hitchcocka. Tocząca się opowieść o dziewczynce w trzeciej osobie liczby pojedynczej, jest niekiedy przerywana narracją pierwszoosobową w której ujawnia się autorka... Powstaje wrażenie stopklatki, która dodatkowo potęguje wszystkie emocje, które towarzyszą czytelnikowi podczas czytania "Wróżby"... Pozycja Agnety Pleijel jest niesamowita,  jest mocna i wymaga skupienia. Jednak to ten rodzaj skupienia, który daje podczas czytania satysfakcję, zmusza do zatrzymania się... i przyprawia o dreszcz. 

Agneta Pleijel jest uznawana za jedną z najciekawszych i najwybitniejszych szwedzkich pisarek. Jej proza niesamowicie porusza. Nie karmi się tanią sensacją, a jednak porusza tematy tabu... Proza Pleijel zostawia w czytelniku trwałe obrażenia i zapada w pamięć. To bardzo sugestywna, a przy tym intensywna pozycja o życiowych inicjacjach, dzieciństwie i dojrzewaniu. Pierwsza miesiączka, pierwsze pocałunki, orgazmy, poznawanie tajemnic swojego ciała i uwikłanie w skomplikowane relacje rodzinne, które wywierają na bohaterkę tej powieści ogromny wpływ. "Wróżba" jest momentami wręcz boleśnie prawdziwa, a przy tym ogromnie bliska każdemu czytelnikowi. Agneta Pleijel porusza w swej wspomnieniowej powieści elementy dzieciństwa wykraczające poza zabawę lalkami i samochodami, ale przecież wspomnienia towarzyszące dzieciństwu każdego człowieka. Być może są to tematy tabu, wspomnienia, które ludzie często spychają w odmęty pamięci..., a jednak nie da się ukryć, że to najczęściej właśnie one mają ogromny wpływ na dorosłe życie. 

Szwedzka pisarka z wielką wrażliwością układa historię o ludzkim lęku, niepewności ciała i pytaniach o sens życia. Układa swoją opowieść na podstawie strzępów wspomnień, zachowanych listów, urwanych zdań. Rekonstruuje wspomnienia, rodzinne relacje, które pozostają skażone toksycznością, niepewnością i kłamstwami. Próbuje odnaleźć siebie samą z okresu dzieciństwa i dojrzewania. Stara się rozliczyć ze swoją przeszłością i rodzinnymi uwarunkowaniami. Stawia pytania o Boga, miłość, tęsknotę, relacje międzyludzkie i ograniczenia w nich panujące. Agneta Pleijel z czasów dzieciństwa nie budzi serdeczności, a raczej duże pokłady współczucia, które jak się się szybko okazuje... może być udziałem każdego. Bohaterka jest przytłoczona otaczającymi ją emocjami, mrokiem relacji w rodzinie i milczeniem. Milczeniem, które przykrywa wszystko cienką warstwą..., która jednak za jednym podmuchem może zostać zdmuchnięta. 

Los bohaterki "Wróżby" jest zdominowany przez sytuację w rodzinie. Czytelnik poznaje ją już jednak jako małą dziewczynkę, której życie jest naznaczone za sprawą ciągłych zmian zamieszkania, samotności odczuwanej w szkole, w której nie może znaleźć wspólnego języka z innymi uczniami, a kiedy już go znajdzie... czeka ją kolejna przeprowadzka i rozpoczynanie wszystkiego od nowa. Jednak o wiele większy wpływ na jej osobowość ma charakter jej matki, która żyje w ciągłym niezadowoleniu, neguje wszystko co ich dobrego spotyka. Depresyjna osobowość matki ma destrukcyjny wpływ nie tylko na główną bohaterką, ale także na jej całą rodzinę. Jasnym punktem wydaje się być ojciec, profesor, czyli w latach 40. i 50. we Szwecji osoba bardzo szanowana i poważana. Kojarzona z wyższymi sferami. Budzi w dziewczynce fascynację i podziw, wydaje się być ostoją rodziny. Różnorodnej i różnie patrzącej na świat... Równie ważną postacią wydaje się być jednak także ciotka Ricki, która swoim opanowaniem stanowi przeciwieństwo matki dziewczynki. Jednak i jej los nie będzie do końca spokojny. 

Wspomnienia zamieszczone we "Wróżbie" pochodzą z lat 40. i 50., a więc jeszcze z okresu przed rewolucji seksualnej, gdzie wszystkie zagadnienia związane z ciałem (a już z pewnością, z erotyzmem) pozostają tematem tabu. A do relacji rodzinnych podchodziło się z dużą ostrożnością, nic nie mogło wychodzić poza mury mieszkania, a relacje międzyludzkie były skażone dużą dozą milczenia, bo tak "wypadało", a może raczej... bo inaczej "nie wypadało". "Wróżba" jest bardzo osobistą historią, która porusza czytelnika swą prawdziwością. Poruszane w niej problemy - dojrzewanie, seksualna inicjacja, depresja, niedomówienia i szarość świata dorosłych, z którymi dziecko jest nierozerwalnie złączone... czy tego chce, czy nie. Dużo w powieści Pleijel jest emocji, niedomówień, nieścisłości, znaków zapytania... i niepokoju. Mroku ciążącego nad młodą bohaterką. 

"Wróżba" jest pozycją, która zapada w pamięć. Historią, w której odnajdzie się każdy czytelnik, ale przy tym powieścią bardzo trudną, wymagającą czytelniczej i życiowej dojrzałości. Proza Agnety Pleijel wymaga dużej samoświadomości, ale uwodzi. Literackim kunsztem, emocjonalnością, bezpośredniością ukrytą za wieloma niedomówieniami. Nie mogę się odpędzić od wrażenia, że opisywanie tej powieści jest jej spłycaniem, ponieważ jest utworem na tyle złożonym... i po prostu wyjątkowym w swej bezpośredniości, że aż trudno ją opisać. Ogromnie doceniam pracę autorki, jej świadomość własnego dzieciństwa, swego rodzaju odwagę... "Wróżba" jest piękną, poruszającą historią o dzieciństwie i dojrzewaniu. Powieścią pełną niuansów i niedomówień, które tworzą niezwykle emocjonalną i mocną całość. Trudną, wymagającą, ale może właśnie przez to tak dobrą? 

Moja ocena: 8+/10

grudnia 25, 2016

(583) W ogrodzie Mirandy

(583) W ogrodzie Mirandy
Tytuł: W ogrodzie Mirandy
Autor: Katarzyna Krenz
Wydawnictwo Literackie
Stron 376

"- Śmierć. To nie tak, jak piszą w książkach. Moim zdaniem, najpierw umiera wola, potem życie, a dopiero na końcu ta cała reszta - pociągnęła delikatnie za fałdę suchej skóry na przedramieniu. - Biologia nie ma nic do gadania. Wszystko zależy od nas. I życie, i śmierć. Dopiero na starość to rozumiemy."

Katarzyna Krenz, "W ogrodzie Mirandy"

Katarzyna Krenz to polska poetka, tłumaczka, malarka, dziennikarka... "W ogrodzie Mirandy" to powieść, która była jej literackim debiutem. Obecnie na swoim koncie posiada także takie książki jak "Księżyc myśliwych" czy też "Lekcje tańca". To moje pierwsze spotkanie z jej twórczością i niestety obawiam się, że na pewien czas... z pewnością ostatnie, choć w przyszłości będę chciała dać jeszcze jedna szansę prozie Katarzyny Krenz. Być może bowiem jej kolejne powieści są bardziej dopracowane, posiadają więcej treści. "W ogrodzie Mirandy" nie jest złą powieścią, ale nie jest także dobrą powieścią. Boli mnie to tym bardziej, że Katarzyna Krenz posługuje się naprawdę dobrym językiem, ale mimo to... jej utwór zawiera zbyt dużo słów, a zbyt mało treści. Jest nijaki, a miał ogromny potencjał. 

Główna bohaterka - Miranda, jest 28-letnią prawniczką, która od lat bez reszty poświęcała się pracy w prestiżowej kancelarii w Warszawie. Wszystko zmienia się, gdy dowiaduje się, że jest w ciąży, a ojciec dziecka nie zamierza wziąć na siebie odpowiedzialności ani za nią, ani tym bardziej za dziecko. Miranda wyjeżdża w sprawach służbowych do Londynu, jednak tam ze względu na ciążowe dolegliwości nie stawia się na ważnym spotkaniu i w trybie natychmiastowym traci pracę. Postanawia nie wracać do Polski i podejmuje posadę sprzątaczki na uniwersytecie w Cambridge. Jest samotna i zagubiona, a jednak jej życie pozornie nabiera większego sensu. Jednak już w tym planie na życie pojawiają się moje wątpliwości, bo po pierwsze... bez mrugnięcia okiem przyjmuje informacje o zwolnieniu, choć przecież do tego nieszczęsnego spotkania w Londynie na którym firma w sumie i tak nic nie straciła... była wzorowym pracownikiem. A to jedynie początek absurdów, bo choć nie ma nic złego w posadzie sprzątaczki... to jednak trudno uwierzyć mi, że z chwili na chwilę (bo nawet nie "z dnia na dzień") jej jedyną ambicją staje się bycie wynajmowanie pokoju i bycie sprzątaczką na obczyźnie.

Miranda to kobieta sukcesu, zawzięta prawniczka, która jedynie raz czy dwa widzi coś niemoralnego w swojej pracy i sukcesach opartych na małej czcionce w umowach, które zawiązuje w imieniu kancelarii. Codziennie w garniturze, eleganckich drogich strojach, pełnym makijażu, nigdy niezmęczona swoim dotychczasowym życiem i jego stylem, a raczej czerpiąca z niego wiele satysfakcji... nagle postanawia porzucić to wszystko, aby zostać sprzątaczką i uwolnić się od wszystkiego co ją podobno wcześniej ograniczało. Żałuję jedynie, że Katarzyna Krenz ani słowem nie zasugerowała wcześniej, że prawniczy etap życia Mirandy nie odpowiadał jej w chwili... w której miał miejsce. Co więcej Miranda choć jest niesamowicie wykształconą i inteligentną kobietą, która posiada rozległe kontakty w Londynie nie poświęca ani chwili na wykorzystanie ich, aby podjąć jakąś lepszą pracę, choć bez wątpienia (tym bardziej, że świetnie posługuje się językiem angielskim) posiada ku temu wszelkie predyspozycje. Pominę tu nawet takie fragmenty, że oczywiście znalezienie mieszkania, pracy, ubezpieczenia... to wszystko zajmuje kobiecie zaledwie chwilę. Zachowanie Mirandy nie raz i nie dwa było absurdalne, nielogiczne i irytujące..., a ona sama wydawała się być czasami po prostu głupia, niezdecydowana i naiwna. Oburzona i obrażona na cały świat, gotowa odciąć się od wszystkiego i wszystkich.

Mam tak naprawdę problem "w co najpierw włożyć ręce" podczas recenzowania tej powieści. Może więc poruszę teraz temat drugoplanowych bohaterów, którzy choć wszyscy mieli wnosić coś do tej powieści... okazali się być nijacy. Tuzinkowi, zlewający się w jedną całość. Brak im wyrazistości. Nie wnieśli do tej powieści niczego konkretnego, niczego ważnego, a choć mieli wywrzeć jakiś wpływ na życie głównej bohaterki... tworzyli tylko kolejne, niepowiązane, ubogie wątki fabularne. "W ogrodzie Mirandy" to książka pozlepiana, a jednak nietworząca wspólnej ani to przejmującej, ani zabawnej treści... Widzę w tej powieści zamysł autorki dotyczący ukazania różnych kobiet w różnych sytuacjach i punktach życiowych, które są w różnym wieku... jednak gdzieś zabrakło temu głębi, a przy tym lekkości.

Katarzyna Krenz utonęła w swoim poetyckim języku, malowniczych obrazach, pustych wywodach filozoficznych. To co miało być głębokie, poruszające i zmuszające do przemyśleń w pewnym momencie uderzyło w kicz. "W ogrodzie Mirandy" miało być relaksującą, dobrą, a przy tym zachęcającą do refleksji powieścią o tym, że nie warto gonić za karierą, a o wiele ważniejsze jest oddanie się innym ludziom i życie dla nich... z nimi. Wyszło jednak topornie i nużąco, a i ukazanie Polaków na emigracji po raz kolejny okazało się być stereotypowe i okrojone... Próbuję odnaleźć szczęście w życiu Mirandy i nie potrafię, bo oddała się własnej melancholii i nijakości. Bezbarwności. Porzuciła ambicje i pragnienia, a jej jedynym życiowym celem stała się wegetacja gdzieś na uboczu. I o ile umiejętne oddanie aury pochmurnej Anglii ratuje książkę Katarzyny Krenz... O tyle już liczne retrospekcje wprowadzają do powieści zamęt. Czasami wręcz trudno było się odnaleźć w przestrzeni czasowej. 

"W ogrodzie Mirandy" jest niestety nużącą powieścią, której czytanie... nie chcę pisać, że jest stratą czasu, bo wierzę w umiejętności literackie Katarzyny Krenz. W tej powieści jednak gdzieś się pogubiła i opowieść o Mirandzie nie zasługuje na uwagę... Są w niej fragmenty bardziej absorbujące, są też także te mniej porywające. Jednak całość jest dosyć oschła, okrojona z emocji i szczegółów, które nadają treści innym powieściom. Katarzyna Krenz choć posługuje się dobrym językiem, chciała za dużo wpleść w jedną książkę. Wyszła z tego nieciekawa całość, która podzielona, "rozrzedzona" mogłaby być materiałem na kilka ciekawych książek, które wzbogacałyby czytelniczki nie tylko o nowe doświadczenia literackie, a także je uwrażliwiały. Na chwilę obecną jednak powieść Katarzyny Krenz budzi w czytelniku gorycz dotyczącą jej niewykorzystanego potencjału... Nijaka bohaterka, mdła fabuła. "W ogrodzie Mirandy" niestety nie jest powieścią, którą mogę Wam polecić, choć... widzę obraz, który chciała przekazać czytelnikowi autorka. Nie wyszło jej jednak wprowadzenie go w życie, wykonanie.

Moja ocena: 5/10

grudnia 22, 2016

(582) Córki niczyje

(582) Córki niczyje
Tytuł: Córki niczyje
Autor: Wilkie Collins
Wydawnictwo MG
Stron 768

"Nie, nic na tym świecie nie pozostaje w ukryciu na zawsze. Prędzej czy później przychodzi dzień, w którym złoto od stuleci leżące niepostrzeżenie w ziemi wydostaje się na powierzchnię. Zdradliwy piasek odsłania ślad stopy, która kiedyś po nim stąpała, w woda w końcu wyrzuca na brzeg ciało, które w niej utonęło. Nawet ogień po strawieniu jakiegoś przedmiotu pozostawia wyznanie winy w postaci popiołu."

Wilkie Collins, "Córki niczyje"

Wilkie Collins, a właściwie William Wilkie Collins był angielskim powieściopisarzem, dramaturgiem i autorem opowiadań. Tworzył w XIX wieku. "Córki niczyje", czyli w oryginale "No Name" to powieść z 1862 roku, którą czyta się wybornie, szybko, jednocześnie rozkoszując się stylem pisarskim autora. To wielowątkowa historia łącząca w sobie wątki sensacyjne, detektywistyczne jak i miłosne, a to wszystko w aurze XIX - wiecznej Anglii. Piękna, ujmująca, wciągająca dawka naprawdę dobrej literatury. Prawie 800 stron lektury na najwyższym poziomie. "Córki niczyje" to powieść, która zawładnęła w pełni moimi myślami i czytelniczymi pragnieniami, a Wilkie Collins szybko stał się jednym z moich ulubionych pisarzy. Książka Collinsa to jeden z tych utworów, o których intensywnie myśli się... podczas ich lektury i nie tylko. To postacie, które głęboko zapadają w pamięć. "Córki niczyje" to wreszcie powieść, która zaskakuje brakiem schematyczności i czarno - białego spojrzenia.

Życie Magdalen i Nory Vanstone to idylla. Kochane przez zamożnych rodziców, wychowywane w dobrobycie, domu pełnym miłości, wsparcia i poczucia bezpieczeństwa. Ich komfortu nie burzyły ani kłopoty finansowe, ani rodzinne niesnaski. Jednak na skutek tragicznego w skutkach zbiegu okoliczności tracą rodziców, odkrywają, że urodziły się jako nieślubne dzieci i tym samym zostają pozbawione jakiekolwiek spadku, wyrzucone z domu, w którym szczęśliwie dorastały... Jednak oprócz straszliwego piętna społecznego, nieustępliwego prawa, odarte z prawa do własnego nazwiska tracą poczucie bezpieczeństwa, wrażenia bezpiecznej przyszłości. Wrzucone w brutalny świat są zmuszone polegać jedynie na własnych umiejętnościach i próbować odbudować świat, w którym przyszło im żyć. Zbudować go od nowa... 

Starsza ze sióstr - zrównoważona Nora postanawia objąć posadę guwernantki i w ten sposób zarobić na swoje utrzymanie. I w tym momencie drogi sióstr rozchodzą się na długi czas, a łączy je jedynie sporadyczny kontakt listowny, bowiem dynamiczna, żywiołowa i niezależna Magdalen pragnie odzyskać rodzinny majątek za wszelką cenę. Planuje zemstę... najpierw musi jednak zdobyć potrzebne do jej przeprowadzenia środki finansowe. Wykorzystując swoją niebanalną urodę i talent wraz z kapitanem Wraggem - oszustem i dalekim krewnym jej matki zaczyna występować na scenie, jednak to dopiero preludium tego czego ma się dopuścić w przyszłości. Zdeterminowana i zdesperowana jest gotowa posunąć się w swoich działaniach bardzo daleko, nie bacząc na konsekwencje, a zwracając uwagę jedynie na oczekiwany rezultat.

"[...] kobieta nie może nigdy wiedzieć, jak bardzo oddała się człowiekowi, którego kocha, dopóki ów człowiek jej nie sponiewiera." 

Wilkie Collins, "Córki niczyje"

Magdalen, a zarazem główna bohaterka to powieść, która choć nie baczy na uczucia innych... budzi w czytelniku żałość i współczucie. Jest ofiarą swoich czasów, porzuconych nadziei, zaprzepaszczonych marzeń, niefortunnego przypadku. Czytelnik poznaje ją jako młodą kobietę, przed którą świat stoi otworem, pełną młodzieńczych pasji, nadziei, marzeń, zakochaną, szczęśliwą, beztroską... z czasem staje się świadkiem jej degradacji, zgorzknienia, postępującej obojętności względem także własnych emocji, przytłoczonej pragnieniem zemsty... zemsty, która prowadzi do jej życiowego upadku. Zazwyczaj nie lubię takiego głupiego uporu w bohaterkach i bałam się, że przez postawę Magdalen czytanie "Córek niczyich" nastręczy mi trudności..., jednak szybko zrozumiałam, że to wcale nie jest głupi upór. To raczej chęć odzyskania honoru, poczucia sprawiedliwości. Oczywiście środki, którymi bohaterka chce dojść swoich praw... mijają się z dobrze rozumianą moralnością i sprawiedliwością, ale czy czytelnik może ją potępiać? Na jej nieukształtowany jeszcze do końca los cieniem położyła się tragedia, która musiała na niej wywrzeć ogromne skutki. Nie poradziła sobie z ogromem straty, odtrąceniem, a chęć zemsty paradoksalnie ją uratowała. Nadała jej życiu tak potrzebny w tamtych ciężkich chwilach - sens.

"Córki niczyje" nie są jednak powieścią jednego bohatera. To barwne portrety psychologiczne postaci, postacie nietuzinkowe, które wpasowują się jednak w pewne typy osobowe. Nie ma w ich kreacji miałkości, banalności... A zwykła, dosłownie epizodyczna postać doktora nabiera w tej powieści większego wymiaru. Autor bardzo często nie mówi otwarcie o motywach postaci, ich emocjach... szczególnie w przypadku bohaterów drugoplanowych, a jednak oni wszyscy tworzą osobne, wyraziste kreacje, które zapadają w pamięć. Duża ilość bohaterów, ich uczucia, kontrasty występujące między nimi... to wszystko powoduje, że "Córki niczyje" czytałam cały czas z zapartym tchem. To jedna z tych powieści, w których ciemne charaktery potrafią rozkochać w sobie czytelnika. Przykładem takiego bohatera jest zawodowy oszust, kapitan Wragge, który jednak nie zostaje skazany przez autora już na samym początku na klęskę. To postać, która mimo, że perfidna i wyrachowana budzi sympatię czytelnika, bo przecież nawet ona nie jest czarno - biała.

"Czy głęboko poza zasięgiem inspirujących lub zahamowujących bodźców społecznych nie istnieją w każdym z nas wrodzone pierwiastki Dobra i Zła - jednakowo zdane na łaskę nadarzających się okazji i pokus?"

Wilkie Collins, "Córki niczyje"

Powieść Wilkie Collinsa jest pasjonującym utworem, zapierającym dech w piersi. Niesamowicie ciekawa i zgrabnie poprowadzona fabuła, w której wątki ciekawie się ze sobą łączą, a zwroty akcji... przyprawiają o szybsze bicie serca. Powieść Collinsa nie jest ckliwa ani banalna, choć momentami pojawiają się w niej delikatne wątki miłosne, które tym bardziej, że dość okrojone... rozkochają w sobie. Ci bohaterowie, ta fabuła, te zwroty akcji, przemyślane, zgrabne dialogi, a do tego piękne opisy... "Córki niczyje" są literaturą na najwyższym poziomie, literacką ucztą, książką, którą pochłonęłam w kilka wieczorów. Powieścią o której nie mogłam przestać myśleć. I nie mogę nadal... Niesamowita, piękna, wciągająca, inspirująca, mądra i wzruszająca.

Geniusz "Córek niczyich" leży w ich całokształcie. Od ukazania społeczeństwa brytyjskiego w XIX - wieku, przez pokazanie walki o własną godność, honor i tożsamość, przez walkę dobrych pierwiastków w duszy człowieka ze złymi, mało szlachetnymi po kryminalne intrygi, rodzinne i miłosne uniesienia. Powieść Wilkie Collinsa jest czytelniczą cegłą, której czytanie było dla mnie samą przyjemnością. Bez znużenia i znudzenia. Mogłabym opowiadać o niej godzinami, bo to naprawdę fascynująca literatura, w której każde najmniejsze zdarzenie i zdanie ma niebanalne znaczenie. Do wielokrotnego czytania, wertowania i analizowania... najlepiej w zaciszu, bo to powieść, która zasługuje na to by czytać ją w skupieniu i nieśpiesznie, nawet gdy ona sama będzie prosiła się o coraz szybsze przewracanie kartek. Autor trzyma cały czas czytelników w napięciu. Udało mu się powiązać ciekawą fabułę, z dobrą dozą akcji i psychologicznych uwarunkowań bohaterów. Bohaterowie jak i treść tej powieści przez każdą kolejną stronę... aż do samego końca stają się czytelnikowi coraz bliżsi. Pozostawiając po sobie pustkę. "Córki niczyje" to powieść do przeczytania i pokochania.

Moja ocena: 10/10